Ostrzej, ale bez skalpela: Anatomia przaśności

Marek Stankiewicz, [email protected]
opublikowano: 13-04-2021, 17:30

„Fałszywa pandemia” to nowe graffiti na setkach wiejskich przystanków autobusowych przy drogach Polski powiatowej, które oznajmia, iż za pandemią stoi podobno jakiś wszechwładny Książę Ciemności. Ponad połowa naszych rodaków nie zdaje sobie sprawy, że sam fakt podwójnego wyszczepienia, a nawet wyzdrowienia nie jest gwarantem rozpowszechniania wirusa.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Marek Stankiewicz
Archiwum

Maski, bezpieczny odstęp, dezynfekcja rąk to dla milionów tortura już nie do zniesienia. Trudno ich przekonać, że kto zachoruje teraz i będzie chorobę przechodził ciężko, ten wcale nie ma gwarancji, że zajmie się nim szpital z wolnym respiratorem. Lekceważenie obostrzeń coraz częściej zalicza się do dobrego tonu.

Tymczasem COVID-19 wciąż dopada nas znienacka. Polimorfizm jego objawów to ulubiona sztuczka naszego wroga. Jak długo nie poznamy zakamarków patotogenezy i meandrów kliniki tego paskudztwa, tak długo musimy pokornie podejmować rękawicę, jaką rzuca każdego dnia całej ludzkości.

Lekarze, pielęgniarki, ratownicy na covidowym froncie to niezwykła mieszanka serc, rąk, ale i osobowości. To nie jest robota dla gryzipiórka ani mądrali, wizytujących tymczasowe szpitale wytwornym autem rządowym z orszakiem. Do medycznej posługi trzeba dojrzeć. Ale i entuzjazm zapaleńców też się wypala. Euforia i radość zbyt często mieszają się z przygnębieniem, które ściska ich za gardło. Jedynie siła motywacji nie pozwala im oszaleć z powodu masowych zgonów ludzi, którzy jeszcze wczoraj byli okazami zdrowia. Każda śmierć zapada głęboko w podświadomość medyka, czy aby uczynił wszystko co możliwe i dostępne, by uratować bliźniego. Bo w zakaźnym lazarecie chory człowiek to po prostu bliźni, a nie tylko pacjent czy co gorsza — świadczeniobiorca.

System ochrony zdrowia właśnie się zawalił. Państwowa służba zdrowia — niezależnie od tego, która partia jest akurat przy władzy — wciąż pozostaje li tylko rządowym popychadłem i ubogim krewnym, a takiemu należą się co najwyżej resztki z pańskiego stołu. Brakuje lekarzy i miejsc w szpitalach, sznur karetek z ciężko chorymi na pokładzie wypełnia bez reszty drogi dojazdowe do SOR-ów. Pacjenci niecovidowi naprawdę tracą szansę normalnej hospitalizacji w czasie, w którym powinni trafić do szpitala. Każdy poranek przynosi nowy krajowy rekord zakażeń koronawirusem. Wojewodowie nerwowo żądają od urzędów miast, by delegowały lekarzy i pielęgniarki do szpitali covidowych. Ci odpisują, że nie mają kogo delegować, bo są braki kadrowe. Polityczne uprzedzenia, afronty i wzajemne impertynencje nie sprzyjają skutecznym akcjom.

Tymczasem blisko cztery tysiące młodych i zdrowych lekarzy od rana do wieczora ślęczy z nosem 
w podręcznikach, szlifując formę na ustną część Państwowego Egzaminu Specjalizacyjnego. Ślepy los chciał, aby ten sprawdzian odbył się w okresie największego przesilenia epidemicznego. W środowisku lekarskim znów zawrzało na dobre. Medykom nie podoba się upór resortu zdrowia, by nie zwalniać ze sprawdzianu ustnego tych lekarzy, którzy pomyślnie przebrnęli przez sześcioletni program rezydencki, zakończony często piekielnie trudnym testem. Biorąc pod uwagę wyniki poprzednich sesji, można ufać, że właśnie egzamin testowy weryfikuje wiedzę. W związku z obawą, że brak egzaminów ustnych obniży bezpieczeństwo polskich pacjentów, zasugerowano, aby lekarze spoza UE, którzy dzięki decyzji MZ mają ułatwioną drogę do pracy w polskich szpitalach, także przechodzili PES — w pisemnej i ustnej odsłonie.

Orędownikami przeprowadzenia egzaminu ustnego są niektórzy konsultanci krajowi. Nawet ci, którzy jeszcze jesienią byli bardziej liberalni i wyrozumiali. Profesor medycyny w warunkach pandemii upiera się, wbrew zdrowemu rozsądkowi i argumentom swojego środowiska zawodowego, by utrzymać egzaminy ustne. A to oznacza jazdę lekarzy wraz kierownikami specjalizacji kilkaset kilometrów na egzamin ustny — przy zamkniętych hotelach (nie ma gdzie się przespać i umyć) i zamkniętych restauracjach (nie ma gdzie się posilić). Ale egzamin ustny trzeba zrobić — tylko po to, żeby dokonać demonstracji, ryzykując rozprzestrzenienie infekcji. Jedynie siwe skronie tych luminarzy powstrzymują mnie przed dokładnym określeniem, co o tym myślę.

Czas chyba pomyśleć, aby egzaminy przeprowadzano w wielu terminach, również w mniejszych ośrodkach egzaminacyjnych i na komputerach, a pytania oceniały zdolność rozumowania lekarza — a nie były, jak do tej pory głównie, „otępiającą pamięciówką”.

Tysiące studentów dwóch ostatnich lat studiów lekarskich odbywa naukę przy komputerze w domowych pieleszach. Przecież to jawne trwonienie ogromnego potencjału. Gdzież, jak nie na pierwszej linii starcia z epidemią, lekarska młodzież ma zdobywać pierwsze zawodowe ostrogi?

Każdy sobie rzepkę skrobie. Minister zdrowia błaga o każde ręce lekarskie na pokładzie, zadufani luminarze medycyny nagle przejęli się rzekomym obniżeniem jakości wykształcenia lekarzy, a premier punktuje opozycję i wypomina jej grzechy. Tymczasem fryzjerka może jako pacjentka odwiedzać lekarkę, ale odwrotnie już nie. To już nie jest pandemiczny zawrót głowy, to beznamiętna przaśność staje się naszym znakiem rozpoznawczym.

Ile jeszcze osób musi umrzeć lub stracić sprawność, by rząd wprowadził realną reformę ochrony zdrowia zamiast niekończących się zabiegów kosmetycznych i gaszenia pożarów, które w środowisku zwykło się już nazywać „pudrowaniem trupa”.

Źródło: Puls Medycyny

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.