Nocna i świąteczna opieka zdrowotna w szpitalach kuleje

opublikowano: 22-11-2017, 08:52

Ulokowanie nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej w szpitalach miało m.in. odciążyć szpitalne oddziały ratunkowe i izby przyjęć. Założenie było słuszne, jednak — jak zauważa prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Ratunkowej prof. Juliusz Jakubaszko — „wciąż znaczna część pacjentów najpierw trafia do SOR, a dopiero po zarejestrowaniu i triage’u medycznym — na dyżur opieki nocnej”. Skutek jest więc odwrotny do zamierzonego.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Od 1 października obowiązek zorganizowania nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej spoczął na szpitalach, które weszły do sieci. Świadczeń w tym zakresie (od poniedziałku do piątku w godzinach od 18 do 8 dnia następnego oraz w dni wolne od pracy) udziela w sumie 496 podmiotów na terenie całego kraju. To o 75 więcej niż wcześniej. Wszystkie opłacane są w formie miesięcznego ryczałtu, którego wysokość jest ustalana w umowie na określony okres finansowania. 

„Po tym czasie umowy podlegają renegocjacji i ponownemu ustaleniu wartości na kolejny okres rozliczeniowy. NFZ nie płaci podmiotowi za jednostkową poradę, ale liczba wszystkich udzielonych porad ma przełożenie na wysokość ryczałtu ustalanego na następny okres rozliczeniowy” — podkreśla Magdalena Szefernaker, główny specjalista biura komunikacji społecznej NFZ.

Wartość umów na czwarty kwartał br. w skali całego kraju wynosi blisko 165 mln zł. 

Niedoinformowani pacjenci, przeciążone SOR-y

Za nami blisko dwa miesiące funkcjonowania nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej w szpitalach. 

„Po tak krótkim czasie trudno o oceny, niemniej pewne wnioski nasuwają się już teraz. Ideę takiej, a nie innej lokalizacji NPL (nocnej pomocy lekarskiej — przyp. red.) uzasadniano potrzebą odciążenia szpitalnych oddziałów ratunkowych i izb przyjęć. To słuszne założenie. Niemniej napływają do mnie sygnały z różnych ośrodków w kraju, że wciąż znaczna część pacjentów najpierw trafia do SOR, a dopiero po zarejestrowaniu i triage’u medycznym jest kierowana na dyżur w ramach opieki nocnej. Skutek jest odwrotny do zamierzonego — oddziały ratunkowe są dodatkowo obarczone koniecznością „redystrybucji” licznie zgłaszających się osób, z których większość nie zdaje sobie sprawy z obciążenia, jakie generują” — ocenia prof. dr hab. n. med. Juliusz Jakubaszko, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Ratunkowej.

Gdzie leży przyczyna problemów? „Przypuszczam, że może zawodzić organizacja, ale bardziej brak świadomości pacjentów. Informacja o tym, gdzie się udać w konkretnym przypadku, powinna być dostępna jeszcze przed dotarciem pacjenta do SOR. Na tym polu jest ogromna praca do wykonania. Konieczna jest właściwa organizacja i lepsza polityka informacyjna samych jednostek szpitalnych, ale przede wszystkim potrzebny jest wzrost świadomości prozdrowotnej społeczeństwa. Racjonalna edukacja w tym zakresie powinna być podejmowana jak najwcześniej — już na etapie nauczania pierwszej pomocy w szkołach. Dziś brakuje rozwiązań systemowych dla takiego nauczania, a wiele zależy od świadomości i pomysłowości poszczególnych dyrektorów placówek edukacyjnych” — dodaje prof. Jakubaszko. 

Jego zdaniem, w Polsce brakuje także systemu przedszpitalnej informacji medycznej, do której każdy pacjent mógłby zwrócić się telefonicznie lub za pośrednictwem Internetu ze swoimi wątpliwościami i poprosić o poradę.

Jak to robią inni

Takie rozwiązania, istniejące od dawna w wielu krajach, istotnie odciążają systemy ratownictwa medycznego. 

