Ostrzej, ale bez skalpela: E-recepta na wirażu

Marek Stankiewicz, stankiewicz@hipokrates.org
opublikowano: 21-03-2018, 00:00

Przecierałem oczy ze wzruszenia, kiedy niemal wszyscy posłowie od lewa do prawa poparli projekt ustawy o e-receptach. Szkoda tylko, że tak późno. Bo z receptami nie ma żartów. Lekarz, który ma pieczątkę i długopis, wystawia nie tylko recepty pacjentom, ale również czeki swemu państwu.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

O licznych pomysłach na elektroniczną receptę, krążących po sejmowych labiryntach, słyszałem już w czasach ministra Zbigniewa Religi. Ale lepiej późno niż wcale. Nie przesadzałbym tym razem z krytyką szybkiego tempa prac nad nowelizacją i brakiem konsultacji publicznych. Tym bardziej, że droga do powszechnej obecności tej recepty w naszym życiu jest wciąż wyboista, niepozbawiona ostrych zakrętów i postojów na czerwonym świetle. 

Marek Stankiewicz
Zobacz więcej

Marek Stankiewicz

Czy e-recepta będzie antidotum na kolejki do specjalistów? Chyba jeszcze nie. A do lekarzy rodzinnych? Może trochę tak. Czy przetrze szlak do cyfryzacji ochrony zdrowia? Przecież obecnie aż połowa lekarzy nie wystawia recept w formie drukowanej. Bo nikt im nie pomaga, aby rozstali się z rutyną. 

Ale nie takie polska służba zdrowia dramaty już przeżywała. Od 15 lutego trwa pilotaż e-recepty w Siedlcach i Skierniewicach, więc lada dzień się dowiemy, na czym stoimy i co z tego wyniknie dla schorowanej i niedołężnej starszej pani oraz zamożnego, młodego i zdrowego przedsiębiorcy, który wysokimi odpisami swojej składki na ubezpieczenie zdrowotne wspiera system, choć prawie nigdy z niego nie korzysta.

Na wprowadzeniu e-recepty mają skorzystać przede wszystkim pacjenci. Zniknąć ma problem nieczytelnych recept, który dotychczas bywał prawdziwą zmorą w relacjach lekarzy z aptekarzami. Teraz pacjenci nie będą musieli starać się o kolejną wizytę do lekarza w celu korekty recepty. Zwiększyć się ma bezpieczeństwo pacjentów poprzez eliminację pomyłek wydania nieprawidłowego leku. Elektroniczną receptę będzie można wreszcie zrealizować w kilku aptekach (zakup każdego leku w innej aptece). Informacje dla pacjenta dotyczące dawkowania leków będą jasne i czytelne, a nie nagryzmolone w pośpiechu na jakichś karteluszkach. Pacjent oraz personel medyczny będą mieli dostęp do historii wystawionych recept, dzięki czemu zwiększy się jakość i bezpieczeństwo leczenia, zaś jego proces będzie lepiej skoordynowany. Pozytywem będzie także to, że takiej elektronicznej recepty nie da się zgubić ani sfałszować.

Zdaniem luminarzy z resortu zdrowia, elektroniczne recepty umożliwią korzystanie z nich niemal w identyczny sposób jak z recept papierowych. Krótko mówiąc, każdy pacjent na życzenie będzie mógł dostać do ręki wydruk, zawierający informacje wypisywane na recepcie, czyli nazwę produktu i sposób dawkowania. Co więcej, tego wydruku pacjent nie zostawi w aptece, tak jak recepty obecnie, lecz będzie zabierał go ze sobą do domu.

O ile jestem spokojny o młode i średnie pokolenie lekarzy, które dorastało z komputerem, tabletem i smartfonem niemal od kołyski, o tyle starsze i emeryckie pokolenie lekarzy i dentystów z trwogą spogląda w przyszłość usłaną cierniem lub na ścieżkę po rozżarzonych węglach. Dla wielu starszych nowoczesny telefon komórkowy zamiast stacjonarnego aparatu to nadal życiowa makabreska. Ale również wizja etycznej klęski. 

Receptę, niczym mandat za złe parkowanie, wystawia się bowiem, a nie wypisuje. Wystawianie recepty było dotychczas czynnością lekarską, wieńczącą żmudne dochodzenie do diagnozy. Teraz ta czynność staje się z wolna również kompetencją pielęgniarek. To dobry znak, choć trudno będzie w tym zakresie korzystać z pomocy jeszcze innych osób. Sęk w tym, że wpisanie w komputerze treści recepty, tj. wszystkich tych danych, które obecnie lekarze wypisują ręcznie, to nie jest jakaś wiedza tajemna. Chodzi przede wszystkim o zastąpienie tradycyjnej pieczątki lekarskiej kwalifikowanym podpisem elektronicznym lub podpisem potwierdzonym profilem zaufanym ePUAP albo z wykorzystaniem sposobu potwierdzania pochodzenia oraz integralności danych dostępnego w systemie teleinformatycznym Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. A tu właśnie zaczynają się schody.

Dla wielu starszych lekarzy to może być piekielnie trudne przejście do świata cyfrowego. Co gorsza, może okazać się aż tak kłopotliwe, by skłaniać ich do bolesnej decyzji o zakończeniu pracy zawodowej. Nie będzie to z pewnością duży odsetek, ale w sytuacji niedoboru kadr lekarskich, w szczególności doświadczonych specjalistów, trzeba naprawdę zadbać, aby digitalizacja medycyny nie doprowadziła do odejść z zawodu. I nie sprowokowała jakiegoś kolejnego nowego ambarasu, którego nie da się przykryć byle jakim usprawiedliwieniem. 

Mam nadzieję, że systemy informatyczne e-recepty przyniosą także korzyści nie tylko pacjentom, ale i lekarzom. Wprowadzeniu jej powinno towarzyszyć ostateczne pożegnanie z obowiązkiem określania na recepcie poziomu odpłatności leku. Oby ta kość niezgody między lekarzami a inspektorami NFZ, wreszcie rozeszła się po kościach i już nikomu więcej kości nie porachowała. 

Trzeba przyznać, że e-recepta to krok w dobrym kierunku. Rocznie realizuje się 156 milionów recept na leki refundowane. To naprawdę spora góra pieniędzy z naszych podatków. Czas to wreszcie nowocześnie ogarnąć. Nie wyobrażam sobie, gdzie byśmy teraz byli, gdyby po każde kolejne sto złotych na zakupy trzeba było sięgać do kupki w bieliźniarce czy biegać do banku zamiast do bankomatu. Nie wspominając o transakcjach bezgotówkowych za pomocą karty kredytowej. Również w aptece. 

 

 

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Marek Stankiewicz, stankiewicz@hipokrates.org

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.