Marcin Czech: Muszę świadomie dzielić swój czas pomiędzy pracę i rodzinę

Rozmawiała Maja Marklowska-Dzierżak
opublikowano: 18-02-2019, 15:59

Obowiązkowy, uczciwy, pewny siebie, kreatywny, ale też pracoholik — na takie m.in. cechy Marcina Czecha wskazały testy z czasu studiów podyplomowych. Jak zaważyły one na 18-miesięcznym pełnieniu funkcji podsekretarza stanu w Ministerstwie Zdrowia? „Za obowiązkowość i uczciwość zapłaciłem wysoką cenę… Zamiast w świetle jupiterów, znalazłem się w szpitalu” — wyznaje wiceminister.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Marcin Czech zajął na Liście Stu 2018 najbardziej wpływowych osób w systemie ochrony zdrowia 3. miejsce. Kto jeszcze się na niej znalazł?

Marcin Czech
Zobacz więcej

Marcin Czech

Czy mógłby pan wymienić swoje trzy największe zalety i trzy największe wady, mające decydujący wpływ na pana życie prywatne i zawodowe?

Najsilniejsze i najsłabsze cechy mojej osobowości zostały określone przy użyciu skomplikowanych narzędzi oceny w toku zajęć praktycznych w Akademii Psychologii Przywództwa — studiach podyplomowych prowadzonych przez Jacka Santorskiego w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej. Zdecydowałem się na te studia, ponieważ uznałem, że pomogą mi w zarządzaniu Departamentem Polityki Lekowej i Farmacji Ministerstwa Zdrowia. Właśnie tam, na jednych z pierwszych zajęć, którym poświęcam resztki swojego wolnego czasu, przeszedłem bardzo wnikliwe testy osobowości.

I co one pokazały?

Wynika z nich, że najmocniejszymi stronami mojej osobowości, które tak naprawdę determinują całe moje życie, są sumienność i uczciwość. Obie cechy przekładają się oczywiście również na działalność zawodową. Sprawiają, że nie zostawiam nigdy spraw niedokończonych, a gdy mówię, że coś zostanie zrobione, to dokładam wszelkich starań, aby tak było. Może to być również destruktywne, o czym świadczą moje ostatnie problemy zdrowotne. Zamiast w świetle jupiterów, znalazłem się w szpitalu i na zwolnieniu lekarskim, a garnitur musiałem zamienić na wygodną, sportową odzież. Za moją obowiązkowość i uczciwość zapłaciłem wysoką cenę. Płacili ją również moi podwładni, ponieważ spadały na nich liczne obowiązki i mieli wysoko postawioną poprzeczkę perfekcyjnego ich wykonania. 

Bardzo wysoko zostały w tych testach ocenione również moje cechy przywódcze, jak pewność siebie i „awanturniczość” (ang. adventurous), rozumiane nie jako skłonność do awanturowania się, lecz umiejętność generowania pomysłów, ponoszenia ryzyka, odwaga, szukanie nowych rozwiązań, tworzenie zespołu ludzi, którzy je wdrażają. To cechy lidera. 

Co w takim razie jest pana największą wadą? Nie ma przecież ludzi bez wad.

Ta wada ma akurat ścisły związek z moimi zaletami — to skłonność do brania na swoje barki zbyt wielu rzeczy. Co prawda, staram się być asertywny, ale nieraz tych obowiązków jest zbyt dużo, a do tego ogromny stres. Oczywiście nie jest tak, że nie potrafię wybrać priorytetów spośród wszystkich realizowanych zadań, ale bywa, że czuję się po prostu przytłoczony. 

Moją wadą, jak myślę, jest również to, że potrafię się zatracić w pracy. W Ministerstwie Zdrowia przepracowałem półtora roku non stop. Nawet na urlop zabierałem ze sobą komputer i pracowałem. Byłem cały czas pod telefonem, odpowiadałem na maile. Taka jest specyfika pracy w resorcie. Jednak gdy ma się rodzinę i małe dzieci, które częściej słyszą tatę w radiu i widują go w telewizji niż w domu, to nie jest dobrze. Myślę, że w wieku 50 lat, a tyle skończyłem w zeszłym roku, należy świadomie dzielić swój czas i uwagę pomiędzy pracę a rodzinę. Trzeba umieć zachować work life balance, co — mimo że próbowałem go na sobie wymuszać — nie do końca udawało mi się w ostatnim czasie. W jakimś sensie odstawiłem na boczny tor swoje życie prywatne i zaniedbałem bliskich. W testach osobowości najniższą punktację osiągnąłem dla typów zmiennego i samotniczego.

Zostaje nam do zidentyfikowania jeszcze jedna wada. 

Niektórzy twierdzą, że jest nią łatwowierność, choć ja tak nie uważam. Według mnie, na tej mojej łatwowierności więcej zbudowałem, niż straciłem, bo po pierwsze — dobro wraca, a po drugie — łatwowierność w moim rozumieniu otwiera człowieka na innych. Dla mnie ludzie są bardzo ważni, otwarta komunikacja z nimi również. Nie wyobrażam sobie, że miałbym nie przekazywać innym ludziom informacji o podejmowanych działaniach. Potrzebuję ich aprobaty, a jednocześnie jestem otwarty na krytykę, pod warunkiem, że jest ona konstruktywna. Jestem zwolennikiem demokratycznego zarządzania ludźmi, a nie hierarchizacji, którą zastałem po przyjściu na ulicę Miodową. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której wiceminister nie może porozmawiać bezpośrednio z pracownikami podległego mu departamentu. Nigdy nie zgodzę się z poglądem, że pracownik ma wiedzieć tylko tyle, ile jest mu niezbędne do wykonywania zadań. Uważam, że każdy pracownik powinien mieć szanse i warunki do rozwoju swoich umiejętności i kompetencji. Ma prawo do udziału w szkoleniach i warsztatach, które je rozwijają. Powinien znać cele strategiczne ministerstwa, wiedzieć, jaką misję ma do wypełnienia departament, w którym pracuje, świadomie angażować się w procesy, pomagać innym, dzielić się wiedzą. To sprawa kultury organizacyjnej.

