Marek Stankiewicz: Dzisiaj studenci nie uczą się, jak leczyć ludzi, tylko jak zdawać testy

Marek Stankiewicz
opublikowano: 10-03-2019, 13:38

Co czwarty lekarz nie zdał LEK-u w wiosennej sesji egzaminacyjnej 2019 r. "Zachodzę w głowę, dlaczego pomimo zmian, które wprowadzono w kształceniu przed- i podyplomowym, wyniki są tak słabe" - zastanawia się Marek Stankiewicz.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Coraz częściej mam wrażenie, że „to, co się dzieje, tak naprawdę nie istnieje. Więc nie warto mieć niczego, tylko karmić zmysły” — jak przekonywał już w 1997 roku w popularnym przeboju dr n. med. Jakub Sienkiewicz, specjalista neurolog i muzyk rockowy. Wyborcze konwencje rywali do władzy na kolejne lata w Polsce i Europie szastają miliardowymi obietnicami, ale nawet nie zająkną się o bezpieczeństwie zdrowotnym Polaków.

Tymczasem zegarowa bomba eksplodowała na wiosennym Lekarskim Egzaminie Końcowym. Jeszcze nie najgorzej było jesienią 2018 roku, gdy nie zdało 11 proc. Ale wyniki sesji wiosennej 2019 są wprost druzgoczące — w potyczce o prawo wykonywania zawodu poległ co czwarty lekarz.

Zachodzę w głowę, dlaczego pomimo zmian, które wprowadzono w kształceniu przed- i podyplomowym, wyniki są tak słabe. Przecież systematycznie zmniejsza się grupy ćwiczeniowe, nauczanie ogniskuje się na praktyce, powstają centra symulacji, przywrócono staż podyplomowy. Młodzi lekarze mają też swoją silną reprezentację nie tylko w związkach zawodowych, ale i w izbach lekarskich, dobrze funkcjonują samorządy studenckie. A więc głosy samych zainteresowanych mają gdzie wybrzmieć i być wysłuchane.

Moje pokolenie pomstowało czasem na przeładowanie studiów wiedzą teoretyczną, ale nam przynajmniej pozwalano dotykać pacjentów. Wolałem „umyć się” jako drugi asystent przy operacji, niż chodzić na oklepane seminaria i uczyć się na pamięć kolejnych podręczników. Zbierałem słabsze oceny niż „maszynki” do wchłaniania wiedzy, ale później nie najgorzej sobie radziłem.

Mam wrażenie, że dzisiaj studenci nie uczą się, jak leczyć ludzi, tylko jak zdawać testy. I niektórzy, niczym mistrzowie rebusów, są w tym naprawdę nieźli. Od razu znajdują tzw. klucz. Nie potrafią spokojnie pogadać, dociekać, stawiać właściwe pytania ani słuchać odpowiedzi. Najlepiej „ABCD”, bo to daje efekty i jest bezpieczne dla obu stron. Taki system premiuje lekarskiego robota, dla którego empatia, kontekst społeczny czy sytuacyjny, komunikaty pozawerbalne, uczucia, emocje, zwykła ludzka konwersacja to kompletna abstrakcja. A dla niektórych wręcz dopust boży.

Testy nie rozwiązały i nigdy nie rozwiążą wszystkich problemów. Jakość zawsze będzie zależeć od ludzi. Zaletą testów jest to, że do jakiegoś stopnia wyrównują personalne problemy znane z egzaminów ustnych, jak zły humor, uprzedzenia, widzimisię egzaminującego, który nie zgadza się z autorami podręczników albo praktyką w innych ośrodkach.

Czy tegoroczna klęska bardziej obciąża zdających, czy osoby odpowiedzialne za przygotowanie egzaminu? Tak naprawdę to nie jest żaden lekarski egzamin końcowy, bo on niczego nie kończy. A raczej zaczyna służyć przydzieleniu rezydentur. Co rok mamy więc powtórkę z płaczu i zgrzytania zębów, bo znów komuś zabrakło kilku punktów, aby dostać się na wymarzoną specjalizację.

Egzaminy takie jak LEK mają rację bytu w europejskich krajach, które prowadzą edukację w tzw. systemie bolońskim. Wtedy są to jedyne egzaminy na studiach, ponieważ edukacja poszczególnych przedmiotów kończy się jedynie zaliczeniem.

Wśród 850 osób, które nie zdały LEK-u tej wiosny, jest pewnie ponad dwustu lekarzy z ukończonym stażem. Ci jeszcze poczekają na prawo wykonywania zawodu i nie przystąpią do pracy. Być może zarejestrują się w urzędach pracy i, pozostając na garnuszku rodziców, będą wkuwać wiedzę. Do następnego terminu. Reszta to stażyści, którzy zbyt wcześnie przecenili swoje talenty, czyli lekarze, którzy po zakończeniu studiów medycznych, powinni kontynuować praktyczną naukę zawodu. Co będzie się z nimi działo? Ich dobrym duchem będzie ten lekarz, który pozwoli im na naukę do testu, nie absorbując zbytnio tym, co dzieje się na oddziale.

Pytania na Lekarskim Egzaminie Końcowym są z roku na rok coraz trudniejsze — wieloznaczne, zawiłe. Często w ogóle nie sprawdzają intuicyjnej wiedzy młodych lekarzy, tylko są czymś w rodzaju quizu. O pewnym niechlujstwie w układaniu pytań może świadczyć fakt, że kilka z nich zostało unieważnionych po zgłoszonych zastrzeżeniach. Takie sytuacje w ogóle nie powinny mieć miejsca. Ponadto baza pytań egzaminacyjnych nadal nie jest dostępna, mimo orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego w tej sprawie. Lekarzy nie zachęca się jednak do tego zawodu, wręcz celowo utrudnia zrobienie pierwszego kroku, którym jest ten egzamin, do zdobywania najpoważniejszych umiejętności, np. podczas specjalizacji.

LEK i LDEK to jakieś idiotyczne fatum, które zawisło nad drogą lekarzy najmłodszego pokolenia ku świetlanej i upragnionej karierze lekarskiej. Najwyższy czas szeroko odsłonić kuluary wczesnego kształcenia podyplomowego. I to bez listka figowego i Figur Od Lat Pilnie Chronionych.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Marek Stankiewicz

× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.