Sport bez medycyny obejść się nie może

Rozmawiała Monika Wysocka
opublikowano: 24-09-2009, 00:00

O roli lekarza opiekującego się zawodnikami i pozycji medycyny sportowej w Polsce rozmawiamy z dr Urszulą Zdanowicz z Carolina Medical Center w Warszawie, specjalizującą się w traumatologii sportowej.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Mimo rozlicznych problemów zdrowotnych, polscy sportowcy znakomicie poradzili sobie podczas XII Mistrzostw wiata w Berlinie. Tyczkarce Annie Rogowskiej kontuzja stopy, której nabawiła się podczas treningu, nie przeszkodziła w zdobyciu złotego medalu. Dyskobol Piotr Małachowski sięgnął po srebro z uszkodzonym ścięgnem palca. Z kolei Monika Pyrek "wyskakała" o tyczce srebrny medal, choć przed mistrzostwami narzekała na drobny uraz. Swoją klasę pokazali również Marika Popowicz, która mimo uszkodzenia mięśnia dwugłowego wzięła udział w biegu sztafetowym 4 x 100 metrów, i Artur Noga - pobiegł na 110 metrów przez płotki ze skręconym stawem skokowym.

O roli lekarza opiekującego się zawodnikami i pozycji medycyny sportowej w Polsce rozmawiamy z dr Urszulą Zdanowicz z Carolina Medical Center w Warszawie, specjalizującą się w traumatologii sportowej.

Na zachodzie Europy medycyna sportowa ma swoją renomę. Dlaczego w Polsce tak nie jest?

W Polsce medycyna sportowa znajduje się często na szarym końcu listy zajęć dodatkowych, za które lekarz dostaje grosze. Trudno się więc dziwić, że nie spędza z zawodnikami tyle czasu, ile powinien. To również kwestia zmiany mentalności i podejścia kierownictwa klubów sportowych. Gdy w latach 2004-2008 byłam w zespole pod kierownictwem dr. Roberta migielskiego i opiekowaliśmy się reprezentacją Polski w pływaniu, mieliśmy szczęście pracować z prezesem Polskiego Związku Pływackiego Krzysztofem Usielskim, który dał nam ?zielone światło". Dzięki temu rozwinęliśmy diagnostykę, prowadziliśmy odnowę biologiczną na najwyższym poziomie, pływacy mogli korzystać z komory hiperbarycznej, stosowaliśmy tzw. IceCool (specjalne wanny wypełnione wodą z lodem o temperaturze 3-6 st. C, w której zanurzają się na 2-3 minuty zawodnicy zaraz po zakończeniu treningu - zmniejsza to mikrourazy mięśni i znacznie przyspiesza regenerację) i namioty tlenowe, opracowaliśmy plan zgrupowań wysokogórskich. To wszystko oczywiście kosztuje. Ale takie postępowanie przekładało się na wyniki. To wtedy nasi zawodnicy odnosili największe sukcesy na Igrzyskach Olimpijskich w Atenach i Mistrzostwach wiata w Melbourne.

Oczywiście nawet najlepsza opieka medyczna nie uczyni ze słabego zawodnika mistrza świata, ale może sprawić, że dobry zawodnik będzie jeszcze lepszy, że "urwie" kolejne setne sekundy i stanie na podium.

Efekty inwestowania w medycynę nie pojawią się od razu, ale na świecie już dawno się przekonano, że sport bez medycyny nie istnieje. W klubie Manchester United przeprowadzono badania, z których wynika, że dzieci na diecie bogatej w mięso mogą być nawet o 15 proc. wyższe niż ich rówieśnicy. I już na poziomie nastolatków, które grają w piłkę, wprowadza się tam modyfikacje w diecie. Z innych badań wynika, że odbijanie piłki głową może powodować mikrowstrząśnienia mózgu i IQ dziecka może spaść nawet o 50 punktów! Natychmiast zabroniono dzieciakom odbijania piłki głową. U nas nie myśli się jeszcze w ten sposób.

Choć mamy specjalistów w dziedzinie medycyny sportowej, wielu zawodników, jeśli przytrafi im się uraz, decyduje się na leczenie za granicą. Dlaczego?

Kwalifikacje wielu polskich lekarzy są na takim samym poziomie jak ich kolegów z Zachodu. Gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. W wielu klubach, związkach sportowych próbuje się oszczędzać na leczeniu. Kryterium wyboru miejsca, w którym leczy się zawodnika, jest proste: tam gdzie taniej, gdzie leczenie jest finansowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia w ramach publicznej składki. A nie zawsze tak jest lepiej.

Często z tego powodu zawodnicy trafiają do klinik o niewystarczających kompetencjach. Jeśli w danym szpitalu wykonuje się rocznie tylko kilka podobnych zabiegów, to takie doświadczenie kadry medycznej zwyczajnie może nie wystarczyć. Również metody leczenia u sportowców są czasami inne. Głównie dlatego, że wymagania w stosunku do wytrzymałości kolana czy jakiegoś mięśnia są dużo wyższe u zawodnika niż u osoby uprawiającej sport amatorsko albo nieuprawiającej go w ogóle. Pewnie dlatego, jeśli już ktoś ma pieniądze, żeby zapłacić za leczenie, to wybiera pobyt za granicą.

Co pani zdaniem można by zrobić, żeby sportowcy leczyli się w Polsce?

Rozwiązaniem mogłoby być stworzenie akredytacji dla ośrodków, które chciałyby leczyć sportowców. Aby uzyskać akredytację, taki ośrodek musiałby się wykazać odrębną, szybką i najlepszej jakości ?ścieżką diagnostyczną" dla zawodnika, odpowiednim doświadczeniem (np. liczbą zabiegów) w leczeniu danej patologii, kompleksowym leczeniem (np. razem z rehabilitacją), publikacjami z danej dziedziny (można zrobić wiele zabiegów i wszystkie źle), wiedzą z przepisów antydopingowych itd. Dzięki temu nasi zawodnicy, na których przecież łożone są miliony złotych, mogliby liczyć na odpowiednią opiekę medyczną. Mieliby listę akredytowanych ośrodków - zarówno publicznych, jak i prywatnych - specjalizujących się w leczeniu danej patologii i mogliby świadomie wybrać miejsce leczenia. W wielu krajach tak to funkcjonuje. A zawodnicy są wysoko ubezpieczani, aby kwestie finansowe nie stanowiły przeszkody w wyborze metody leczenia.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Rozmawiała Monika Wysocka

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.