Ostrzej, ale bez skalpela: Bo recepta była za wąska

Marek Stankiewicz, stankiewicz@hipokrates.org
opublikowano: 30-05-2018, 13:26

W jednej z lubelskich aptek pacjentowi z gorączką odmówiono wydania refundowanych leków, bo recepta była o 3 milimetry węższa niż zaleca instrukcja NFZ. Farmaceuta nie miał wyjścia, bo inaczej apteka naraziłaby się na straty finansowe. Gdy pacjent poprosił o oświadczenie o odmowie realizacji recepty, bo sądził, że to będzie potwierdzenie ważne dla lekarza, usłyszał, iż apteka nie ma takiego obowiązku.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Wywołana na poczekaniu wojna nerwów zaowocowała jednak happy-endem. Lekarz wystawiający receptę obiecał dostarczyć ją jak najszybciej w prawidłowym formacie. Po refundowane, czyli tańsze, leki idą z receptą od lekarza do apteki miliony chorych ludzi. Aż tu nagle dowiadują się, że zgodnie z nowym rozporządzeniem ministra zdrowia, które obowiązuje raptem od 18 kwietnia, minimalne wymiary papierowej recepty na leki refundowane to 200 mm na 90 mm. Staram się sobie wyobrazić piętrowość przekleństw, jakie wygłasza w nobliwej aptece pacjent, którego dziwaczne zapisy systemu wysyłają na Berdyczów.

Marek Stankiewicz
Zobacz więcej

Marek Stankiewicz

Przecieram oczy ze zdumienia, na czym skupia swoją troskę i energię obecny włodarz polskiej służby zdrowia prof. Łukasz Szumowski. Jeszcze w styczniu szumnie zapowiadał odbiurokratyzowanie systemu, umieszczając to wyzwanie na szczycie listy swoich priorytetów. Przekonywał, że jeżeli lekarz specjalista poświęca na papierologię 30 proc., a rezydent 70 proc. swojego czasu, to daleko nie zajedziemy. Teraz pewnie na lekarskich biurkach przyda się jeszcze linijka i ekierka, aby sprawdzić prawidłowo przycięte kąty magicznego prostokąta.

W naszej naturze drzemie naiwne przekonanie, że jak zmienimy jeden artykuł, jeden paragraf, jedną ustawę, to zmieni się całe nasze życie. Dlatego jesteśmy państwem, w którym przeprowadza się chyba najwięcej nowelizacji obowiązującego prawa. Mamy zmiany do zmian i nowelizacje do nowelizacji. Już zaczyna brakować specjalistów, którzy są w stanie rozwikłać zakręconą materię prawną. A to dlatego, że każda partia ma oryginalny pomysł na poprawę życia poprzez zmianę jednego artykułu i jednego paragrafu.

W dobie powszechnego korzystania z komputerów, laptopów i tabletów nasi decydenci, mając usta pełne frazesów o totalnej cyfryzacji, nadal kochają wszelkie zaświadczenia, pieczątki, druczki. I właśnie niepostrzeżenie dorzucili lekarzom jeszcze jeden świstek nie tylko do wypełnienia, ale i podpisania. Czyli wzięcia odpowiedzialności za ewentualne potwierdzenie nieprawdy lub brak należytych starań. Podkładka na papierze z lekarską pieczątką nikomu nie wadzi. Z wyjątkiem lekarzy. Dopóki nie dojdzie do nieszczęścia.

Pora na pierwszy z brzegu przykład... Nastolatka o wybitnym talencie stara się o przyjęcie do liceum plastycznego. Pracy artystycznej oddaje się bez reszty w atelier i plenerze. Kontakt z farbami i innymi chemikaliami ma od kilku lat. Nie stwierdzono u niej dotychczas żadnych niepożądanych reakcji. Cierpi jednak okresowo na katar sienny i łzawienie z powodu reakcji na trawy i pokrzywy, szczególnie w okresie wakacyjnym, kiedy szkoła koszaruje młodzież na plenerach.

Po co więc szkole jakieś zaświadczenie lekarskie? Na stronie internetowej liceum czytamy, że „szkoła musi posiadać informację o tym, czy środowisko pracowni artystycznych (farby, rozpuszczalniki i inne) nie będą działały na kandydata niekorzystnie i nie wywołają u niego niepożądanych reakcji podczas pracy. Wystarczy zaświadczenie od lekarza pierwszego kontaktu, na którym znajdować się będzie informacja o braku przeciwwskazań do kontynuowania nauki w szkole plastycznej”. Ale dlaczego szkoła wprowadza w błąd, że zaświadczenie wystawia lekarz pierwszego kontaktu, skoro występują czynniki szkodliwe i uciążliwe, a nawet niebezpieczne?

Nic tak sprytnie nie wymknęło się polskiej transformacji ustrojowej jak ochrona zdrowia. Dziejowego żywota dokonały już PGR-y, państwowy handel, stocznie, huty, a zdrowie publiczne trwa niczym rewolucyjna reduta. Dlaczego? Bo na pozór apolityczne zdrowie to partyjny bękart, który nie zasłużył na hojny posag. Funkcjonowanie systemu ochrony zdrowia w Polsce, oparte na wzorcach osobowościowych a` la doktor Judym czy poczciwy Hipokrates, coraz bardziej przypomina wymarzony dla każdej władzy po 1989 roku mechanizm typu perpetuum mobile. Idealny z pozoru Judym bywał we Francji, ale z trudem wysupłał kilka ostatnich kopiejek, aby zapłacić karczmarzowi za wódkę, którą spożywał w drodze do pracy w charakterze lekarza uzdrowiskowego w Cisach. Pożegnajmy więc ostatecznie ten wątpliwy etos!

Rodzimi politycy na froncie wzajemnego zwalczania się nie oszczędzają również lekarzy. Bo ich po prostu nie lubią — za to, że ci kpią z ich ignorancji. Czasem tylko obie strony puszczają do siebie oko, bo tak im podpowiada savoir-vivre. Politycy bardziej potrzebują pacjenta, który przed kamerami będzie ze łzami w oczach opowiadał o krzywdzie doznanej od lekarzy. Z badań CBOS wynika, że co trzeci Polak odczuł na sobie błędy popełnione przez lekarzy. Gdzieś głęboko w nas siedzi skłonność do nazywania wszystkiego, co nam się nie udało, błędem lub winą innych osób. Tymczasem opinie ekspertów lądują w urzędniczych szufladach. Zresztą deptanie autorytetów powoli zalicza się do dobrego tonu.

O przestawieniu polskiej ochrony zdrowia z głowy na nogi wylano już tony atramentu i farby drukarskiej. Szkoda tylko, że to jak grochem o ścianę!

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Marek Stankiewicz, stankiewicz@hipokrates.org

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.