Marek Stankiewicz: Dentysta to nie cyrulik

Marek Stankiewicz
opublikowano: 24-01-2019, 14:29

Ostatnio zrobiło się głośno o prywatnych uczelniach stomatologicznych w Polsce. Powstały już w Lublinie, Olsztynie, Rzeszowie, a gdzieniegdzie funkcjonują prywatne, wydziały lekarsko-dentystyczne. Rodzi się więc pytanie, jaki tytuł otrzyma absolwent prywatnych uczelni i jakie będzie miał kompetencje. Możliwe są dwa scenariusze.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Jeden zakłada powstanie uniwersytetów prowadzących jednolite studia stomatologiczne, będące kopią tych obecnych, z tą tylko różnicą, że w pełni płatne. Drugi, bardziej prawdopodobny, przewiduje dwustopniowe studia stomatologiczne. Etap trzyletni kończyłby się licencjatem ze stomatologii (podobnie jak w przypadku technik dentystycznych), a następnie byłyby studia magisterskie.

Marek Stankiewicz
Zobacz więcej

Marek Stankiewicz

W Europie 43 szkoły prowadzą kształcenie w takiej formie. Prym wiodą uczelnie z Hiszpanii, ze Szwajcarii, z Ukrainy i Wielkiej Brytanii. Nie wszystkie jednak z tych uczelni zapewniają studia drugiego stopnia. Absolwent studiów dwustopniowych otrzymuje tytuł magistra dentystyki, a nie lekarza dentysty. Jeśli zakończy edukację na etapie licencjatu, to czy uzyska kompetencje asystentki, czy higienistki/higienisty?

I co dalej z takim fachowcem, gdy trzeba będzie znieczulić, przeprowadzić nieskomplikowane leczenie zachowawcze, zmianę łuków w leczeniu ortodontycznym czy prostą ekstrakcję? Czy w ogóle istnieje „prosta stomatologia”? Kto będzie miał kontrolę nad jakością świadczonych usług? Entuzjaści będą zapewne przekonywać, że rynek zweryfikuje kompetencje. Wolałbym jednak, żeby niewidzialna ręka rynku trzymała się dala od zdrowia i życia człowieka.

O ile gołym okiem widać, że lekarzy w Polsce brakuje lub są źle rozmieszczeni, o tyle sami lekarze dentyści przyznają niemal chórem, że jest ich za dużo. A tu zbliża się znienacka desant dentystycznych licencjatów.

Mówiąc bardziej kolokwialnie, dentysta to lekarz, który leczy człowieka, a nie tylko sprytnie majstruje przy jego zębach i szczękach. To ktoś, kto wie dogłębnie, dlaczego np. eliminacja zapalnych ognisk zębopochodnych ma wpływ na leczenie cukrzycy, zapalenia wsierdzia lub chorobę Gravesa-Basedowa. A więc to nie tylko specjalista, który ma sprzyjać zachciankom klienta Centrum Stomatologii, aby w miejsce brakującej jedynki zafundował sobie implant ze złotym serduszkiem. Powiem więcej, lekarz dentysta, badając samą tylko jamę ustną, jest w stanie wykryć i zdiagnozować wiele schorzeń układowych.

Epokę cyrulików i balwierzy, którzy zawodowo zajmowali się m.in. goleniem, kąpaniem, rwaniem zębów, nastawianiem złamań, puszczaniem krwi mamy na razie za sobą.
Czy więc inicjatywa entuzjastów drogi na skróty zagraża jakości leczenia? A może daje szansę na pożądane zmiany, służące rozwojowi stomatologii w Polsce z korzyścią dla… No właśnie, dla kogo: pacjentów, przyszłych lekarzy dentystów, a może dla osób już funkcjonujących w zawodzie albo dla przedstawicieli systemu kształcenia w branży stomatologicznej? Czy jest możliwe, żeby korzyści z proponowanych rozwiązań wynieśli wszyscy?

Trochę namieszały zalecenia i wytyczne unijne. Zgodnie ze wskazaniami, należałoby jak najtaniej i jak najszybciej wykształcić dentystów, którzy świadczyliby usługi stomatologiczne, dostępne dla szerokiego społeczeństwa po przystępnych cenach. Trudno nie zauważyć, że w Europie pojawiają się fundusze skupiające inwestorów, którzy chcą wejść na rynek usług stomatologicznych, wykupując gabinety i tworząc sieci. Może to właśnie dla nich taki quasi-dentysta będzie kurą znoszącą złote jaja, kiedy jego prowizje będą kilkakrotnie niższe niż dotychczas.

Katalog problemów i trosk lekarzy dentystów jest coraz pokaźniejszy. Wzrost liczby roszczeń ze strony pacjentów, niedoszacowanie wyceny usług, przeszacowane wynagrodzenia, inwestycje prowadzone bez gruntownej analizy finansowej gabinetu mogą być dla niektórych brzemienne w skutkach i przyczynić się do bankructwa. Warto przypomnieć, do czego doprowadził w Polsce rozkwit szkół kształcących techników dentystycznych. Dziś absolwenci wydziałów technik dentystycznych mają problem ze znalezieniem pracy. W większości pracują w zupełnie innych zawodach albo szukają etatów asystentki stomatologicznej, by nie stracić kontaktu z zawodem. Co gorsze, nie są w stanie zaoferować swoim pracodawcom żadnych umiejętności, nawet tych podstawowych, gdyż w większości przypadków kończyli szkoły weekendowe. A te nastawione były głównie na wiedzę teoretyczną, natomiast praktyczne ćwiczenia ograniczały się do pojedynczego wykonania danej czynności.

Decyzje co do kształcenia lekarzy dentystów zapadną na wysokich szczeblach w Warszawie. Proces legislacyjny pewnie nie będzie tak ekspresowy jak w przypadku reformy sądownictwa. Raz jeszcze się okaże, czy jakiekolwiek próby jego modyfikacji przez izby lekarskie czy stowarzyszenia naukowe ograniczą się do opiniowania aktów prawnych, czy formułowania górnolotnych apeli. Obawiam się, że ogólnoeuropejskie tendencje mogą mieć sporą siłę przebicia.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Marek Stankiewicz

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.