Niedofinansowane SOR-y będą zamykane

Monika Wysocka
opublikowano: 05-03-2008, 00:00

Lekarze są zgodni, sama idea powstania SOR-ów była bardzo dobra. Zgodnie z założeniami reformy systemowej, miało powstać Państwowe Ratownictwo Medyczne złożone m.in. z zespołów ratowniczych, które jeżdżą do wypadków i stanów bezpośredniego zagrożenia życia oraz ze szpitalnych oddziałów ratunkowych, gdzie pacjenci mieli otrzymywać wykwalifikowaną pomoc medyczną.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
"Cały system legł jednak w gruzach i jedyne, co z niego zostało, to pogotowie ratunkowe bez lekarzy (tzw. stacje ratownictwa medycznego) i SOR-y, do których zaczęły trafiać setki, jeśli nie tysiące pacjentów nie tych, co trzeba" - mówi prof. Piotr Kuna, dyrektor Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego im. Norberta Barlickiego w Łodzi.

Brakuje specjalistów

Oprócz nadmiaru pacjentów, którzy w większości nie są w stanie zagrożenia zdrowia czy życia, SOR-y mają też problemy kadrowe. Brakuje lekarzy ze specjalizacją z medycyny ratunkowej. Powinno być ich w Polsce ok. 3 tysięcy, jest 500, z czego niewiele ponad połowa pracuje w zawodzie. "To właśnie lekarze tej specjalności najczęściej wyjeżdżają za granicę. Zaświadczenie pozwalające na pracę za granicą wziął już co dziesiąty z nich" - twierdzi Konstanty Radziwiłł, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej.
Ministerstwo Zdrowia stara się zaradzić problemom, otwierając tzw. krótką ścieżkę uzyskiwania specjalizacji z tej dziedziny i liczy na 500 nowych specjalistów. Z tego systemu szkolenia będą mogli skorzystać lekarze, którzy już mają specjalizację, ale w innych dziedzinach. Nie wiadomo tylko, czy będą chętni do zdobywania tej wymagającej specjalizacji, która nie daje dużych możliwości dorobienia poza publiczną ochroną zdrowia ani prowadzenia własnego gabinetu. "Na domiar złego oddziały ratunkowe są skrajnie niedofinansowane. Narodowy Fundusz Zdrowia pokrywa jedną czwartą kosztów ich działania, co odbija się na pensjach personelu. A lekarze są wręcz przeciążeni pracą" - mówi prof. Juliusz Jakubaszko, przewodniczący Polskiego Towarzystwa Medycyny Ratunkowej. Ministerstwo Zdrowia zapowiada, że NFZ znajdzie pieniądze na poprawę finansowania oddziałów ratunkowych, ale prawdopodobnie dopiero w drugiej połowie roku. Naczelna Rada Lekarska proponuje rozwiązanie radykalne, aby działalność SOR-ów była finansowana bezpośrednio z budżetu. Zdaniem prof. Jerzego Karskiego, konsultanta krajowego ds. medycyny ratunkowej, z budżetu państwa powinno być finansowane pozostawanie SOR-ów w gotowości do udzielania świadczeń zdrowotnych, tak jak jest np. w przypadku tzw. pomocy przedszpitalnej. W 2007 roku budżet zarezerwował na nią ok. 1,2 mld zł.

Fundusz płaci za mało

Od 2008 roku poziom finansowania SOR-ów miał być uzależniony od warunków lokalowych, dostępnej kadry medycznej, wyposażenia w sprzęt, jakim dysponuje konkretny oddział oraz liczby przyjmowanych pacjentów. SOR-y, które obsługują do 80 pacjentów, miały otrzymać 5-6 tys. zł za dobę, w przypadku oddziałów przyjmujących do 120 chorych stawka miała być podniesiona do ok. 8 tys. zł. Na 10 tys. zł i więcej mogą liczyć te oddziały, które przyjmują ponad 120 chorych na dobę - zapewniali urzędnicy NFZ.
W praktyce wygląda to różnie. W Małopolsce najniższa stawka wynosi 4,6 tys. zł, najwyższa 8450 zł na dobę. Z powodu zbyt niskiego finansowania, z mapy usług medycznych w Krakowie może więc zniknąć już drugi SOR, ten w 5. Wojskowym Szpitalu Klinicznym. Ponad pół roku temu zlikwidowano SOR w Szpitalu Uniwersyteckim przy ulicy św. Łazarza. Z siedmiu oddziałów, otwieranych w 2004 roku, zostanie pięć. Zdaniem płk. lek. med. Jana W. Sosnowskiego, dyrektora 5. Wojskowego Szpitala Klinicznego, tamtejszy SOR potrzebuje ok. 12-14 tys. zł dziennie, a do tej pory otrzymywał jedynie 7,2 tys. zł. Dyrekcja nie jest w stanie udźwignąć finansowo nierentownego oddziału. Nie może też sprostać wymaganiom NFZ. Żeby SOR działał zgodnie z prawem, kierownictwo lecznicy powinno zagwarantować chorym pacjentom całodobową opiekę wszystkich specjalistów. A z tym jest coraz gorzej. Stąd wniosek o rozwiązanie umowy z NFZ na usługi SOR od 1 kwietnia br.

