Mafioso na celowniku

lek. Sławomir Badurek
opublikowano: 13-09-2004, 00:00
Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Nie sposób nie zauważyć, kiedy do szpitala przyjmowana jest jakaś mafijna szycha. Nie da się przeoczyć uzbrojonych w karabiny, zamaskowanych antyterrorystów, którzy nie tylko czuwają przy łóżku delikwenta, ale też bez przerwy, do zakończenia hospitalizacji, strzegą wszystkich wejść prowadzących do objętego specjalnym nadzorem oddziału. Rodzi to u postronnych obserwatorów skojarzenia z planem filmowym współczesnego kryminału, ale inaczej nie można, bo bandzior może być w każdej chwili zabity lub odbity. Tymczasem Konrad O., pseudonim Obój, prawa ręka bossa mafii modlińskiej, po tym jak z raną postrzałową trafił do warszawskiego Szpitala Bielańskiego, był przez policję pilnowany tylko przez pierwszą dobę! Konsekwencje były łatwe do przewidzenia. Widać jednak nie dla naszych stróżów prawa, którzy skompromitowali się po raz wtóry w tym roku.
Obserwując co się dzieje, rywale Oboja węszyli pewnie jakiś wyrafinowany podstęp policji. Wszak przez dziesięć dni od chwili przyjęcia nawet włos mu z głowy nie spadł. Upewniwszy się, że w postępowaniu policji nie ma żadnego cwaniactwa (jakżeż oni mogli mieć wątpliwości!), uzbrojeni gangsterzy wybrali się do szpitala. Był to czas telewizyjnych ?Wiadomości", czyli o tej porze roku - biały dzień. Przeszedłszy przez szpitalną bramę, potem przez wejście do budynku, drzwi oddziału urazowo-ortopedycznego, a następnie drzwi sali numer jeden tego oddziału, gangsterzy mieli Konrada O. na muszce. Nic nie wiadomo, by ktokolwiek utrudniał im dostanie się przed oblicze swojej ofiary, a ?po robocie" opuszczenie lecznicy. Jak zwykle w takich przypadkach, nikt nic nie widział ani nie słyszał. Mordercy przepadli jak kamień w głębokiej studni.
Nie jest to pierwsza mafijna egzekucja w szpitalu. W październiku 2000 roku, w podobnych okolicznościach, w szpitalu przy ul. Szaserów został zlikwidowany Andrzej Cz., pseudonim Kikir. Nie zdziwiłbym się, gdybyśmy znów za jakiś czas usłyszeli o kolejnym tego typu zdarzeniu. Bo prawda jest taka, że do zdecydowanej większości polskich szpitali może wejść kto chce, kiedy chce i z czym chce. Może też oczywiście z czym tylko chce ze szpitala wyjść. To dlatego plagą naszych lecznic są kradzieże. Najczęściej łupem złodziei padają należące do pacjentów lub pracowników pieniądze, telefony komórkowe oraz sprzęt rtv. Łakomym kąskiem są także komputery, telefony stacjonarne, klamki i armatura łazienkowa. Powoduje to starty: wymierne, dające się przeliczyć na pieniądze, ale i niewymierne, wyrażone przez lęk, strach i okaleczające przeżycia.
Gdyby dyrekcjom szpitali na tym naprawdę zależało, to można by, praktycznie od zaraz, sytuację wydatnie poprawić. Nie widzę przeszkód, by agencje ochrony, świadczące swoje usługi w coraz większej liczbie szpitali, zamiast trudnić się wyłącznie pobieraniem opłat za wjazd na szpitalny parking, zajęły się wydawaniem przepustek dla odwiedzających i pilnowaniem, by wstęp na oddziały był rzeczywiście, a nie tylko na tabliczkach, wzbroniony dla nieupoważnionych. Byłby to dobry sposób na hordy drobnych złodziejaszków, a i dla gangsterów szpital przestałby być dogodnym miejscem egzekucji.




Źródło: Puls Medycyny

Podpis: lek. Sławomir Badurek

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.