Niestety, zostałem urzędnikiem

Monika Wysocka
14-04-2010, 00:00

"Problemem instytutu jest jego dezintegracja. Stał się zbiorowiskiem autonomicznie funkcjonujących jednostek, niewspółpracujących ze sobą klinik czy zakładów. Do tego jest jeszcze podział na część kliniczną i naukową. To nie do pomyślenia w czasach, kiedy wieloośrodkowa współpraca jest podstawą każdego działania"- mówi w wywiadzie dla Pulsu Medycyny prof. Maciej Krzakowski, dyrektor Centrum Onkologii w Warszawie.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
O której zaczyna pan dzień?

- Przy biurku na Ursynowie siadam o 6.45.

Ale o której dzwoni budzik?

- Nie przyznam się, bo ludzie pomyślą, że wariat ze mnie. Niech będzie, o 4.00, ale tak jest od dawna, a nie z powodu nowej funkcji.

Zapewne jednak tryb życia uległ jakiejś zmianie po tym, jak został pan dyrektorem Centrum Onkologii?

- Pojawiły się inne zadania, obowiązki, wyzwania. Ta praca ma zupełnie inny charakter i potrzebne są do niej inne kwalifikacje. Jest mnóstwo do zrobienia, a jednocześnie czuję wielki opór otoczenia przed dokonywaniem zmian. Bo chociaż wszyscy zgadzają się, że coś trzeba zmienić, że instytut musi zacząć funkcjonować na innych zasadach, to gdy dochodzi do konkretów, okazuje się, że „zmiany tak, ale nie u mnie".

Centrum Onkologii jest jak duże przedsiębiorstwo - w samej Warszawie zatrudnia 2600 osób. Nie wierzę, żeby mogło być zarządzane tylko przez jedną osobę, a niestety dotąd wszystkie decyzje skupione były w jednych rękach. Ja mam inny styl zarządzania. Uważam, że ludziom trzeba dać pole do popisu, przydzielić im obowiązki, ale też zaufać i móc na nich polegać. Muszą umieć sami podejmować decyzje.

Wyczuwam rozczarowanie...

- Jeszcze mam nadzieję, że coś uda się zrobić, choć to nie jest łatwe. Człowiek odpowiedzialny, gdy podejmuje się jakiegoś zadania, musi mieć określony cel. Pracuję w Centrum Onkologii od wielu lat i szkoda mi zmarnowanych możliwości, jakie niesie ze sobą instytucja z taką strukturą i takimi ludźmi. Było mi zwyczajnie żal, że nic się tu nie zmienia, że stoimy w miejscu. Dlatego moim głównym celem było wprawienie tego w ruch. A oprócz tego miałem wiele innych, bardziej szczegółowych pomysłów...

Czy jest szansa, że uda się je wprowadzić w życie?

- Jeśli coś ma się udać, musi się to zdarzyć w pierwszych miesiącach mojego urzędowania, najpóźniej w pierwszym roku. Później sprawy toczą się już same. Kiedy jednak widzę, że po 4-5 miesiącach nie dało się wprowadzić zbyt wielu zmian w stosunku do zamierzeń, pojawiają się wątpliwości. Jeśli zauważę, że nic już nie jestem w stanie zrobić, nie będę tu siedział tylko po to, by pełnić zaszczytną funkcję dyrektora. Pewne zmiany jednak wprowadziłem, np. kolegialny system zarządzania. Może jestem naiwny, ale uważam, że kolegia, na których ustala się strategię i taktykę działania, mają sens. Odbywają się dwa razy w tygodniu: jedno administracyjno-techniczno-finansowe, drugie kliniczne. Centrum Onkologii potrzebuje zwiększenia efektywności.

To jest instytut, nie tylko szpital. W naszym statucie są zapisane cele i obowiązki szpitala i jednocześnie instytutu naukowego, czyli jednostki badawczo-rozwojowej. Rozpoznawanie i leczenie nowotworów znajduje się w tym statucie dopiero na czwartym miejscu! W pierwszej kolejności wymienia się cele naukowe (poprzez określanie kierunków badań i ich realizację) po to, by unowocześniać i usprawniać postępowanie z chorymi na nowotwory. Ważna jest zatem funkcja naukowo-dydaktyczna, której instytut nie spełnia w dostatecznym stopniu. Chciałbym to zmienić.

Co konkretnie?

- Chciałbym stworzyć przy instytucie centralne biuro badań klinicznych, które będzie w stanie prowadzić nasze autorskie badania na potrzeby innych ośrodków onkologicznych, jak również przemysłu farmaceutycznego. Chodzi o to, by kreować badania, przygotowywać i realizować je bez dodatkowego pośrednika oraz zarabiać pieniądze, by możliwe było prowadzenie własnych, niesponsorowanych badań o charakterze akademickim. To jednak dość odległa perspektywa - do tego potrzeba pieniędzy i ludzi, np. tych, którzy wyjechali za granicę. Z częścią z nich nawiązaliśmy już kontakt i okazuje się, że niektórzy chętnie by wrócili, ale do czegoś konkretnego, co już istnieje. Wierzę, że to ma szansę, choć najpierw trzeba pokonać pewne stereotypy i uprzedzenia.

