Naganne praktyki pracowników nauki

Beata Lisowska
opublikowano: 14-02-2007, 00:00

Puls Medycyny ujawnia mechanizm fikcyjnego pomnażania dorobku naukowego ; Pomysł powołania stowarzyszenia "Uczciwa uczelnia" (Puls Medycyny pisał o tym w numerze 1/2007) powstał właśnie z niezgody na coraz częstsze w środowisku - nie tylko łódzkim - przypadki nierzetelności naukowej.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
W 2005 roku tytuł doktora nauk medycznych został uchylony czterem osobom doktoryzującym się na Uniwersytecie Medycznym w Łodzi, którym udowodniono plagiaty. Wszyscy napisali prace doktorskie pod kierunkiem tego samego profesora. Promotor sam zwolnił się z pracy w UM (choć funkcjonuje w uczelniach pozałódzkich), gdy rozpoczęło się dochodzenie w sprawie plagiatów.

Profesor ściga doktora

W 2006 roku rozpoczęła się i trwa do tej pory inna, jeszcze bardziej bulwersująca sprawa. Prof. Jan Goch, kierownik Kliniki Kardiologii i Katedry Kardiologii i Kardiochirurgii Wydziału Lekarskiego UM w Łodzi, postawił zarzut zapożyczenia wyników z jednoczesnym ich fałszowaniem dr. Leszkowi Markuszewskiemu, dyrektorowi Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego nr 2 im. WAM - Centralnego Szpitala Weteranów. Profesor podczas próby otwarcia przewodu habilitacyjnego przez dr. L. Markuszewskiego zakwestionował autorstwo kilku jego prac oryginalnych opublikowanych w kwartalniku jednego z towarzystw naukowych.
"Materiał do tych prac pochodził z prac doktorskich, które były realizowane w kierowanej przeze mnie klinice. W żadnej z nich doktor L. Markuszewski nie brał udziału, a mimo wszystko umieścił siebie na pierwszym miejscu jako autora w trzech pracach, a w następnych czterech był kolejnym współautorem" - opowiada prof. Jan Goch.
Prof. J. Goch wystosował w tej sprawie pismo do rektora, zwracając w nim uwagę na stosunek podległości służbowej habilitanta i autorów skopiowanych prac doktorskich. Prof. J. Goch przeanalizował cały dorobek naukowy dr. L. Markuszewskiego. Stwierdził, że lawinowo zaczął on powstawać po 2002 roku, kiedy naukowiec został dyrektorem szpitala. Jego publikacje dotyczyły różnych dziedzin medycyny, w tym nefrologii, pediatrii, nauk podstawowych czy medycyny sądowej, w których nigdy się nie specjalizował. W rekordowym 2005 roku był autorem lub współautorem 57 publikacji oraz 23 doniesień zjazdowych.
Rektor Uniwersytetu Medycznego w Łodzi powołał specjalną komisję, na czele której stanął prorektor uczelni ds. nauki. Komisja stwierdziła, że "w tworzeniu dorobku naukowego dr. L. Markuszewskiego zostały co najmniej naruszone zasady dobrych obyczajów nauki". Komisja potwierdziła m.in., że doszło do opublikowania prac, w przypadku których L. Markuszewski w ogóle nie uczestniczył w badaniach, twierdził natomiast, iż miał "ogólny wkład w ich ostateczną wersję" i dlatego znalazł się wśród autorów. Komisja uzyskała też oświadczenie jednego z pracowników, który stwierdził, że dyrektor, wykorzystując swoje stanowisko, wymuszał dopisywanie jego nazwiska do powstających w jego klinice prac (patrz ramka str. 12).

Dobre obyczaje w nauce

Od kilku tygodni sprawą ewentualnej nieuczciwości naukowej dr. L. Markuszewskiego zajmuje się rzecznik dyscyplinarny Uniwersytetu Medycznego w Łodzi prof. Janusz Wasiak. Zapewnia, że zapoznaje się skrupulatnie z dorobkiem naukowym dyrektora, obejmując swoją analizą także współautorów jego publikacji. A to nie jest proste, bo niektóre z prac firmuje 11, 12 (sic!) nazwisk. "Jest jeszcze za wcześnie, by na ten temat wypowiadać się definitywnie. Jestem dopiero mniej więcej w połowie przeglądu dorobku doktora. Współautorami jego prac są nie tylko naukowcy z Uniwersytetu Medycznego, ale także z łódzkich szpitali. Analiza musi być dogłębna" - zapewnia prof. Janusz Wasiak. Jeśli zarzuty się potwierdzą, rzecznik skieruje sprawę na forum uczelnianej komisji dyscyplinarnej. Jeśli nie dopatrzy się w analizowanym dorobku naukowym niczego nagannego sprawę umorzy.