Ile osób odpowiada teraz w ministerstwie za refundację leków?

W Departamencie Polityki Lekowej i Farmacji pracuje ok. 50 osób, z czego 22 odpowiadają bezpośrednio za obwieszczenia refundacyjne. To zespół fantastycznych ludzi, którzy się lubią i szanują. Wśród nich jest sporo młodych osób. Warto w nich inwestować, zasługują na to. Są otwarci, dobrze komunikują się ze sobą i zależy im na rozwoju. Świetnie znają się na refundacji, są w stanie zadbać o interesy pacjentów. Cieszę się, że udało mi się zbudować, wraz z dyrektorami, taki team.

Jak wiceminister zdrowia, odpowiedzialny m.in. za politykę lekową państwa, radził sobie w ubiegłym roku ze stresem, ogromem obowiązków i atakami medialnymi?

Sposobem na utrzymanie równowagi jest dla mnie uprawianie sportu: nurkowanie, żeglarstwo, sztuki walki, narciarstwo. Jak widać, nie uchroniło mnie to jednak przed zaburzeniami rytmu serca, których doświadczyłem w połowie grudnia ubiegłego roku. To był sygnał nawrotu choroby, którą przeszedłem wiele lat temu. Pracowałem wówczas jako lekarz w Szpitalu Bródnowskim, rozpocząłem specjalizację z laryngologii. I wtedy dopadło mnie wirusowe zapalenie mięśnia serca, które na miesiąc uziemiło mnie w szpitalu, a na dziewięć kolejnych miesięcy w domu. Kardiolodzy doradzili mi wówczas, żebym zrezygnował z uprawiania medycyny klinicznej ze względu na duże ryzyko reinfekcji, mogącej doprowadzić do niewydolności serca i śmierci. Po trzech latach specjalizacji wróciłem więc do pracy w biurze, gdzie ryzyko złapania infekcji jest mniejsze niż w pracy polegającej na bezpośrednim kontakcie z pacjentami.

W 2017 roku zdecydował się pan przyjść do Ministerstwa Zdrowia i zająć polityką lekową, na której łatwo się „poślizgnąć”. Zwłaszcza na refundacji, która zawsze budziła wiele emocji. Nie inaczej było w ubiegłym roku. Jakby pan próbował go podsumować? 

Wolałbym nie mówić tylko o 2018 roku, lecz podsumować cały okres mojego „ministrowania”, które trwało 18 miesięcy. Na poczet swoich sukcesów śmiało mogę zaliczyć opracowanie i wdrożenie „Polityki Lekowej Państwa” — strategicznego dokumentu, określającego priorytety działań dla rządu w zakresie gospodarowania lekami w latach 2018-2022. Przypomnę, że został on przyjęty przez Radę Ministrów we wrześniu 2018 roku. Na przestrzeni 1,5 roku udało mi się doprowadzić do wielu zmian legislacyjnych, w tym m.in. nowelizacji ustawy Prawo farmaceutyczne oraz przygotowania pierwszej od okresu międzywojennego ustawy o zawodzie farmaceuty. Gotowy jest również projekt nowelizacji ustawy refundacyjnej. W czasie, gdy byłem podsekretarzem stanu w Ministerstwie Zdrowia, znacznie wzrosła liczba programów lekowych, z 86 w 2017 r. do 93 w 2018 r. O ponad 15 tysięcy zwiększyła się liczba objętych tymi programami pacjentów. Systematycznie rosła również liczba substancji, które były w nich refundowane. Dodam jeszcze, że przygotowaliśmy największą listę refundacyjną od czasu wejścia w życie ustawy o refundacji. Wydaliśmy ponad 3100 decyzji w sprawie objęcia leków refundacją i ponad 2200 decyzji odnawiających refundację. To była tytaniczna praca dla nas wszystkich.

Mówi pan o sukcesach. Czy to znaczy, że nie poniósł pan żadnej porażki?

Porażką jest dla mnie mój obecny stan zdrowia. To z jego powodu musiałem zakończyć swoją misję w ministerstwie. Uświadomiłem sobie, że jeśli nie poddam się rekonwalescencji i nie znajdę sobie spokojniejszej pracy, mogę już nie dostać od losu kolejnej szansy. Wybrałem życie.

Marcin Czech - jest profesorem nadzwyczajnym Instytutu Matki i Dziecka i Politechniki Warszawskiej, dr. hab. n. ekon. (habilitował się na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego), dr. n. med. (absolwent I Wydziału Lekarskiego Akademii Medycznej w Warszawie) oraz absolwentem jednego z najlepszych programów MBA. Ma dwie specjalizacje — z epidemiologii i zdrowia publicznego. Jest kierownikiem Interdyscyplinarnych Studiów Menedżerów Farmacji w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej, wykłada na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje stanowisko kierownika Zakładu Farmakoekonomiki w Instytucie Matki i Dziecka. Jest prezesem elektem Polskiego Towarzystwa Farmakoekonomicznego, zasiada we władzach Polskiego Towarzystwa Koordynowanej Opieki Zdrowotnej. Żonaty, ma trzech synów w wieku 2, 8 i 14 lat.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Rozmawiała Maja Marklowska-Dzierżak

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.