A co z leczeniem, z którym przede wszystkim kojarzy się Centrum Onkologii?

- Najważniejsze wydaje się stworzenie bardziej przyjaznych warunków dla chorych. Wkrótce po objęciu funkcji dyrektora zająłem się przychodnią, gdzie działy się rzeczy straszne - tłumy pacjentów, wielogodzinne oczekiwanie na wizytę (sceny z upodobaniem pokazywane w telewizji). Tak nie można ludzi traktować. Podjęliśmy pewne działania, które już częściowo poprawiły sytuację, a docelowo mają dużo zmienić. Jednak nie wszystkie zmiany da się przeprowadzić, bo oprócz rozmaitych wad organizacyjnych, przychodnia jest po prostu za mała. Żeby to zmienić, potrzeba dużych pieniędzy, których nie mamy.

O jakich już dokonanych zmianach pan mówi?

- Na przykład o punktualnym zaczynaniu pracy. Normą było pojawianie się w pracy o 9.00, a nawet o 10.00 zamiast o 8.30. Wyegzekwowanie punktualności niesamowicie usprawnia pracę. Takich zmian jest więcej, np. zapisy na godziny, limit przyjęć dziennych. Widać już tego efekty.

Problemem instytutu jest jego dezintegracja. Stał się zbiorowiskiem autonomicznie funkcjonujących jednostek, niewspółpracujących ze sobą klinik czy zakładów. Do tego jest jeszcze podział na część kliniczną i naukową. To nie do pomyślenia w czasach, kiedy wieloośrodkowa współpraca jest podstawą każdego działania. W nazwie każdego ważniejszego projektu naukowego pojawia się słowo „international". Na przykład projekt poznania genomu ludzkiego to praca międzynarodowa. Tymczasem nasza nauka przypomina mi pracę dziadka, który kopie i kopie w swoim ogródku dołek, i nawet dokopuje się do pewnej głębokości, ale jego możliwości są ograniczone, bo robi to tylko do linii swojego płotu.

Uważam, że konieczna jest ponowna integracja instytutu, by wszyscy pracownicy wiedzieli, co robią poszczególne kliniki, poszczególni naukowcy. Wiem, że wielu osobom to się nie spodoba, ale jestem zdania, że należy połączyć niektóre kliniki w silniejsze zespoły, bo wtedy będą w stanie więcej zrobić.

Czy uważa pan, że polska onkologia przeżywa kryzys?

- To za mocno powiedziane, ale faktycznie pewne pokolenie dochodzi do końcowego okresu swojej działalności. Ci ludzie mają prawo czuć się rozczarowani, bo startowali w innych realiach, pracowali według innych zasad finansowania. Dzisiaj sytuacja jest odwrotna: mamy dużo więcej możliwości terapeutycznych, ale niektóre są poza w zasięgiem finansowym. To może być źródłem frustracji. I kryzys może dotyczyć tej grupy osób.

Ale jest też inna grupa - młodych ludzi o bardzo wysokich kwalifikacjach, zupełnie inaczej wyedukowanych i inaczej patrzących na onkologię, postrzegających nowotwory pod względem ich charakterystyki molekularnej i genetycznej. To ludzie, którzy właśnie się doktoryzują lub habilitują, to grono przyszłych profesorów. Idzie nowe, poprzednia epoka powoli mija. W tym sensie kryzysu nie ma.

A co ze sporami wewnątrz środowiska?

- Nie rozumiem ich. Onkologia jest jedna i dzielenie jej na akademicką i inną jest sztuczne. Osobiście uważam, że w miastach, gdzie istnieje uczelnia medyczna, poziom leczenia jest dużo lepszy. Oczywiście zależy to od wielu czynników, m.in. od struktury zachorowalności w danym regionie. Jednak obecność uczelni jest w stanie zapewnić odpowiedni poziom edukacji przyszłych lekarzy. Żaden podwykonawca nie zadba o interesy jakiejś specjalności tak dobrze, jak jej własna katedra.

A afery, o których co jakiś czas słyszymy w mediach, jak choćby ta z chemioterapią niestandardową?

- Nie ma takiego kraju na świecie, w którym wystarczyłoby środków na finansowanie wszystkich terapii proponowanych nam przez producentów czy nawet wszystkich metod zarejestrowanych w leczeniu nowotworów. Trzeba dokonywać wyborów. Oczywiście inne będą one w Polsce, a inne w Stanach Zjednoczonych, i to jest bolesne. Ale źródłem wszelkiego zła jest fakt, że u nas wciąż wiele decyzji jest podejmowane jednoosobowo. Nie powołuje się zespołów eksperckich, konstruktorem programów terapeutycznych czy wykazów leków dopuszczonych do stosowania jest często jeden ekspert. Przecież ryzyko popełnienia błędu jest wtedy o wiele większe, niż gdyby decyzję podejmował zespół. A i wiedza nie ta.

