Mam wiele talentów, ale śpiewać nie umiem - wywiad z prof. Wiesławem W. Jędrzejczakiem, laureatem Listy Stu 2017 w kategorii medycyna

Rozmawiała Maja Marklowska-Dzierżak
opublikowano: 06-04-2018, 12:39

„Hematologia przeżywa jeden z najlepszych okresów w swojej historii” — uważa prof. Wiesław W. Jędrzejczak. Co zdecydowało, że wybrał akurat tę dziedzinę medycyny i jak potoczyła się kariera zawodowa profesora? Rozmawiamy z nim nie tylko o jego wpływie na rozwój polskiej medycyny, ale również pasjach pozazawodowych i cechach charakteru.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Panie profesorze, jaki był dla pana rok 2017 pod względem zawodowym?

Prof. dr hab. n. med. Wiesław W. Jędrzejczak - laureat 1. miejsca na Liście Stu 2017, najbardziej wpływowych osób w polskiej medycynie.
Zobacz więcej

Prof. dr hab. n. med. Wiesław W. Jędrzejczak - laureat 1. miejsca na Liście Stu 2017, najbardziej wpływowych osób w polskiej medycynie. East News/Włodzimierz Wasyluk

Jeśli chodzi o moje osobiste osiągnięcia, to nic specjalnego się nie wydarzyło, poza tym, że moja klinika funkcjonowała normalnie, a ja starałem się jej jak najlepiej służyć. Jednocześnie usiłowałem najlepiej jak potrafię służyć środowiskom, które
reprezentuję, czyli z jednej strony hematologom, a z drugiej strony chorym na choroby krwi. Oba środowiska są ze sobą ściśle związane i w jakimś sensie na siebie skazane, walczą o ten sam cel — opanowanie, często niestety śmiertelnej, choroby.

I dostęp do leków?

Tak. A trzeba przyznać, że hematologia przeżywa jeden z najlepszych okresów w swojej historii. Niemal na każdą z chorób hematologiczych pojawiają się nowe leki, bardziej skuteczne niż te, które były wcześniej. Z jednej strony daje to nową nadzieję, ale z drugiej kreuje problem, bo czasami jest jak pokazywanie cukierka przez szybę, ponieważ nas, jako kraju i społeczeństwa, na te nowe leki (w rozumieniu szerokiego dostępu dla pacjentów) na pewno nie stać. W związku z tym znaczna część mojego wysiłku była skierowana przede wszystkim na identyfikowanie grup chorych najbardziej poszkodowanych przez los i wskazywanie ich decydentom jako tych, którzy w pierwszej kolejności muszą być zaopatrzeni w te nowe leki. Udostępnienie ich właśnie tym chorym może najbardziej poprawić ich los.

Czy urzędnicy Ministerstwa Zdrowia biorą sobie do serca pana sugestie?

Nie mam podstaw, by narzekać. W zeszłym roku wspólnie udało nam się w sposób znaczący zmienić postępowanie terapeutyczne u wielu pacjentów z nowotworami krwi, a od tego roku również u chorych na jedną z kluczowych nienowotworowych
chorób krwi. Można więc powiedzieć, że niemal przy każdej nowelizacji list refundacyjnych znajdowała się dla chorych na choroby krwi jakaś nowa opcja terapeutyczna, z czego bardzo się cieszę. Co ważne, nie odbywało się to kosztem jakiegoś wielkiego obciążenia dla budżetu państwa, ponieważ decyzje o sfinansowaniu nowych terapii, jak wspomniałem, dotyczyły stosunkowo wąskich grup pacjentów, którzy najbardziej potrzebowali pomocy.

Kto konkretnie skorzystał na zmianach w refundacji leków?

Chodzi między innymi o chorych na rzadko występującą, choć wcale nie aż tak rzadko jak przypuszczaliśmy, pierwotną mielofibrozę. Polega ona na zarastaniu szpiku przez komórki zwane fibroblastami, czego efektem jest brak miejsca dla wytwarzania krwi. Przenoszone jest ono do wątroby i śledziony, co powoduje bardzo duże problemy. Z jednej strony szpik nie jest w stanie wytwarzać wystarczającej ilości krwi, a z drugiej narządy, które go w tym zastępują, mocno się rozrastają. Chory na pierwotną mielofibrozę wygląda trochę jak pająk, ponieważ rozwija się u niego również kacheksja, a jednocześnie sprawia wrażenie jakby był w ciąży, bo jego jamę brzuszną wypełnia ogromna, wielokilogramowa śledziona i powiększona wątroba.
Kilka lat temu zarejestrowany został lek, który poprawia możliwość leczenia takich chorych, ale nie był u nas refundowany. Dla polskich pacjentów jest on dostępny od stycznia ubiegłego roku. 

