Medyk plebiscytowy [Ostrzej, ale bez skalpela Marek Stankiewicz]

opublikowano: 06-04-2016, 00:00

Większość naszego dumnego narodu ma wciąż awersję do głosowania w wyborach. Jedni z przekory, inni z wrodzonej kontestacji wobec każdej władzy. Tymczasem liczna rzesza tychże kontestatorów nie szczędzi czasu ani pieniędzy na zdrapki i SMS-y w różnych plebiscytach ogłaszanych przez lokalne gazety codzienne. Nie wiedzieć dlaczego, chętniej niż radnych do swojej dzielnicy wybierają najlepszych, ich zdaniem, lekarzy, pielęgniarki, położne, ratowników medycznych, placówki medyczne i farmaceutów. Sęk w tym, że nie ma definicji najlepszego medyka.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

.Żadnemu lekarzowi nie przystoi powiedzieć o sobie, że to, co on robi z pacjentem, jest najlepsze. Po pierwsze to zwyczajna bufonada, po wtóre — lekarza ogranicza prawo. Kodeks Etyki Lekarskiej w art. 63 stanowi, iż lekarz tworzy swoją zawodową opinię jedynie na podstawie efektów swojej pracy, co wyklucza reklamowanie się. Lekarz nie powinien więc zgadzać się na używanie swego nazwiska i wizerunku dla celów komercyjnych. Co gorsza, zgodnie z art. 65 Kodeksu, lekarzowi nie wolno narzucać swych usług chorym lub pozyskiwać pacjentów w sposób niezgodny z zasadami etyki oraz lojalności wobec kolegów. Kolejnym przepisem, który na dobre wiąże ręce medykom, jest art. 66, zawierający normę zakazującą lekarzowi stosowania metod nieuczciwej konkurencji, szczególnie w zakresie nierzetelnego informowania o swoich możliwościach działania, jak i kosztach leczenia. Niesforny lekarz, który ulegnie pokusie zakazanego owocu, naraża się więc na odpowiedzialność zawodową.

Ale jak dotąd nikt nie zakazał pacjentom ani mediom dokonywać oceny popularności lekarzy. Portale medyczne tzw. dobrych lub znanych lekarzy biją rekordy internetowych odsłon. Plebiscyty medialne wyrastają jak grzyby po deszczu. Media łakną nowych bohaterów. Choćby to była tylko zabawa, z której nic nie wynika. Zdrowie to obok pogody i piłki nożnej ulubiony temat dyskusji naszych rodaków. Pacjenci nominują więc swoich znajomych lekarzy i głosują na nich. Listy kandydatów do plebiscytowego lauru nie weryfikuje żadna kapituła ekspertów lub lekarskich autorytetów. Zawodowi rywale ukradkiem docinają z sarkastycznym uśmieszkiem, że to przede wszystkim nominaci sami na siebie głosują. Co więcej, przypominają, że uczestnicy plebiscytu łamią kodeksowy zakaz używania swego wizerunku w bądź co bądź przedsięwzięciu biznesowym. Bywa, że w plebiscytach na najlepszego lekarza wysyła się kilkadziesiąt tysięcy SMS-ów. Każdy za co najmniej dwa złote plus VAT.

Pacjenci coraz częściej odwiedzają prywatne gabinety. Jedni z wygody, inni z konieczności. Coraz więcej lekarzy zakłada więc prywatne praktyki lekarskie. Zagęszczenie potęguje konkurencję. Jedni nie wyrabiają się z nawałnicą, innym los śle upokorzenie z powodu braku pacjentów. Pacjent ma coraz większy wybór, u kogo zostawić swoje pieniądze, a drogowskazem dla niego jest Internet. To stamtąd wie, że w Opolu o wiele drożej zapłaci dentyście za leczenie kanałowe swojego zęba niż w pobliskich Gliwicach, nie mówiąc o Lublinie czy Łodzi. A z kolei mieszkanka Opola, która spodziewa się dziecka, zostawi u ginekologa połowę tego, co młode panie z pobliskiego Wrocławia.

Coraz częściej medycy wszelkich profesji sięgają po pomoc agencji reklamowych. Reklama to dźwignia handlu, ale, niestety, w medycynie nie da się pohulać. Lekarzowi, który chciałby reklamować się tak jak mechanik samochodowy lub kosmetyczka, stawia szlaban ustawa o działalności leczniczej. Ale już ta sama ustawa nie definiuje wprost, czym jest reklama.

Strażnicy etyki z Naczelnej Izby Lekarskiej twierdzą, że reklamą jest informowanie ludzi o świadczeniach i usługach, podkreślanie ich zalet tak, aby ludzie chcieli za nie zapłacić. Takie działania lekarzy i lekarzy dentystów są, ich zadaniem, zabronione. Psychologom pozostawiam dylemat, czy psychotechnika wykorzystująca siłę sugestii, polegającej na powtarzaniu pozytywnych twierdzeń wobec własnej osoby, jest manipulacją czy nie.

 

No i masz babo placek! I w dodatku zamęt w głowie… Gdzież tu choćby jedno słowo podważające prawo udziału medyków w publicznej zabawie medialnej. No to wolno czy nie? Amatorów zdobycia plebiscytowych laurów lub nawet znalezienia się wśród nominowanych wciąż nie brakuje. Zwycięzcy w plebiscytach nie cieszą się jednak szczególną estymą w środowisku lekarskim. Zazdrośni koledzy po fachu niemal gremialnie odczytują te „sukcesy” jako ukrytą reklamę i po kątach obśmiewają laureatów. Szczególny niesmak budzi afiszowanie, nadymanie i przechwalanie się tymi trofeami, wystawionymi w poczekalni dla pacjentów, niemal jak kapliczki pośród galerii cennych certyfikatów zawodowych.

Kryptoreklama jest ciągle jedną z najpopularniejszych form marketingu, chociaż polskie prawo stanowczo ogranicza jej wstęp do mediów. Ale ona wdziera się w każdą szczelinę naszej codzienności, rozrywa ciszę i etyczne dylematy na pojedyncze krzyczące atomy. Można nad tym ubolewać, albo z tym żyć.

W Polsce nie wolno reklamować tylko alkoholu i usług medycznych. A mimo to ta osobliwa para prawnych banitów nieustannie puka do ludzkiej podświadomości, bo tam nasz rozum na chwilę się zdrzemnął. A umysł to nieodgadniona zagadka. Niewiele ludzi ma w ogóle świadomość swojej podświadomości. A to ona sprawia, że żyjemy. Tam właśnie kryją się nasze przekonania, lęki i obawy oraz najskrytsze pragnienia. Ale nasz mózg błyskawicznie czyta te symbole. Biały kitel i zarzucony na szyi stetoskop kojarzy z atrybutami zawodu lekarza, takimi jak wiedza, kompetencja, autorytet, bycie człowiekiem godnym zaufania. Czas najwyższy, by to cenić i oceniać bez niepotrzebnej egzaltacji ani plebiscytów.

stankiewicz@hipokrates.org

Źródło: Puls Medycyny

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.