Medycy o Białym Miasteczku: to gest w stronę pacjentów, porozmawiajmy, co nas „boli”

  • Jacek Wykowski
opublikowano: 28-09-2021, 20:19

Białe Miasteczko to także platforma do dialogu z pacjentami - bez barier, które narzuca NFZ - mówi jego rzecznik, Gilbert Kolbe. - Wychodzimy do pacjentów w ramach własnych urlopów, wolnego czasu - po to, by porozmawiać, co każdą ze stron boli. Też jesteśmy ludźmi, chcemy leczyć godnie - dodaje Anna Bazydło, rzeczniczka komitetu protestacyjnego.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Protest zawodów ochrony zdrowia nadal trwa. Namioty medyków są rozstawione przy Alejach Ujazdowskich w Warszawie - naprzeciwko CBA. W ciągu najbliższych dni Białe Miasteczko zamierza wrócić do poprzedniej formy, czyli otworzyć się na prelekcje i warsztaty, które oferowano od samego początku protestu.

Nadal nie ma porozumienia między protestującymi pracownikami ochrony zdrowia a rządem.
Fot. Jacek Wykowski

Czy są perspektywy na zakończenie protestu? Na jakim etapie są rozmowy z rządem? Co boli zawody medyczne i niemedyczne oraz czego symbolem jest Białe Miasteczko? Na te i inne pytania odpowiadali we wtorek (28 września) w programie „Jest sprawa” Polskiego Radia RDC Anna Bazydło, rzeczniczka Ogólnopolskiego Komitetu Protestacyjno-Strajkowego Pracowników Ochrony Zdrowia, lekarz rezydent w dziecinie psychiatrii dorosłych oraz Gilbert Kolbe, rzecznik Białego Miasteczka, pielęgniarz.

- W Polsce utarło się, że pracownicy ochrony zdrowia praktycznie co roku organizują jakieś protesty. Są one jednak nieskuteczne. Forma zwykłych manifestacji nie działa na decydentów i to niezależnie od partii rządzącej. Dlatego zdecydowaliśmy się pójść o krok dalej i powstało Białe Miasteczko 2.0. To metaforyczny obraz patologii systemu ochrony zdrowia, ale też platforma do dialogu, dyskusji z pacjentami, przebadania ich - bez barier, które narzuca nam NFZ - tłumaczy Gilbert Kolbe.

O co chodzi w proteście medyków? „Nie tylko o pieniądze”

Jak mówi Anna Bazydło, ostatnie półtora roku pokazało, że system ochrony zdrowia w Polsce nie był przygotowany na kryzysy, na pandemię. - Efektem są nadmiarowe zgony, zaniedbane choroby przewlekłe, onkologiczne. Skutki tego będą odczuwalne jeszcze przez wiele lat i system w obecnej formie nie da sobie z nimi rady. Mamy za mało ludzi, środków, za mało czasu dla pacjentów. Bez chęci naprawy ze strony rządzących nie wyjdziemy z kryzysu - zaznacza.

Gilbert Kolbe podkreśla, że niemalże w każdym przekazie akcentowane jest to, że w proteście nie chodzi tylko o wzrost wynagrodzeń. - Mówimy np. o tym, aby kierunki medyczne i niemedyczne czy szkolenia podyplomowe były rozszerzane. Owszem, zwiększono liczbę miejsc na kierunkach lekarskich, ale nie wzrosła ilość miejsc rezydenckich. Studenci, którzy ukończyli studia i zrobili staż, nie mogą dostać się na specjalizację - tłumaczy Kolbe.

W publicznej ochronie zdrowia jest wielu młodych lekarzy. Bo muszą?

Jak zauważa rzecznik Białego Miasteczka, większość lekarzy, których pacjenci spotykają w szpitalach, to rezydenci. Są oni zobligowani do pracy w publicznym systemie.

- Żadne studia publiczne nie są płatne, nie tylko w zakresie medycyny. Także absolwenci innych kierunków wyjeżdżają do pracy za granicę - ze względu na lepsze zarobki, warunki pracy. To nie tylko domena medyków. Dlatego by zatrzymać lekarzy czy pielęgniarki w Polsce, nie pomogą zakazy, obwarowania, tylko takie zreformowanie systemu, by chciało się w nim pracować - tłumaczy.

