Medycyna rodzinna umiera

  • Ekspert dla "Pulsu Medycyny"
13-05-2009, 00:00
Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Jestem lekarzem chorób wewnętrznych i specjalistą medycyny rodzinnej. Uważam, że medycyna rodzinna umiera. Dzieje się tak z wielu powodów. Pierwszy z nich to polityka państwa. W obecnie obowiązującej ustawie o publicznej służbie zdrowia, w punkcie mówiącym, kto może pracować w poz, wymienieni są pediatrzy, interniści, lekarze ogólni, ale nie rodzinni. Według rozporządzenia ministra zdrowia, lekarze o specjalizacjach ginekolog czy chirurg mogą bez przeszkód otworzyć medycynę rodzinną, ale lekarz rodzinny chcąc otworzyć pediatrię czy internę musi zdawać LEP! Minister zdrowia chce chyba dać do zrozumienia, iż ginekolog czy chirurg mają większe pojęcie o pediatrii i internie niż rodzinny. (...)

W artykule ("Rodzinny, czyli jaki?" i "Quo vadis medycyno rodzinna?", PM nr 8/2009) pada zdanie, że pacjenci trafiają niezdiagnozowani do specjalistów. Weźmy przykład chorób tarczycy. W gestii poz jest tylko jedno badanie: TSH. Wykrywam nieprawidłowość i pacjent czeka kilka tygodni do kilku miesięcy na wizytę u specjalisty. Chętnie mogłabym zlecać FT3, FT4, przeciwciała, USG czy scyntygram. Niech tylko NFZ da mi na to pieniądze. Tylko że wtedy mogłoby się okazać, iż część endokrynologów jest niepotrzebna, jak również ich prywatne gabineciki. To samo z innymi specjalistami. Jesteśmy więc w znacznej mierze ubezwłasnowolnieni przez NFZ. W związku z małą ilością badań leżących w gestii poz, każdy, nawet najmniejszy szpital powiatowy jawi się zwykłemu pacjentowi jak jakaś superklinika.

Kolejna rzecz to coraz bardziej rozbudowana sprawozdawczość i papierologia oraz coraz bardziej restrykcyjne przepisy, choćby zakaz pracy w szpitalu czy pogotowiu. Ww. ustawa mówi, że lekarz mający umowę z NFZ na własne nazwisko nie może pracować u innego świadczeniodawcy. Ale wystarczy założyć z kimkolwiek spółkę i ten zapis się omija. A przecież pracując w szpitalu, mogłabym zobaczyć chorobę czy stan, którego nigdy bym nie spotkała. Praca w szpitalu jest po prostu ciekawsza. Na rezydenturach także jesteśmy traktowani często jak piąte koło u wozu.

Wielu kolegów, zwłaszcza pracujących w szpitalach czy przychodniach specjalistycznych obgaduje nas. Jasne jest przecież, że mając większy zakres badań, wiedzą i rozpoznają więcej. Zapominają przy tym, że będąc specjalistami już z definicji wiedzą i umieją więcej. Przecież będąc lekarką rodzinną nie będę równać się z kardiologiem, który raczył zamienić Axtil na Cilan czy odwrotnie, co jest powszechnym chwytem. Trudno się dziwić, że młodziaki nie chcą robić specjalizacji z medycyny rodzinnej.

I będzie gorzej. A już zupełny dramat zacznie się za parę lat na wsi. Skoro lekarz nie może samodzielnie wypisać recepty dopóki nie ukończy stażu, skoro NFZ nie daje pieniędzy na lekarza bez specjalizacji lub kilku lat stażu, to młodzi zostają w miastach i szpitalach, bo tylko tam mogą odbywać specjalizację. Tam rodzą się i idą do przedszkoli i szkół ich dzieci.

Czytaj też inne artykuły i opinie na ten temat:
Medycynie rodzinnej grozi kryzys
Okiem lekarza rodzinnego cz.1
Okiem lekarza rodzinnego cz.2
Nie każdy może pracować w poz
Lekarz poz odciąża specjalistów
Primary care to nie tylko poz
Dążymy do zmiany finansowania poz
Gdyby państwo chciało pomóc
Taniec na linie

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Lekarka

Najważniejsze dzisiaj
Puls Medycyny
Opinie / Medycyna rodzinna umiera
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.