Kolejną dużą zmianą było wprowadzenie leku stosowanego w rzadkiej odmianie choroby nowotworowej krwi, którą jest zespół mielodysplastyczny z izolowaną
delecją 5q, charakteryzujący się brakiem u chorych części chromosomu piątego. Ten lek znacząco ogranicza konieczność przetaczania krwi, zapobiegając tym samym uszkodzeniu narządów spowodowanemu głównie gromadzącym się w nadmiarze żelazem.

Zyskali też chorzy na przewlekłą białaczkę szpikową, dla których od zeszłego roku dostępny jest już kolejny, czwarty inhibitor kinaz tyrozynowych — bosutynib, chorzy na przewlekłą białaczkę limfocytową z rzadką, ale powodującą niewrażliwość na inne metody leczenia mutacją — delecją ramienia chromosomu 17, a także chorzy na chłoniaki z opornością na inne stosowane metody leczenia. Tak przedstawia się ubiegłoroczny „dorobek” refundacyjny.

A co z pacjentami, którzy mieli pecha i zachorowali na inne schorzenia? Czy jest szansa, że w tym roku również uda się panu przekonać resort zdrowia do refundacji leków, które mogą im pomóc?

Myślę, że tak, ale to zależy od tego, jakie będą na ten cel fundusze. Jedna decyzja refundacyjna została już podjęta, dotyczy bardzo drogiego leku na nocną napadową hemoglobinurię. Jest to bardzo rzadka choroba, w Polsce żyje z nią niewiele osób,
ale znajdują się oni w dramatycznej sytuacji, a ten lek dość istotnie zmienia ich los.

Skoro decyzja w sprawie tego leku już zapadła, to
znaczy, że terapia nim jest już finansowana z budżetu państwa?

Lek jest już na liście refundacyjnej, ale to jeszcze nie oznacza jego natychmiastowej dostępności dla chorych. Zgodnie z obowiązującą procedurą, Narodowy Fundusz Zdrowia musi ogłosić konkurs na realizację programu lekowego, rozstrzygnąć go, podpisać kontrakty i dopiero wtedy będzie można zastosować go u chorych. W kolejnych miesiącach powinny zapaść decyzje refundacyjne korzystne dla chorych na szpiczaka plazmocytowego.

Panie profesorze, dlaczego został pan hematologiem?

Trudno powiedzieć. Trochę był to przypadek, a trochę nie. Poszedłem na medycynę z myślą o tym, żeby przeszczepiać szpik. Wynikało to z mojej młodzieńczej fascynacji historią przeszczepiania szpiku ofiarom wypadku radiacyjnego w Jugosławii przez
Francuza dr. Georgesa Mathé, która była wówczas opisywana w gazetach. Przemawiało to bardzo do wyobraźni licealisty, którym wtedy byłem. Stąd wybór medycyny i ogromna motywacja. Kończyłem studia medyczne z zamiarem zajmowania się onkologią. Już na stażu podyplomowym zacząłem chodzić do zakładu radioterapii, ale nie było tam etatu, natomiast okazało się, że jest na oddziale, który nosił dość dziwną nazwę — izotopowy. Miał zajmować się osobami, które były ofiarami awarii radiacyjnej, więc niejako wróciliśmy do tego, co robił dr Mathé. Jednak tych awarii radiacyjnych w zasadzie nie było i takich chorych nie mieliśmy. Dostałem więc polecenie od ówczesnego ordynatora, żebym w ramach swoich obowiązków przygotowywał technologie udzielania pomocy chorym z tzw. zespołem hematologicznym powstałym w wyniku choroby popromiennej. Pracowałem przecież w instytucji wojskowej i chodziło o to, żeby przygotować procedury na wypadek wojny jądrowej. A ponieważ takich chorych nie było, wymyśliłem koncepcję modeli klinicznych choroby popromiennej wywołanej podawaniem cytostatyków w leczeniu chorób nowotworowych i ostatecznie to było kilka lat później tematem mojej habilitacji. Jednocześnie wdrażałem wiele różnych nowych badań hematologicznych i chemioterapię nowotworów, opracowałem również metody klinicznego prowadzenia chorych po przeszczepieniu szpiku, chociaż nie byliśmy jeszcze wtedy przygotowani do takich zabiegów, przede wszystkim od strony laboratoryjnej.