Dodaje, że wykształceni specjaliści z dużym doświadczeniem - o ile nie wyemigrowali - wolą pracować w prywatnej ochronie zdrowia, bo nie tylko mogą godnie zarobić, ale warunki pracy są o wiele korzystniejsze. - I trudno im się dziwić - przyznaje.

Bazydło przypomina, że zarzewiem protestu pracowników ochrony zdrowia byli ratownicy medyczni, którzy pierwsi - regionalnie - przestali się godzić na realia pracy w publicznym systemie poprzez wypowiadanie umów czy branie zwolnień chorobowych.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Ratownik medyczny i "Pan Pielęgniarka": ten system miażdży pasjonatów

- Ratownik medyczny w dalszym ciągu jest zawodem, który nie doczekał się uregulowania w ustawie. Nie są w stanie nawet się policzyć, bo nie ma samorządu, który kontrolowałby wydawanie prawa wykonywania zawodu, określał kompetencje - mówi.

Kolbe dodaje, że wielu z nich - by „załapać się na lepszą siatkę płac”, poszerza kompetencje i zostaje pielęgniarzami, choć to tylko jeden ze sposobów na godniejsze zarobki. Innym - bardzo niekorzystnym i dla ratowników, i dla samych pacjentów, jest praca ponad siły - nawet 400 godzin w miesiącu.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Ratownik: "pracuj 400, 500 godzin w miesiącu, a potem się ocknij na zgliszczach swojego życia"

Idea Białego Miasteczka

- Skoro dojście do porozumienia nie jest takie proste - czy to znaczy, że Białe Miasteczko będzie nas kłuło w oczy przez kolejne miesiące? Co się z nim stanie zimą? - pytała w radiowym studio prowadząca program „Jest sprawa” Elżbieta Uzdańska.

- Mam szczerą nadzieję, że z perspektywy pacjentów miasteczko nie będzie obrazem, który kłuje w oczy. Ono ma skłaniać do refleksji. Wychodzimy do pacjentów w ramach własnych urlopów, wolnego czasu - po to, by porozmawiać, co każdą ze stron boli. Też jesteśmy ludźmi, chcemy leczyć godnie - podkreśla Bazydło.

Przyznaje, że protestujący zdają sobie sprawę, iż kontakt z systemem ochrony zdrowia - lekarzami, pielęgniarkami, ratownikami - pozostawia wiele do życzenia. - Ale chcemy też pacjentom wytłumaczyć, że to nie wynika z naszych osobistych decyzji. Chcemy pomagać, korzystając z całej wiedzy którą posiadamy, ale często system nam to uniemożliwia - wyjaśnia.

Gilbert Kolbe tłumaczy, że w pracy zawodowej pielęgniarza bardzo często spotyka się z tym, iż pacjenci potrzebują wysłuchania, uwagi, zatrzymania się, zwykłej rozmowy. Dodaje, że często są to już starsi, schorowani ludzie. - Ze względu na "pęd szpitalny" czy ilość chorych na oddziałach, braki kadrowe, zazwyczaj się spieszymy, żeby zapewnić elementarną opiekę wszystkim. Nie mamy czasu, by choć krótko porozmawiać. W przypadku Białego Miasteczka pokazujemy "ludzką twarz". Lubimy i chcemy rozmawiać, nie przychodzimy do pracy "za karę" - mówi.

Personel medyczny to też ludzie z krwi i kości

Zdaniem Anny Bazydło Białe Miasteczko jest także symbolem, który „utrwalił się w naszej historii protestów” dzięki pielęgniarkom, które rozbiły je 14 lat temu. - Nie ma ono jednak formy strajku - poświęcamy swój wolny czas, aby „wyjść” do pacjentów i przełamać pewien impas komunikacyjny. Personel medyczny nie cieszy się w naszym kraju zbyt dużą sympatią. Chcemy więc pokazać, że jesteśmy zwykłymi ludźmi, że nam także zależy, by główne ideały narodowego rozwoju: rodzina, godność, duma z pomagania innym, które przecież przyświecają też naszym zawodowym wyborom, są dla nas ważne. Tyle, że najczęściej nie mamy przestrzeni, by to pokazać - stwierdza.

Bazydło przyznaje, że zawody medyczne i niemedyczne “chyba straciły zdolność efektywnej komunikacji”. - Jako pracownicy ochrony zdrowia jesteśmy przygotowani na to, że pacjent, który doświadcza bólu, strachu, reaguje emocjonalnie. Bierzemy na to poprawkę, Jednak to też na nas „ląduje” ich dodatkowa frustracja wywoływana przez system - przez niedziałające urządzenie, brak krzesła czy niesmaczny obiad. Nie bardzo mamy na to wpływ - wyjaśnia.

