Lekarze nam się starzeją

Beata Lisowska
opublikowano: 25-04-2007, 00:00

Z raportu demograficznego, który na podstawie danych z rejestru lekarzy przygotowała Naczelna Izba Lekarska wynika, że w Polsce dwie trzecie aktywnych zawodowo lekarzy ma powyżej 40 lat. Ponad 50 lat ma prawie co piąty lekarz z prawem wykonywania zawodu w Polsce. We wszystkich grupach wiekowych dominują kobiety. A one przestają być aktywne zawodowo wcześniej niż ich koledzy.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Lekarzy, którzy zbliżają się do wieku emerytalnego lub już go osiągnęli, nie będzie miał kto zastąpić. Zaledwie 8 proc. lekarzy w Polsce nie ukończyło jeszcze 30 lat. rednia wieku to 47,6 dla kobiet i 48,5 dla mężczyzn.
Na przyspieszone tempo starzenia się populacji lekarzy ma wpływ przede wszystkim emigracja zarobkowa. Według statystyk izb lekarskich, grupą wiekową, która najczęściej stara się o zaświadczenia uprawniające do zatrudnienia w innych krajach Unii Europejskiej są lekarze u szczytu swoich możliwości zawodowych (w wieku 35-40 lat).
W ostatnim czasie pojawiła się dodatkowa tendencja. Wśród młodych lekarzy myślących o emigracji zaczynają przeważać kobiety. "Bez wątpienia są to bardzo niepokojące tendencje. Niepokoi nawet nie to, jaka jest średnia wieku lekarzy w Polsce, ale to, że ona cały czas rośnie. rednia idzie w górę, bo młodsi są bardziej mobilni i częściej wyjeżdżają za granicę. Za kilka lat najstarsi odejdą z zawodu, a młodych będzie tak mało, że nie będą w stanie zastąpić tych, którzy w wieku 70 czy 75 lat odejdą na emeryturę" - zauważa dr Christoph Sowada z Instytutu Zdrowia Publicznego Collegium Medicum UJ w Krakowie.
Ale starzenie się lekarzy to skutek także niewystarczającego napływu nowych specjalistów. Najlepiej pokazuje to raport Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie nt. sytuacji demograficznej w poszczególnych specjalizacjach. Wynika z niego, że ok. 60 proc. ginekologów, 57 proc. chirurgów i neurologów, 56 proc. pediatrów i ponad połowa internistów na Mazowszu ma powyżej 51 lat. Jednak w kolejnych postępowaniach kwalifikacyjnych Ministerstwo Zdrowia oferuje młodym lekarzom z województwa mazowieckiego zaledwie jedną czy dwie rezydentury w tych specjalnościach. Jeśli politycy i decydenci nie znajdą sposobu na to, jak zmobilizować młodych do studiowania medycyny, specjalizowania się i wykonywania zawodu w kraju, już za parę lat starzejących się polskich lekarzy będą musieli zastąpić ich koledzy z zagranicy - ostrzegają eksperci.

W dyskusji Pulsu Medycyny na temat katastrofy kadrowej w ochronie zdrowia głos zabrali: Konstanty Radziwiłł, Roman Danielewicz i Christoph Sowada.

Dobro narodowe
Opinia Konstantego Radziwiłła, prezesa Naczelnej Rady Lekarskiej:

Nie ma co liczyć na to, że duża liczba lekarzy z zagranicy zasili polskie kadry medyczne. Rynek pracy już w tej chwili jest otwarty dla lekarzy zza wschodniej granicy, ale nie ma chętnych. Przyjmujemy rocznie ok. 50 osób z krajów spoza Unii Europejskiej. Praktycznie wszyscy, którzy sprostają wymaganiom polskim, tzn. wykażą się odpowiednią wiedzą i znajomością języka, mogą praktykować medycynę w Polsce. Więcej chętnych nie będzie, bo Polska nie jest Mekką nie tylko dla polskich lekarzy, ale także dla zagranicznych. Wyjście z sytuacji jest tak banalne, że aż nudne. Po prostu polskim lekarzom trzeba więcej płacić.
Proporcja zarobków lekarskich do średniego wynagrodzenia w Polsce jest kuriozalna. Nie ma chyba takiego kraju na świecie, a na pewno w najbliższej okolicy, w którym lekarz zarabiałby poniżej średniego wynagrodzenia w gospodarce. Gdyby sygnały ze strony państwa były inne: jesteśmy krajem biednym, ale przedstawiamy wam jakąś drogę dojścia do przyzwoitego statusu, w ciągu trzech, czterech lat zarobicie już nie tylko średnią krajową, ale dwie, byłaby jakaś nadzieja, szansa, że zrobi się lepiej.
Gdyby wszystkim młodym lekarzom oferować rezydentury specjalizacyjne, co nie kosztowałoby państwa bardzo dużo, może zatrzymałoby to ich w Polsce, bo pokazano by im, że są dobrem narodowym, które trzeba chronić. Mielibyśmy chwilę oddechu. Robiąc specjalizację, może doczekaliby momentu, kiedy wynagrodzenia lekarzy znacząco by wzrosły. Ale sygnały są odwrotne. Zapowiadanie konieczności odpracowywania rezydentury to niebezpieczne igranie z ogniem. Takie pomysły straszą młodych ludzi, którzy wahają się w tej chwili, czy pójść na medycynę, czy zostać w zawodzie, czy w ogóle zostać w Polsce.