„Przykładem mogą być australijskie, całodobowe „nurse-on-call” czy brytyjskie „NHS Direct”. Za szczególnie ważne uważam także rozwijanie współpracy pomiędzy lekarzami rodzinnymi a lekarzami medycyny ratunkowej. Takiej kooperacji u nas brakuje już na etapie szkolenia specjalizacyjnego, a później w codziennej praktyce. Tymczasem można w tym zakresie czerpać np. z wzorców amerykańskich. W Stanach Zjednoczonych ma miejsce stała wymiana informacji i dostęp do dokumentacji medycznej pomiędzy lekarzem rodzinnym a lekarzem medycyny ratunkowej, prowadzącym pacjenta w sytuacji nagłego zagrożenia zdrowia. Z kolei lekarz rodzinny ma zapewniony wgląd w postępowanie i leczenie „jego” pacjenta, który trafił do oddziału ratunkowego. Korzyści są oczywiste nie tylko z perspektywy chorego, ale również kosztów i racjonalizacji leczenia” — wskazuje prezes PTMR.

Stawki za dyżury będą rosnąć

Niemałym wyzwaniem dla szefów szpitali okazało się obsadzenie dyżurów lekarskich.

„Nam się to udało, choć przypuszczam, że jak w każdej sytuacji, gdy popyt jest większy niż podaż, stawki za pracę specjalistów będą z czasem rosnąć. W Rzeszowie jest pięciu świadczeniodawców, którzy mają obowiązek zorganizować opiekę nocną i świąteczną, więc lekarze zainteresowani taką dodatkową pracą mają sporą możliwość wyboru” — zauważa Grzegorz Materna, szef ZOZ nr 1 w Rzeszowie, którego częścią jest Szpital Miejski.

Niemal na starcie w niektórych miejscach w kraju pojawiły się problemy ze spięciem siatki dyżurów w ramach opieki nocnej i świątecznej. Tak stało się np. w Szpitalu Wojewódzkim im. Mikołaja Kopernika w Koszalinie. Miejscowy oddział NFZ przyznał, że dyrekcja placówki miała trudności z organizacją udzielania świadczeń. Z patowej sytuacji znaleziono jednak wyjście: „Aby zabezpieczyć mieszkańców Koszalina i okolic, została podpisana umowa na podwykonawstwo między Szpitalem Wojewódzkim a Szpitalem MSW w tym mieście” — mówi Mateusz Misiuda z biura prasowego Zachodniopomorskiego OW NFZ. 

W efekcie od 6 listopada to szpital MSW służy pomocą pacjentom, którzy nagle, w nocy lub w święto, zachorują. Natomiast szpital wojewódzki w ramach nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej zapewnia tylko domowe wizyty pielęgniarskie.

Braki kadrowe bardziej widoczne?

„Nowa organizacja opieki nocnej i świątecznej jeszcze bardziej obnażyła braki kadrowe, z jakimi boryka się obecnie system ochrony zdrowia w Polsce. Od kolegów z terenu wiem, że dyrektorzy szpitali niejednokrotnie zwracali się do nich z propozycją pełnienia dyżurów, gdyż mają problemy z ich obsadzeniem. Z kolei pacjenci zgłaszają nam, że czas oczekiwania na poradę w ramach NPL niekiedy jest bardzo długi, bo wynosi kilka godzin” — zauważa Bożena Janicka, prezes Porozumienia Pracodawców Ochrony Zdrowia. 

W jej ocenie, w najbliższej przyszłości ustawodawca będzie pewnie poszukiwał innych rozwiązań. Może podobnie jak w pomocy doraźnej tak i w opiece nocnej i świątecznej resort sięgnie po ratowników medycznych. Takie zmiany są potrzebne, a brak kadr już dziś daje się dotkliwie odczuć, również w opiece świątecznej i nocnej. 

Ewa Kurzyńska

Źródło: Puls Medycyny

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.