Drugą fatalną sprawą jest działanie „za pięć dwunasta". Zmiany dokonywane są na chybcika, a na ekspertyzy, konsultacje czy poprawki zostawiony jest minimalny czas. W ten sposób produkuje się „knoty", na pierwszy rzut oka skazane na porażkę. Niektóre z nich są akceptowane, a przy niektórych zaczynają się kłótnie. Oczywiście każdy ma prawo mieć swoje zdanie, ale system, w którym działamy, powinien tak to regulować, byśmy mieścili się w pewnych racjonalnych ramach.

Co ma pan na myśli?

- Zgadzam się, że nie można w terapii działać z perspektywy populacji, że trzeba brać pod uwagę indywidualne przypadki. Ale tych przypadków nie może być zbyt dużo, trzeba przyjąć pewne ramy działania. Podam przykład: w terapii pewnego nowotworu mamy do dyspozycji pięć leków i musimy dokonać wyboru, bo wszystkiego nie da się sfinansować. Kiedy spojrzymy na spektrum działania każdego z tych leków, ujawnią się pewne różnice.

Trzeba je nałożyć na tzw. real life, bo to, co uzyskujemy w badaniach klinicznych, nie zawsze się pokrywa z życiem. I okazuje się, że jakiś lek się eliminuje. Tak właśnie dobieramy leczenie do pacjenta. Nie można dopuszczać do sytuacji, gdy to się odbywa na zasadzie: według mnie, ten chory powinien dostać ten lek za wszelką cenę.

To dość logiczne, dlaczego więc tak się nie dzieje?

- Niektórzy nie widzą różnicy pomiędzy rejestracją, czyli dopuszczeniem leku do stosowania w jakiejś chorobie, a akceptacją do jego zastosowania, która musi uwzględniać aspekt ekonomiczny. Uważają, że skoro coś zostało zarejestrowane, to ma zielone światło do stosowania. Podejmują więc doraźne akcje, robią zgiełk medialny, pod którego naporem decydenci się uginają, podejmując zobowiązania, aby zgasić pożar. To błąd.

Trzeba sobie jasno i uczciwie powiedzieć, ile mamy pieniędzy, przeprowadzić analizę: co bez straty i bólu da się wyeliminować. Nie jestem zwolennikiem wprowadzania programów na lek, bo nowotwór nie jest jednolitą chorobą. Coraz częściej mamy do wyboru kilka dróg leczenia i program w takiej sytuacji tylko ogranicza nam możliwości. Ale to wymaga przemyślenia, zaplanowania.

Z tym planowaniem różnie bywa, wystarczy spojrzeć na Narodowy Program Zwalczania Chorób Nowotworowych...

- Ależ on jest bardzo potrzebny i chwała Bogu, że został ustanowiony! We wszystkim można doszukiwać się wad, więc i do niego można mieć zastrzeżenia. Jednak recenzowanie go po 5 latach jest błędem. Trzeba mieć świadomość, że efekty zdrowotne programu, przynajmniej te związane z edukacją, profilaktyką, skryningiem, będą dostrzegalne za wiele lat.

Zauważam jednak pewne nieprawidłowości w programie, np. brak kolegialności. Nie może być tak, by o ważnych sprawach decydowało 5 ludzi, a z tylu składa się Rada Naukowa NPZChN. Choć to bardzo mądrzy ludzie, nie są w stanie objąć swoją wiedzą wszystkich problemów. Rada powinna działać na zasadzie komitetu, który organizuje pracę ekspercką.

A więc zgadza się pan z zarzutem monopolizacji programu przez CO?

- Tak, to było złe rozwiązanie, że spośród 5 członków rady 3 osoby były z Centrum Onkologii, w tym jego dyrektor. On jest osobą zarządzającą, więc w naturalny sposób będzie dążył do gromadzenia środków.

Sporo tych problemów do ogarnięcia. Czy ma pan jeszcze czas, żeby leczyć?

- Bardzo rzadko. Nie czuję się urzędnikiem, a niestety nim zostałem. Strasznie trudno pogodzić funkcję lekarza i urzędnika, tyle że konsultantem i kierownikiem kliniki to ja mogłem być dawniej. Świat idzie naprzód...

Wciąż jestem pod wrażeniem tej czwartej rano... Po tak długim dniu pracy musi być chyba ciężko. Jak pan odpoczywa?


Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Monika Wysocka

Puls Medycyny
Inne / Niestety, zostałem urzędnikiem
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.