Zamykać czy ratować

Wygląda więc na to, że system ratownictwa medycznego w Polsce obecnie sam potrzebuje pomocy. Zdaniem prof. Piotra Kuny, obok świetnie działających SOR-ów w wielospecjalistycznych szpitalach obarczonych ogromną liczbą pacjentów, generujących ogromne koszty (a tym samym straty), są oddziały ratunkowe nie przystosowane do swojej roli, bez specjalistów, spełniające co najwyżej warunki poradni rejonowej, które dostają na swoją działalność takie same pieniądze, choć nie udzielają wykwalifikowanej pomocy. Utrzymywanie takiej fikcji może skończyć się tragedią.
"W naszym szpitalu właśnie skończyła się kontrola wojewody. Dostaliśmy zezwolenie na dalszą działalność SOR, choć nie odpowiada on obecnym wymaganiom pod względem pomieszczeń. Mając tę świadomość, od trzech lat aplikujemy do Ministerstwa Zdrowia, do organu założycielskiego, do programów unijnych - wszędzie, gdzie się da, żeby dostać pieniądze na rozbudowę SOR-u, ale wszyscy odmawiają - mówi dyrektor P. Kuna. - Zadeklarowałem więc chęć zamknięcia oddziału, ale nie dostałem na to zgody".
Bo tak naprawdę szpitalowi nie zależy na zlikwidowaniu SOR-u, mimo że na razie przynosi straty. ?Doszło do paranoicznej sytuacji: nie ma pieniędzy na rozbudowę SOR-ów, środki, które szpitale dostają na ich działalność, są niewystarczające, aby je utrzymać, a jednocześnie "obsługuje" się w nich pacjentów, którzy powinni trafiać gdzie indziej - podkreśla prof. Piotr Kuna. - Moim zdaniem, tylko odpłatność za nieuzasadnione wizyty może uleczyć sytuację. Takie decyzje leżą jednak w gestii Ministerstwa Zdrowia".


To był świetny pomysł, ale...
Komentuje dr Wojciech Szendzikowski ze Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym im. Norberta Barlickiego w Łodzi:

Praca na takim oddziale jest ciężka, trzeba mieć do niej predyspozycje. Tu liczy się umiejętność podejmowania szybkich decyzji, radzenia sobie ze stanami nagłymi, znacznie większy jest stopień odpowiedzialności. Często odsyłamy przecież pacjentów do domu na podstawie prostego badania, nie mamy możliwości obserwowania go przez kilka dni. Do tego ciągle jesteśmy narażeni na pyskówki, agresję. I to zarówno słowną, jak i fizyczną, np. ze strony pijaków, których trafia do nas całe mnóstwo. Codziennie rano dostaje mi się od dyrekcji, bo przekraczam limity. Potem ruga mnie ordynator, na oddział którego przyjąłem 5 dodatkowych pacjentów i wreszcie są pretensje od samych pacjentów.
Do tego oddziały te pracują inaczej niż w założeniach. SOR-y powinny przyjmować pacjentów przywożonych przez ratowników, skierowanych do nas przez lekarzy poz do szybkiej diagnostyki niejasnego problemu oraz pacjentów, którzy zgłaszają się sami, bo zdarzyło się coś nagłego. A nie dlatego, że od 7 dni kichają albo od 10 lat boli ich głowa (to autentyczne przypadki), bo to są pacjenci poz, z których jeśli ktoś powinien trafić do szpitala, to na konkretne oddziały specjalistyczne. Tymczasem jest spora grupa cwanych pacjentów, którzy przychodzą do SOR-ów, bo wiedzą, że tu będzie szybciej i taniej. Właściwie trudno mieć do nich pretensje, po prostu ktoś pozwolił im tak myśleć! Do tego często sami lekarze rejonowi kierują pacjentów do nas bezzasadnie, ponieważ w ten sposób mogą zaoszczędzić na diagnostyce. A ja muszę przyjąć każdego, kto się do nas zgłosi. Kto odważy się zrobić inaczej? O tym, czy podjąłem słuszną decyzję, dowiaduję się na końcu, gdy mam już w ręku wyniki badań. Na 10 pacjentów tylko 3-4 jestem w stanie ocenić bez badań.
Gdyby jednak pacjenci mieli świadomość, że za nieuzasadnione wizyty będą musieli zapłacić, a lekarze, że będzie im zmniejszana stawka kapitacyjna - może zastanowiliby się, czy wizyty w SOR-rze są rzeczywiście niezbędne. Nie chcę przez to powiedzieć, że powinniśmy przywrócić płatną służbę zdrowia, ale zmiany w systemie są konieczne.
Szpitalne oddziały ratunkowe to świetny pomysł: mieliśmy stanowić zaplecze dla zespołów ratowniczych bez lekarza, dla pacjentów, którzy trafiają do nas bezpośrednio w nagłych stanach. Chodziło o to, by chory otrzymał fachową pomoc w tzw. złotej godzinie. SOR-y to jeden klocek w całym systemie - od lekarza rejonowego, po wysoce specjalistyczne procedury w klinikach. Tymczasem stworzono ustawę, która przewróciła do góry nogami cały dotychczasowy system i tak źle funkcjonującej służby zdrowia. To jak zbudowanie modelu samolotu bez skrzydła - trudno się dziwić, że nie chce on latać.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Monika Wysocka

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.