Ostrzej, ale bez skalpela: Demony pandemii

Marek Stankiewicz, stankiewicz@hipokrates.org
opublikowano: 07-05-2021, 16:00

Po względnej stabilizacji kadr lekarskich znów pojawił się popyt na ich pracę i życie za granicą. Falę lekarskiej emigracji po akcesji do Unii Europejskiej zatrzymała w latach 2006-2007 roztropna decyzja o wzroście wynagrodzeń w tym zawodzie. Dziś gotowość do wyjazdów powraca, co potwierdza Naczelna Izba Lekarska, która wydaje lekarzom potwierdzenie uznania kwalifikacji zawodowych, umożliwiających podjęcie pracy w krajach UE.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Marek Stankiewicz

Nie tylko wyższe zarobki i ciekawsze odpisy od podatku, ale przede wszystkim krótszy czas pracy i ogromne możliwości rozwoju zawodowego kuszą polskich lekarzy. Także warunki pracy, gorsze w kraju niż za granicą, biurokracja, wyśrubowane wymogi sprawozdawcze NFZ powodują, że lekarze tracą apetyt na oddanie się misji i urokom wymarzonego zawodu w ojczyźnie.

Lęk personelu medycznego o własne zdrowie i życie to niewątpliwie negatywne doznanie, którego nie sposób pozbyć się w niepewnych czasach. A w pracy codziennie stroić się niczym astronauta. COVID-19 zabrał ze sobą na tamten świat po 138 lekarzy i pielęgniarek. Wśród ofiar są położne, ratownicy medyczni, dentyści, farmaceuci i diagności laboratoryjni. W sumie 339 przedstawicieli zawodów medycznych. To jest samotny wyścig tego środowiska ze śmiercią. Lub jak kto woli, ich śmiertelna walka o życie.

Równie groźna może się okazać wewnętrzna emigracja najlepszych specjalistów ze szpitali do ośrodków prywatnych. Gdyby była możliwość wyboru, trzy czwarte lekarzy zdecydowałoby się na pracę prywatnie. Lekarze mają już dosyć kolejek i kulejącej logistyki, bo to w nich właśnie walą społeczne gromy. Pacjenci rozgoryczeni chaosem, kierują swój żal do lekarzy zamiast do winowajców z rządowych limuzyn, zajętych głównie sobą. Jedni dobrze wytrzymują pandemię, inni sobie nie radzą. Wiele osób doznaje frustracji na polu osobistym i zawodowym. A frustracja i bezradność często skutkują agresją. Widoki na przyszłość są więc dramatyczne.

W naszym uroczym kraju ułatwienia i uproszczenia dostępu do opieki zdrowotnej są niestety wciąż postrzegane jako przyzwolenie na niemoralną konsumpcję w nadmiarze czegoś, co powinno pozostać ściśle reglamentowane. To jest sprytnie oklepane motto polskiej polityki, wypisane sympatycznym atramentem na partyjnych sztandarach od lewa do prawa. Przewrotna filozofia uszczelniania polskiego systemu ochrony zdrowia ląduje właśnie na europejskim śmietniku.

U schyłku agonii stanu wojennego, pracując w Afryce Północnej jako młody chirurg, uległem na chwilę kuszeniu dostatniego życia i pracy w Kanadzie. Pomińmy szczegóły, w końcu wybrałem za swoją bazę Polskę. I nigdy później tego nie żałowałem. Chociaż podróżując po świecie, zobaczyłem na własne oczy, że lekarzom tam żyje się lżej, bo zgadza im się kasa. Na spokojne życie, chronioną prawem pracę, ustawiczne doskonalenie zawodowe bez niczyjej łaski, ekskluzywne studia dla dzieci czy zimowe wypady na Karaiby. I wiele innych fanaberii.

Tymczasem tegoroczna wiosna przeraziła mnie falą samobójstw wśród młodych lekarzy we Francji. Wszyscy ci młodzi ludzie nie doczekali 30. roku życia. Po tej tragedii wyszedł na jaw horror sytuacji studentów medycyny i całkowity brak środków zapobiegawczych. Do samobójstw medyków jeszcze wrócimy. Ale te ostatnie powalają z nóg.

Oczy całego świata zwrócone są z podziwem na Izrael, który wyszczepił już połowę mieszkańców. Dzięki roztropnej decyzji o masowych szczepieniach i obywatelskim postawom już po sześciu tygodniach liczba nowych zakażeń wśród seniorów spadła aż o 64 proc.

Polski minister zdrowia musi zdać sobie sprawę, że stoimy nad przepaścią. Mnoży się testy, luzuje restrykcje, a setki ludzi wciąż giną w czeluściach pandemii. Trzecia fala powoli zanika. Co nie znaczy, że nie będzie czwartej. Niepokoi mnie utrzymująca się, wysoka liczba zgonów. Sto tysięcy nadmiarowych w ostatnim pięcioleciu!

Pilne do zrealizowania jest przestrzeganie prawa dotyczącego czasu pracy lekarzy i personelu medycznego. A nie gorączkowe poszukiwanie ukrytego wroga pośród krnąbrnej lekarskiej profesury. Ani oskarżanie lekarzy i pielęgniarek o wiarołomstwo i odstępstwo od ideałów. Nie każdy wytrzyma taką stachanowską orkę, sięgającą nawet 90-120 godzin tygodniowo. O frazesach i bajdurzeniu płynących ze szklanych ekranów z ust hipokrytów już nie wspomnę.

Wolność bez ograniczeń skutkuje chaosem. A wolność własna lekarza to jest w ogóle pojęcie przypominające nirwanę. Nikt nie jest wolny od odpowiedzialności. Ani lekarz, ani jego pracodawca. Tymczasem coraz częściej wydaje nam się, że polscy lekarze pracują głównie z myślą o zarabianiu pieniędzy. Bo chcą mieć ładne domy i auta, wakacje w tropiku ze swoimi rodzinami, które ciągle czekają na ich powrót z dyżurów szpitalnych. Dlatego pracują tyle, ile fabryka daje, a że w Polsce nie ma ograniczeń czasu pracy lekarza, więc nieroztropnie igrają ze swoim i pacjentów zdrowiem. Jeśli ktoś na szczytach władzy uważa, że to jest w porządku, to obawiam się, że brakuje mu wyobraźni.

O ile zdrowie publiczne zyskało w Polsce wątpliwą sławę bycia piątym asem w rękawie polityków, o tyle kompetentne leczenie nie jest jeszcze częścią polityki finansowej państwa. Podstawowy w nowoczesnej ekonomii koszt utraconych możliwości, jako miara straty związanej z niewykorzystaniem najlepszych sposobności działania czy też ulokowania środków nie jest u nas wartością w ocenie dóbr intelektualnych. A przecież wszystko, co rozpoczyna i kończy leczenie chorego człowieka, jest wyłącznie wysiłkiem intelektualnym lekarzy i pielęgniarek.

Źródło: Puls Medycyny

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.