Pora na uczciwość

Bez względu na to, jak sprawa się zakończy, ma już swoje pozytywne konsekwencje. Zostało ujawnione kilka patologii polskiej nauki, rozpoczęła się dyskusja na ich temat. Jednym z takich przemilczanych tematów jest nadużywanie pojęcia pracy zespołowej i współautorstwa. Jeden z łódzkich profesorów opowiedział Pulsowi Medycyny, jak działa ten mechanizm. "Współautorstwo publikacji stało się formą zapłaty za usługę wykonaną w innej klinice. Skazała nas na to sytuacja finansowa uczelni. Jest to mechanizm stojący nie tylko za dorobkiem naukowym dr. Markuszewskiego, ale za 90 procentami prac ogłaszanych przez medyków łódzkich" - mówi profesor. Opowiada, że jeśli ktoś do swojego opracowania potrzebuje ciągłego oznaczenia np. stężenia cukru lub alkoholu we krwi, musi zwrócić się do innej kliniki lub zakładu, które mają potrzebny sprzęt. Na Zachodzie za taką usługę się płaci. "U nas nie ma takiej możliwości. Jeśli ktoś dostaje 12 tys. zł na całą pracę, to te pieniądze wyda przede wszystkim na odczynniki. Jeżeli ma to być poważna praca, wymagająca oznaczeń, trzeba współpracować z innymi klinikami. Czym można zapłacić? Tylko współautorstwem. Bieda wymusza takie patologie" - podkreśla profesor.
Sygnatariusze Stowarzyszenia "Uczciwa uczelnia", którego powstanie też jest pokłosiem sprawy dr. L. Markuszewskiego, nie zamierzają jednak usprawiedliwiać tej sytuacji. Prof. Krzysztof Zieliński z Zakładu Patomorfologii i Cytopatologii Klinicznej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi nazywa to wprost - zgodnie ze swoją specjalnością - patologią. Jego zdaniem, fikcyjne pomnażanie dorobku naukowego jest procederem dwustronnym, a dochodzi do niego, ponieważ jest to opłacalne finansowo. "Ja dopiszę ciebie, ty dopiszesz mnie, powiększamy swój indywidualny dorobek naukowy, a to przekłada się na sytuację finansową placówek, w których pracujemy. Przy podziale pieniędzy na działalność statutową, który jest wynikiem m.in. dorobku naukowego, obaj dostaniemy więcej środków. Punkty KBN-owskie to jest nowy środek płatniczy w uczelniach. Trwa to od kilku lat, wszyscy o tym wiedzą, tylko nikt głośno o tym nie mówi, bo prawie każdy ma coś za paznokciami" - twierdzi prof. K. Zieliński. Niektóre uczelnie zabezpieczają się przed takimi sytuacjami w ten sposób, że każdy z autorów określa swój procentowy udział w pracy badawczej. "Były już jednak takie sytuacje, że gdy dochodziło do zestawień przy habilitacji, to wszyscy współautorzy po zsumowaniu mieli znacznie powyżej stu proc. udziału w pracy!" - twierdzi prof. K. Zieliński.
Zachętą do takich patologii jest przywiązywanie zbytniej wagi przy ocenie osiągnięć pracowników akademickich jedynie do systemu punktacji Komitetu Badań Naukowych, premiującego tych, którzy publikują dużo, bez względu na rzeczywistą wartość naukową prac. Zdaniem prof. K. Zielińskiego, w ocenie tej pomijane lub marginalizowane są tak istotne aspekty zadań uczelni medycznych, jak ilość i jakość prowadzonych zajęć dydaktycznych, autorstwo podręczników i skryptów czy zakres i złożoność działalności klinicznej. "Ci, którzy są dobrzy, robią swoje i nie oglądają się na punkty. Inni nabijają sobie licznik przyczynkarską pseudotwórczością naukową, czasami nazywaną naukawą" - twierdzi. Dlatego, jego zdaniem, powstało stowarzyszenie "Uczciwa uczelnia", które zamierza monitorować różnego rodzaju nierzetelności naukowe. Nagłaśnianie takich przypadków będzie działać na środowisko naukowe prewencyjnie. "Każdy, kto wcześniej choć raz w nieuprawniony sposób dopisał się (lub wymógł takie dopisanie) jako któryś z rzędu autor do czyjegoś doniesienia, zastanowi się, zanim zrobi to ponownie, bo przecież może to wyjść na jaw. Jest to wszakże forma mobbingu" - zauważa prof. K. Zieliński.

Upadek nauki czy naukowców?
W protokole końcowym komisja ds. oceny dorobku naukowego dr. L. Markuszewskiego, powołana przez rektora Uniwersytetu Medycznego w Łodzi przypomniała, cytując opracowanie Zespołu Etyki w Nauce przy ministrze nauki z maja 2004 r. pt. "Dobra praktyka badań naukowych", iż "tylko rzeczywisty udział twórcy uzasadnia wystąpienie w roli autora pracy naukowej". Odstąpienie autorstwa pracy naukowej innej osobie, przyjęcie go lub żądanie odstąpienia jest niedopuszczalne. Pomoc redakcyjna lub techniczna, powinny być pokwitowane imiennym podziękowaniem.
Wnioskiem końcowym tej komisji było stwierdzenie, że "osoba, na której spoczywa udokumentowany zarzut naruszenia dobrych obyczajów w nauce i podejrzenie innych poważnych nieprawidłowości, nie powinna pełnić funkcji kierowniczych w społeczności akademickiej. Przemawia za tym zarówno potrzeba utrzymania dobrego imienia uczelni, obowiązek wychowawcy względem studentów i pracowników, a także potrzeba właściwej współpracy z kierownikami klinik".

To jest intelektualna kradzież
Komentuje prof. Jacek Hołówka, etyk z Wydziału Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego:

W polskiej nauce są tradycje dobre i złe. Dopisywanie się do artykułów jest oszustwem. Tę tradycję należy piętnować, bo jest to przywłaszczanie sobie cudzej własności intelektualnej. To jest kwestia etyki naukowej, ale także kwestia faktów. Ludzie, którzy tworzą zespół naukowy i piszą artykuł wiedzą, kto z nimi współpracował, a kto nie. Osobom, które są przekonane, iż z racji wieku, pozycji czy pełnionego stanowiska mają specjalne przywileje, trzeba uświadamiać, że dopisywanie się do cudzych artykułów jest nadużyciem i postępowaniem wbrew etyce naukowej.



Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Beata Lisowska

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.