Potem wyjechałem do Stanów Zjednoczonych, do Narodowego Centrum Medycznego Marynarki Wojennej USA, gdzie miałem się zajmować badaniem
biologicznych efektów mikrofal, czyli innego rodzaju promieniowania niż to, które powoduje chorobę popromienną. I zajmowałem się tym, ale ponieważ miałem luzy czasowe, zaangażowałem się w badania komórek macierzystych. To pozwoliło mi poznać wszystkie metody laboratoryjne niezbędne do wdrożenia przeszczepienia szpiku. Gdy więc wróciłem ze Stanów miałem już umiejętności prowadzenia chorych
z uszkodzonym układem krwiotwórczym, a także potrafiłem preparować w laboratorium komórki. Wprawdzie były to mysie komórki, bo na nich się uczyłem. Mysz jest co prawda mniejsza od człowieka, ale miałem już opanowaną technologię. W grę wchodził więc tylko tzw. upgrading, czyli 1000-krotne zwiększenie skali, ale wiedziałem już, jak to zrobić.

Nie korciło pana, żeby zostać w Stanach?

I tak, i nie. Nie była to prosta sprawa. W odniesieniu do człowieka, który jest zawodowym oficerem, konsekwencje takiej decyzji byłyby bardzo poważne.
W Polsce została moja żona i urodził się mój pierwszy syn. Nie chciałem też zostawiać starszych rodziców, z którymi byłem bardzo związany. Poza tym,
o ile znakomicie czułem się w Stanach i zawsze, gdy ląduję na ziemi amerykańskiej czuję się komfortowo, o tyle emocjonalnie byłem bardzo związany z Polską. Dlatego powrót do kraju nie stanowił dla mnie jakiegoś istotnego problemu.

Ma pan mnóstwo obowiązków jako lekarz i konsultant krajowy. Jak pan to robi, że jest pan tak dobrze zorganizowany i terminowy?

Ależ to nieprawda, nie jestem dobrze zorganizowany! Na szczęście przy tej mojej dezorganizacji mam dobrą pamięć, i to mnie ratuje. Chociaż i ona coraz częściej wymaga wspomagania, w związku z tym mój kalendarz prowadzi teraz głównie sekretariat. Wcześniej zdarzało się, że przez sekretariat umawiano mnie w jednym miejscu, a ja w tym czasie miałem umówione spotkanie w innym. A przecież nie można być w kilku miejscach naraz.

W wolnych chwilach zajmuje się pan renowacją zabytkowych mebli. Skąd u hematologa taka pasja?

Z przypadku. Wbrew temu, co sądzili ludzie, wynagrodzenie oficera nie było w dawnych czasach wysokie. Było tak: po rozwodzie dostałem kawalerkę, w której trzeba było zabudować wnękę. Firma, którą o to poprosiłem, kazała sobie zapłacić za pracę równowartość mojej miesięcznej pensji. Zwróciłem się więc do następnej firmy, a ta zażądała ode mnie trzytygodniowych poborów. Uznałem więc, że zrobię to sam w tydzień. I zrobiłem.

Tak z marszu, bez przygotowania? Nigdy wcześniej się pan tym nie zajmował?

Nie. Powiem więcej, na zajęciach technicznych w szkole nie byłem zbyt pilnym uczniem. Ale udało mi się to zrobić. Zresztą o mało nie przypłaciłem tego kalectwem, ponieważ przy robieniu drzwi wbiem sobie dłuto w rękę. Na szczęście weszło między
ścięgna i skończyło się założeniem czterech szwów na oddziale chirurgii plastycznej.

Potem któregoś dnia wpadłem na pomysł, żeby pojechać na targ staroci na warszawskim Kole i kupić tam biblioteczkę. Stał tam Rom, który miał kilka takich biblioteczek do sprzedania. Podał jakąś cenę, ja zaproponowałem o połowę mniejszą. Ostatecznie za pieniądze, które przeznaczyłem na zakup biblioteczki, kupiłem trzy biblioteczki, dwie pensjonarki, stół i dwa stoliki. No i zacząłem się zastanawiać, jak te wszystkie meble przetransportować. Rom zaproponował, że da mi swoich chłopaków, którzy mi to wszystko wniosą do mieszkania. Założył swoją przyczepę na hak mojego auta i pojechaliśmy. Zastawiłem całą klatkę schodową i loggię tymi meblami. Stół się nie mieścił, więc jego nogi wystawały na zewnątrz, co wyglądało dość zabawnie, biorąc pod uwagę, że było to XI piętro. Po kolei zacząłem te meble remontować. Ostatecznie umeblowałem nimi swój gabinet w szpitalu „na Szaserów” i były pokazywane w telewizji, bo w tym czasie dostałem propozycję, żeby prowadzić program „Akademia Zdrowia i Urody” w TVP 1. Program był nagrywany w moim gabinecie, a meble były tłem moich występów.

