Lekcja z Corhydronem w tle

prof. Jacek Spławiński
opublikowano: 21-11-2006, 00:00

Dla Pulsu Medycyny komentuje prof. Jacek Spławiński z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego:

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Afera z Corhydronem pokazuje, jak ważna jest instytucja kontrolująca leki. Badania Corhydronu wykonał Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego, teoretycznie powołany do kontrolowania leków w Polsce. Teoretycznie, bo miał być instytutem "od zdrowia"; teoretycznie, bo co roku spada pula pieniędzy przeznaczonych na tzw. państwową kontrolę, czyli na rutynowe badanie leków z rynku. Ta pula jest tak mała, że przymiotnik "teoretyczny" dobrze oddaje jej wielkość, a w praktyce oznacza to, że bada się zaledwie ułamek rynku.
Kiedy jednak lekarze odkryją nieprawidłową reakcję na lek, trafia on do Instytutu, ale - niestety - nie jest to ta fiolka, z której lek podano pacjentowi. Prawie nigdy lekarze jej nie zabezpieczają (często jest to niemożliwe) i do Instytutu trafia kolejna fiolka, ampułka z podejrzanego opakowania. Szkopuł w tym, że jedna zepsuta fiolka nie oznacza, że i sąsiednia będzie wadliwa. Tak było i z Corhydronem. Przebadano już ponad 300 fiolek i tylko jedna była zła.
Można było poprzestać na stwierdzeniu, że w fiolce nie ma hydrokortyzonu - tak chcą przepisy i do tego ogranicza się urzędnik, czy urząd. Na tym właśnie polega "reklamacja jakościowa". Jakość wymaga, aby w fiolce był właściwy lek. Stwierdzenie, że go tam nie ma, satysfakcjonuje "reklamację jakościową". Nie ma już teraz "reklamacji klinicznej", zniósł ją Inspektorat Farmaceutyczny, a dopiero ten typ reklamacji upoważniałby do dalszych badań. Dobrze, że Instytut nadal zajmuje się jeszcze lekami, a nie szeroko pojętym "zdrowiem", jak chciała poprzednia administracja. Pracujący tu doktorzy i profesorowie zadali więc sobie pytanie, co znajduje się w fiolce, w której powinien być hydrokortyzon? Właśnie obserwacja kliniczna nasunęła podejrzenie, że "coś" tam było, skoro pacjenci omdlewali i tracili oddech.
Nikt nie wie, jak doszło do zamiany zawartości fiolek, nieliczni wiedzą, jak doszło do odkrycia, że w fiolkach znajduje się sukcynylocholina. Wiedza o tym powinna dla naszych władz być bardzo pouczająca. Otóż odkrycia, co znajduje się w fiolce, dokonała grupa osób, która zadała to pytanie i równocześnie posiadała wiedzę i unikalną aparaturę (wyposażenie z czasów, kiedy Instytut badał wszystkie leki), aby na to pytanie odpowiedzieć. Szybko więc ustalono, że w fiolce znajduje się substancja zawierająca azot, który nie powinien tam występować, bo go w strukturze hydrokortyzonu nie ma! Jaka to więc substancja? Ten szczegół łamigłówki jest łatwy do rozwiązania, wystarczy zadzwonić do Jelfy (telefon ułatwiający zidentyfikowanie zawartości fiolki jest - jak się okaże - działaniem przestępczym, niezgodnym z jakąś idiotyczną procedurą). Przy użyciu wzorca i aparatury instytutowej zagadka zostaje szybko rozwiązana: w fiolce znajduje się sukcynylocholina. Historia ta unaocznia zupełnie wyraźnie, że tylko jednostka naukowa, wyposażona w uczonych z odpowiednim zapleczem naukowym i ze szczegółową wiedzą o producentach jest najlepszym gwarantem jakości produkowanych i rejestrowanych w Polsce leków. Trzeba było być szalonym (nomina sunt odiosa), aby wydzielić z Instytutu rejestrację, utworzyć zupełnie odrębny system kontroli rynku i system kontroli produkcji. Ile nas może kosztować czas potrzebny do przesłania informacji z jednej do drugiej, a z tej do trzeciej, a potem do czwartej instytucji, pokazał Corhydron. Nawet najlepszy system nie zastąpi wiedzy i integracji wielu jej dziedzin i aparatury w jednym miejscu. Tak zrobili - wzorem Amerykanów - Węgrzy i Czesi, bo to są narody mądre przed szkodą, a my i po szkodzie będziemy głupi, ograniczając się do ścigania winnego, ale nie eliminując przyczyn fatalnej pomyłki. Tymczasem nie ma nic ważniejszego nad kontrolę substancji, którymi leczy się społeczeństwo! Czy nasz minister, który pokazał lwi pazur w chirurgii, teraz, w aferze z Corhydronem, będzie w stanie zmienić odpowiednie zapisy prawne i czy zechce narazić się tym wszystkim, którzy już głęboko okopali się na swoich posadach? Czy pójdzie "na całość" i zjednoczy w jednym miejscu rejestrację, kontrolę leków i ich produkcji? Czy to wstyd naśladować dobre i sprawdzone rozwiązania? Czy u nas musi być gorzej?

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: prof. Jacek Spławiński

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.