Onkologia: trudny temat

Mariola Marklowska-Dzierżak
opublikowano: 27-05-2009, 00:00

Minister zdrowia Ewa Kopacz ogłosiła kolejny sukces: w ciągu półtora roku kierowania przez nią resortem zdrowia zwiększyła się dostępność i skuteczność leczenia chorób nowotworowych w Polsce. Nie udało się jednak zlikwidować regionalnych różnic w dostępie chorych do nowoczesnych urządzeń i metod leczenia.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Jak wynika z danych Narodowego Funduszu Zdrowia, w ciągu dwóch ostatnich lat nakłady na onkologię wzrosły w Polsce o 42 proc. - z 1,97 mld zł w 2007 roku do 2,8 mld zł (według planu finansowego) w 2009 roku.

O 130 proc. wzrosły nakłady na chemioterapię, o 54 proc. na chirurgię onkologiczną i o 39 proc. na radioterapię. "Zwiększyliśmy elastyczność w finansowaniu, głównie chemioterapii, która była wcześniej rozliczana zbyt schematycznie. Teraz lekarze korzystają z niej racjonalniej" - mówi Jacek Paszkiewicz, prezes NFZ. Do połowy ub. roku wszystko, co nie mieściło się w schematach leczenia, NFZ rozliczał w ramach chemioterapii niestandardowej. Obecnie lekarze mogą korzystać z wykazu substancji czynnych i dowolnie łączyć je w schematy. Ponadto fundusz wprowadził oddzielny katalog świadczeń - Leczenie powikłań III i IV stopnia po chemioterapii.
"Traktujemy onkologię jako priorytet w kształtowaniu polityki zdrowotnej. Naszą ambicją jest dorównać do krajów europejskich" - zapewnia Ewa Kopacz.

Kolejki do naświetlania

Najważniejszy jest dostęp do radioterapii. Jak przekonuje prof. Marian Reinfuss, krajowy konsultant w dziedzinie radioterapii onkologicznej, w tej dziedzinie nastąpił przełom. "Pacjent ma pełną dostępność do wszystkich technik i metod. Ciągle zwiększa się liczba aparatów do naświetlań. Jeszcze niedawno na jeden przypadało 600 000 Polaków, teraz ten wskaźnik obniżył się do 373 000, co w znacznej mierze zbliżyło nas do europejskiej normy, która wynosi 300 000" - podkreśla profesor. Czas oczekiwania na leczenie skrócił się, jak twierdzi prof. Reinfuss, do czterech tygodni. "Jeśli gdzieś czeka się dwa, trzy miesiące, to znaczy, że jest tam źle zorganizowana praca. Aparatura powinna pracować na dwie, a nawet trzy zmiany, bo żyjemy w biednym kraju i nie możemy sobie pozwolić, by była wykorzystywana tylko przez pięć godzin dziennie" - dodaje prof. Reinfuss.

Wzrost wydatków na radioterapię i rosnąca liczba aparatów kupowanych ze środków Narodowego Programu Zwalczania Chorób Nowotworowych nie oznacza jednak, że pacjenci bez względu na miejsce zamieszkania mają jednakowy dostęp do leczenia. W trzech województwach: warmińsko-mazurskim, mazowieckim i małopolskim, na jeden aparat megawoltowy przypada około 470 000 mieszkańców. Tam czas oczekiwania na leczenie siłą rzeczy jest dłuższy niż na Podlasiu, gdzie na jedno urządzenie przypada tylko niecałe 239 000 osób, czyli mniej niż wynosi średnia europejska.
Na utrudniony dostęp do leczenia promieniami jonizującymi zwraca uwagę prof. Jerzy Stelmachów, krajowy konsultant w dziedzinie ginekologii onkologicznej. Według niego, kolejki na Mazowszu sięgają sześciu-ośmiu tygodni. W największym, 5-milionowym województwie działa tylko jeden ośrodek radioterapii - w Centrum Onkologii w Warszawie. Przydałby się jeszcze co najmniej jeden ośrodek, a najlepiej dwa.

Problemem są też częste awarie aparatury do naświetlań. "W niektórych ośrodkach aparaty stoją, bo nie podpisano umów serwisowych" - przyznaje prof. Reinfuss.

(...)

Cały artykuł na ten temat znajduje się w Pulsie Medycyny nr 10 (193) z 27 maja 2009 r.

Aktualna oferta prenumeraty Pulsu Medycyny

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Mariola Marklowska-Dzierżak

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.