Lekarze umierają stojąc [Ostrzej, ale bez skalpela Marek Stankiewicz]

Marek Stankiewicz
opublikowano: 07-09-2016, 00:00

Lekarze umierają stojąc „Jest we mnie cisza/cisza melodyjna/ jakby sen zechciał/zamknąć moje oczy/ gdzie dąb na rozdrożu/w całej swej dobroci/bierze mnie w ramiona/choć się liściem złoci” — to fragment nasyconego piękną przenośnią wiersza, zaczerpniętego z kultowej sztuki Alejandro Casony „Drzewa umierają stojąc”. Ale tym razem nie będzie o poezji, a raczej o prozie szpitalnej codzienności.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

W Szpitalu Powiatowym w Białogardzie na Pomorzu podczas czwartej z kolei doby pełnienia dyżuru zmarła lekarka. Pani anestezjolog prowadziła jednoosobową działalność gospodarczą i sama sobie regulowała czas pracy. Prawo takich praktyk nie zabrania. Lekarka nie była etatowym pracownikiem szpitala, a więc normy Kodeksu pracy nie zobowiązywały jej pracodawcy. Ale przecież ta osoba znieczulała pacjentów, a nie prowadziła szpitalnego kiosku z gazetami. No cóż, zdrowy rozsądek to cecha, której każdy potrzebuje, mało kto posiada, a nikt nie wie, że mu jej brakuje. 

Nie pierwszy to przypadek, kiedy lekarz zapracował się na śmierć. Przed pięciu laty organizm innego anestezjologa (z Głubczyc na Opolszczyźnie), po ponad stu godzinach pracy też odmówił posłuszeństwa. Już się nie dowiemy, dlaczego pani doktor zakwaterowała się na dobre w szpitalu w Białogardzie. Może chciała zarobić na spłatę kredytu albo jakiś osobistych zobowiązań, albo…

Mam nieodparte wrażenie, że niemal każdy starosta marzy o tym, aby jego powiatowy szpital sprostał przede wszystkim dwóm zadaniom: przyjmował bezproblemowo wszystkich zgłaszających się ludzi, skutecznie ich leczył, a staroście zapewnił święty spokój, wolny od skarg i zażaleń pacjentów. Co więcej, realizacja tego sennego marzenia miałaby się dokonać za sprawą jak najmniejszej liczby lekarzy i pielęgniarek, nie mówiąc już o farmaceutach, diagnostach, rehabilitantach i fizjoterapeutach. Dyrektorzy szpitali stojący na straży takich priorytetów są co jakiś czas sowicie wynagradzani. 

Outsourcingowe szaleństwo ma już w polskim szpitalnictwie osobliwą legendę i wiernych wyznawców, przepojonych naiwną nadzieją, że rynek będzie lekarstwem na wszelkie finansowe niedostatki. Najpierw z dnia na dzień zniknęły szpitalne kuchnie i pralnie, zaraz po nich odprawiono służby konserwatorskie, transport sanitarny i laboratoria analityczne. Nawet parkingi dla pacjentów nie uchowały się w szpitalnym domostwie. Teraz przyszedł czas na lekarzy, którym nieustannie przypomina się o misji i powołaniu, przywołując już to sędziwego Hipokratesa, już to rozdartego pomiędzy osobistym szczęściem a służbą wobec cierpiącej biedoty Tomasza Judyma. 

Kontrakty wprowadzono nie dlatego, by poprawić warunki pracy lekarzy, lecz po to, aby szpital mógł zapewnić ciągłość świadczeń. To był genialny zabieg socjoekonomiczny, na który dali się nabrać lekarze, bo obiecano im złote góry. Jak to jest, że hydraulik czy wulkanizator, którzy też mają kredyty i dzieci do wykarmienia, mogą odmówić wykonania usługi w święto czy po godzinach, a lekarz nie? Nie mam na myśli nagłej pomocy na ulicy, ale pracę zaplanowaną, często z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. 

Ale oprócz krokodylich łez, wylewanych nad zmarłą lekarką, jest i druga strona medalu. Lekarze dyżurujący zgodnie z umową kontraktową często chętnie wpisują się na dyżury np. od piątku do niedzieli, bo to pozwala im zwiększyć dochody. Niekiedy nawet dochodzi do spięć przy ustalaniu grafiku, bo niektórym pasują takie długie weekendy. Bardziej im się opłaca wysiedzieć godziny bez przerw, niż je rozdzielać. Ta nowa moda coraz bardziej się upowszechnia w środowisku lekarskim. Lekarze łatają sobą dziury grafikowe, a dyrekcje są przekonane, że skoro jest obsada, to nie ma powodu do alarmu.

Nadmierne obciążenie lekarzy pracą nie jest niczym nowym. To taki cichy kompromis, kiedy obie strony robią dobrą minę do złej gry. Kolejne ekipy polityczne traktują publiczną ochronę zdrowia jak czarną dziurę, w której mogą zginąć wszystkie pieniądze, a zatem nie warto na nią łożyć. A sprytni medycy wykorzystują meandry tego osobliwego układu. Jestem pewny, że rząd nie wprowadzi ograniczenia czasu pracy, bo ma świadomość, że cały ten system, oparty na lekarzach harujących jak konie w kieracie, rozpadłby się w okamgnieniu.

A przecież pacjent ma niepisane prawo do wyspanego lekarza. Wolność bez ograniczeń skutkuje chaosem. A wolność własna lekarza to w ogóle pojecie przypominające nirwanę. Nikt nie jest wolny od odpowiedzialności. Ani lekarz, ani jego pracodawca. Tymczasem coraz częściej się zdarza, że polscy lekarze pracują głównie z myślą o zarabianiu pieniędzy. Bo chcą mieć ładne domy i auta, wakacje w tropiku dla swoich rodzin. Dlatego pracują tyle, ile fabryka daje, a że w Polsce nie ma ograniczeń czasu pracy lekarza, więc igrają ze swoim i pacjentów zdrowiem. Jeśli ktoś z nich uważa, że to jest w porządku, to obawiam się, że brakuje mu nie tylko wyobraźni, ale również którejś klepki. 

Polscy lekarze i ich pracodawcy zgodnym chórem twierdzą, że kochają Europę. Ale niekoniecznie jej dyrektywę, zgodnie z którą lekarz może pracować 7 godz. 35 minut na dobę. Nikt nie chce nosić tachometru na szyi, a przydałby się. Bo idea ograniczenia czasu pracy, mająca służyć pacjentom, uległa u nas swoistej „falandyzacji” i pozwoliła na balansowanie na granicy prawa i zdrowego rozsądku.

stankiewicz@hipokrates.org

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Marek Stankiewicz

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.