- Apelujemy, prosimy pacjentów o próby komunikacji. Też jesteśmy ludźmi, prosimy o pewną wyrozumiałość. Bardzo dużo napięć rodzi się w SOR-ach, które z definicji mają ratować życie. Tymczasem pacjent szuka tam pomocy w innych, lżejszych problemach, bo nie otrzymuje jej tam, gdzie powinien - zauważa.

Prywatny ubezpieczyciel zamiast NFZ? To nie takie proste

Podczas rozmowy w studio jeden ze słuchaczy poprosił o ocenę - jego zdaniem - prostej recepty na uzdrowienie systemu.

- Czy nie można go uprościć na zasadzie, że wykupuję sobie prywatne ubezpieczenie zdrowotne, idę do określonego miejsca, ktoś wykonuje tam świadczenia medyczne, wystawia rachunek i ubezpieczyciel mu to zwraca? Po co nam państwowy NFZ, wycenianie świadczeń, ta ogromna biurokracja? - pytał.

Rzecznika komitetu protestacyjnego przypomniała, że całkowicie prywatny system ubezpieczeń mamy w USA i jest on jednym z najmniej efektywnych na świecie. Oceniła, że przy takim rozwiązaniu istnieje ryzyko, że prywatni ubezpieczyciele będą windować ceny świadczeń, co widać - jak zaznaczyła - chociażby porównując wycenę tego samego zabiegu na tym samym sprzęcie w USA i np. w Holandii. - Cena potrafi się różnić nawet ośmiokrotnie. Koszty leczenia mogą osiągać bajońskie sumy. Wielu może wtedy być nie stać na pełne spektrum świadczeń - stwierdziła.

- Pełna prywatyzacja ochrony zdrowia spowoduje to, że osób biedniejszych nie będzie stać na bardziej skomplikowane operacje. Ciężko sobie wyobrazić opłatę za pobyt na oddziale intensywnej terapii, który jest wyceniany na ok. 1500 zł dziennie i jest i tak niedoszacowany. O zabiegach operacyjnych nawet nie wspomnę - wszczepienie kardiowertera-defibrylatora to dziesiątki tysięcy złotych. Trudno przewidzieć, ile kosztowałoby ubezpieczanie, które obejmowałoby wszystkie świadczenia. Obecne w Polsce prywatne ubezpieczenia zazwyczaj dotyczą wizyt u lekarzy rodzinnych czy specjalistów, ale nie obejmują bardzo kosztochłonnych, skomplikowanych operacji - wyjaśnił Kolbe.

Rozmowy medyków z rządem cały czas bez rozstrzygnięć

“Po dzisiejszym spotkaniu jesteśmy przekonani, że Ministerstwu Zdrowia nie zależy na szybkim, a przede wszystkim skutecznym wypracowaniu drogi do realizacji naszych postulatów” - przekazał we wtorek (28 września) Komitet Protestacyjno-Strajkowy Ochrony Zdrowia.

– Zbliżyliśmy się w punktach bezkosztowych dla Ministerstwa Zdrowia. Natomiast ciężkie do negocjacji są punkty dot. wynagrodzeń i wycen świadczeń - powiedziała po spotkaniu z resortem przedstawicielka protestujących medyków Krystyna Ptok.

Kolejne spotkanie, na wniosek komitetu, odbędzie się 30 września (w czwartek) o godz. 11.

- Liczymy cały czas na to, że ministerstwo wykaże chęć dialogu. Mamy nadzieję, że przed zimą uda nam się wrócić do naszych miejsc pracy, do pacjentów - i zapewnić im jeszcze lepszą opiekę dzięki wprowadzonym zmianom. Pamiętajmy, że zbliża się czwarta fala pandemii, która dla systemu może być jeszcze bardziej obciążająca niż trzecia - ostrzegł na antenie Radia RDC rzecznik Białego Miasteczka Gilbert Kolbe.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Medycy: jesteśmy przekonani, że resort nie jest zainteresowany szybkim zakończeniem protestu

Ptok: zbliżyliśmy się tylko w “punktach bezkosztowych” dla ministerstwa

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.