Ile takich starych mebli już pan odnowił?

Dużo. Tak dużo, że nie bardzo mam już je gdzie umieszczać. Wyposażyłem w nie gabinet, w którym rozmawiamy, dom, w którym mieszkam z rodziną i dom na wsi...

Czy ma pan jakieś wady?

Moją największą wadą, a zarazem zaletą, jest duża zdolność do koncentracji. Jednak w kontaktach z innymi ludźmi, zwłaszcza gdy przebywam z nimi dłużej, to jest dość poważna wada, bo często nie słyszę tego, co do mnie mówią. Gdy o czymś myślę, to nic do mnie nie dociera, i bywa to odbierane jako lekceważenie, choć wcale nim nie jest.

A czego pan w sobie najbardziej nie lubi?

Trudno powiedzieć. Nie mogę narzekać na los, bo obdarzył mnie wieloma talentami. Poza jednym — nie mam głosu i nie jestem w stanie śpiewać bez fałszowania, a to poważny defekt.

Gdyby miał pan głos, to by pan śpiewał?

Pewnie tak. Ja lubię śpiewać, ale jak siebie słyszę, to odchodzi mi ochota...

Czego pan najbardziej nie lubi u innych ludzi?

Ja bardzo lubię ludzi, natomiast nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego tak często postępują wbrew swojemu, obiektywnie widzianemu, interesowi. Zachowują się nieracjonalnie, działają na swoją szkodę i to jest dla mnie dość duży problem.

Zastanawia się pan czasem, z czego to może wynikać?

Chyba taka jest natura człowieka. Każdy z nas ma różne emocje i bardzo często nie jest w stanie obiektywnie ocenić sytuacji. Dotyczy to zwłaszcza ludzi w stanie zagrożenia. Dominuje instynkt samozachowawczy i podobne odczucia. Między innymi dlatego nigdy nie pociągała mnie polityka, która jest pewnego rodzaju sztuką zarządzania ludzkimi emocjami. Ja tego nie potrafię, nie czuję. Natomiast tam, gdzie odnosiłem sukcesy, a wychowałem przecież wielu profesorów, to dokonywało się dzięki temu, że mogłem im doradzić taki kierunek rozwoju kariery, który był najbardziej dopasowany do ich talentu. Żeby zminimalizować wady i uwypuklić zalety tych osób.

Czy wśród pana licznych wychowanków jest ktoś, o kim mógłby pan powiedzieć: on jest taki jak ja?

Nie, i chyba nie o to chodzi. Ludzie są jak kwiaty. I róża jest piękna, i goździk jest piękny, i narcyz też jest piękny. Każdy z tych kwiatów jest inny i każdy
ma w sobie inne piękno. To samo dotyczy ludzi. Ich piękno tkwi w różnorodności.

Ma pan jakieś konkretne plany na ten rok?

W tym roku przechodzę na emeryturę po 20 latach pracy w klinice uniwersyteckiej. 30 września opuszczam fotel, w którym zasiadałem po przejściu na emeryturę wojskową po 33 latach służby.

I co dalej?

Tego jeszcze do końca nie wiem. Raczej nie wyobrażam sobie, że miałbym nic nie robić. Zawsze coś robię, choć staram się utrzymywać „płodozmian”. Chcąc odpocząć od zmęczenia intelektualnego, zabieram się za prace fizyczne: odnawiam
meble, robię coś na działce albo w domu. I odwrotnie. Nigdy nie było tak, żebym usiadł i patrzył w sufit, bo tego nie potrafię.

Ma pan nadzieję, że najmłodszy syn pójdzie pana drogą?

Myślę, że pewne cechy odziedziczył po mnie, a pewne po mojej żonie i będzie szedł własną drogą.

A zdradza zainteresowanie medycyną?

Trochę, natomiast jest jeszcze za wcześnie, żeby wyrokować, czy zechce być lekarzem. Ma 10 lat i raczej jest typem intelektualisty, ale co go ostatecznie zafascynuje, trudno w tej chwili powiedzieć. To będzie jego decyzja i jego życie.

Ale na narty jeździcie razem?

Tak, na narty jeździmy razem. 

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Rozmawiała Maja Marklowska-Dzierżak

Najważniejsze dzisiaj
Puls Medycyny
Mam wiele talentów, ale śpiewać nie umiem - wywiad z prof. Wiesławem W. Jędrzejczakiem, laureatem Listy Stu 2017 w kategorii medycyna
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.