Ostrzej, ale bez skalpela: Chudy czwartek rezydentów

Marek Stankiewicz, stankiewicz@hipokrates.org
opublikowano: 21-02-2018, 00:00

Kiedy 8 lutego odtrąbiono w gmachu przy Miodowej porozumienie z Porozumieniem Rezydentów, tysiące pielęgniarek, ratowników medycznych i fizjoterapeutów zazgrzytało zębami i przełykało gorycz rozczarowania i zawodu. „Załatwili sobie, a pacjenci niech dalej czekają w kolejkach do nich” — słychać teraz to pomrukiwanie i psioczenie w poczekalniach do poradni specjalistycznych. Nieprędko pewnie zacisną kciuki za nowy sukces tych lekarzy, którzy najpierw przez cztery tygodnie spokojnym, ale stanowczym protestem pokazali światu, że z nimi nie ma żartów.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Potem blisko pięć tysięcy ich naśladowców wypowiedziało klauzulę opt-out. Szpitalne grafiki dyżurowe wystawiono na ryzyko, a ordynatorzy w powiatowych i wojewódzkich szpitalach rwali sobie włosy z głów, kombinując, skąd sięgnąć po obsadę na swoich oddziałach. Tu i ówdzie szeptano o wprowadzeniu systemu równoważnego czasu pracy. Do akcji włączyła się wprawdzie garstka lekarzy kontraktowych, którzy podpisali się pod zobowiązaniem, że nie przejmą osieroconych dyżurów. Cała reszta dostojnego stanu lekarskiego robiła co najwyżej dobrą minę. 

Marek Stankiewicz
Zobacz więcej

Marek Stankiewicz Fot. ARC

Tymczasem Dobra Zmiana, niczym genialny strateg drużyny piłkarskiej, zmieniła ministra zdrowia. Konstantego zastąpił Łukasz. A rezydenci dalej grali tymi samymi, chyba trochę zmęczonymi i zagubionymi juniorami — Łukaszem i Jarosławem. Pełno ich było w mediach, a ostatnio na medycznych salonach. Chwila ich triumfu też kiedyś nadejdzie. Szkoda, że nie teraz. 

To nie był tłusty czwartek dla rezydentów. Nie wytrzymali ciśnienia przedłużającego się impasu. To raczej wybaczalne, bo ludzkie. Ale opuściła ich odwaga. Bo dzisiaj za przeciwstawienie się władzy nie płaci się więzieniem. Walczyli wprawdzie z przeciwnikiem wagi ciężkiej, czyli aparatem propagandowym rządu. Sami wygrać nie mogli! Skończyło się niby na dżentelmeńskim remisie. 6 procent PKB o rok szybciej i mglista perspektywa funkcjonariusza publicznego, sekretarek medycznych oraz obietnica gwarantowanej pensji specjalisty to przecież bajka o żelaznym wilku. Żadne z postanowień porozumienia nie rozwiązuje żadnego istotnego problemu publicznej ochrony zdrowia. 

Ten dziwny cyrograf, bo nawet nie ugoda czy konsensus zbudził popłoch wśród dyrektorów szpitali, bo to z ich budżetu mają zostać za kilka miesięcy sfinansowane podwyżki dla lekarzy specjalistów. A ponieważ wynagrodzenie za dyżury to pochodna pensji zasadniczej, wydatki na lekarzy istotnie wzrosną. Niekoniecznie spodoba się to pielęgniarkom, po które wyciąga ręce cała zachodnia Europa. Nawet w niemieckim wschodnim landzie (dawne NRD), za 35 godzin tygodniowo otrzymują „na rękę” 1800 euro, a za 20 nadgodzin to już 2500 euro oraz dodatki na dzieci prawie 400 euro i inne socjalne bonusy, a także zachęty do osiedlenia się na dłużej.

Nie jestem malkontentem ani naiwniakiem, który wierzy, że wysoki odpis PKB na ochronę zdrowia w przeoranym komuną kraju można uzyskać pstryknięciem palca. Ale to nie jest pretekst, aby kapitulować z powodu braku pomysłu na długoterminową walkę o taki odpis. Dobra Zmiana zapowiada ponowne przeoranie Polski w ciągu trzech kadencji, aby uczynić z niej kraj nowoczesny, wolny od balastu przeszłości, przyjazny obywatelom. A tymczasem rezydentom zabrakło paliwa już po trzech miesiącach. Czy młodzi lekarze mogli ugrać więcej niż tylko te parę złotych dla siebie? Teraz to niemal każdy może powiedzieć, że mogli. Ale tego już nikt nie sprawdzi.

Różnorodności ocen i emocji nie szukałbym w umiejętnościach negocjacyjnych. Walka z Goliatem to jest ciężki kawałek chleba. Wie o tym każdy, kto choć raz tego powąchał i spróbował. Przecież nie chodziło o powalenie przeciwnika na deski.

Problem w tym, że protest obracał się w najwyższym diapazonie spraw ostatecznych. Najpierw z grubej rury wypalił protest głodowy, potem pacjenci manifestujący poparcie dla walki o większą sprawę, o wyraźniejszy akcent zmiany sposobu myślenia o ochronie zdrowia niż przestawianie cyferek. Jeszcze potem listy poparcia od europejskich i światowych gremiów lekarskich. W końcu ciężka artyleria w postaci wypowiadania klauzuli opt-out, co zapewne rozsierdziło dyrekcje szpitali, które nie miały jak załatać braków. Tyle, że takiego arsenału pewnie ponownie wytoczyć się już nie da.

Mowa ciała i symbolika dla niektórych wiele znaczą. To symboliczne obdarowanie ministra Szumowskiego znaczkiem Porozumienia Rezydentów jest takim symbolem sztamy, akceptacji i fraternizowania się. To raczej symbol osłodzenia na siłę tej przykrej relacji obu stron, które muszą jakoś godnie zakończyć spór i niekoniecznie na zasadach partnerskich. Może to był impuls, ale w obliczu całości — raczej zbędny.

Papier jest cierpliwy i wszystko przyjmie. Co nie oznacza, że praca lekarza w czasie dłuższym niż 48 godzin w tygodniu nagle stała się już ostoją bezpieczeństwa i nie zagraża pacjentowi. Ani nie stanowi okoliczności łagodzącej w kontekście odpowiedzialności zawodowej lekarza w przypadku błędu medycznego. Czy lekarze wrócą więc do pracy w większym wymiarze godzin, rozumiejąc nową narrację rządu? Pożyjemy, zobaczymy.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Marek Stankiewicz, stankiewicz@hipokrates.org

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.