Szukamy złotego środka
Komentuje Roman Danielewicz, dyrektor Departamentu Nauki i Szkolnictwa Wyższego w Ministerstwie Zdrowia:

Zwiększenie liczby rezydentur byłoby zapewne głównym elementem zachęcającym młodych lekarzy do pozostania w kraju i rozwiązaniem problemów demograficznych tej grupy zawodowej. Jednak przy tych środkach, które minister zdrowia ma do dyspozycji na etaty rezydenckie, pomysł przyznania rezydentur wszystkim młodym lekarzom, jest niewykonalny. Gdyby były większe środki, rzędu kilkudziesięciu mln zł więcej, pewnie byłoby to możliwe. Na razie w postępowaniu kwalifikacyjnym, które zostanie przeprowadzone w terminie 1 maja - 30 czerwca br., udało się wygospodarować ponad 700 rezydentur i jest to prawie trzykrotnie więcej niż na początku roku wynikało z budżetu Ministerstwa Zdrowia. Dzięki temu mogliśmy dodać do wszystkich dziedzin, które chcą mieć rezydentury, przynajmniej po jednym miejscu rezydenckim. W poprzednich postępowaniach rezydentury były tylko w kilkunastu specjalizacjach.
W odniesieniu do powtarzanych często stwierdzeń, sugerujących, że to minister zdrowia ogranicza liczbę miejsc specjalizacyjnych uwolnionych na konkretne postępowanie, zawsze powtarzam, że to nie minister zdrowia tworzy miejsca specjalizacyjne. Nie od ministra zależy, jakie miejsca są zgłaszane przez wojewódzkie ośrodki zdrowia publicznego. Nie możemy dać rezydentury tam, gdzie nie ma miejsc akredytowanych i nie ma możliwości kształcenia. Nie da się też raz na zawsze wymyślić kryteriów podziału miejsc specjalizacyjnych (zwłaszcza rezydenckich), które zadowolą wszystkich. Jak długo będziemy mieli do czynienia z niedoborem miejsc specjalizacyjnych, za każdym razem ktoś będzie niezadowolony.
Podziału rezydentur dokonaliśmy na podstawie zgłoszeń zapotrzebowania wojewódzkich centrów zdrowia publicznego w dziedzinach priorytetowych, takich jak: epidemiologia, geriatria, medycyna rodzinna, onkologia kliniczna, patomorfologia czy rehabilitacja medyczna. Drugim kryterium jest potencjalna migracja lekarzy. Trzeba pamiętać o tym, że nie mamy meldunków z granicy, ilu lekarzy wyjechało do pracy w innym kraju i z jakiej dziedziny medycyny. Podział miejsc odbywa się więc na podstawie liczby zaświadczeń wydanych przez okręgowe izby lekarskie lekarzom mogącym ubiegać się o pracę w innym kraju Unii Europejskiej. Staramy się zapewnić rezydentury w tych specjalizacjach, w których jest najwyższy odsetek osób, które wystąpiły o takie zaświadczenie w stosunku do ogółu lekarzy. Są to obecnie: anestezjologia i intensywna terapia, chirurgia plastyczna, chirurgia klatki piersiowej, medycyna ratunkowa, chirurgia naczyniowa, chirurgia szczękowo-twarzowa, radiologia oraz ortopedia.
Jeżeli analizy demograficzne potwierdzą się, a robimy taki projekt we współpracy z WHO, być może to nas skłoni, by dać większe preferencje tym specjalizacjom, w których jest nie tylko największa migracja, ale także, w których istnieje zagrożenie "luką pokoleniową". Nie mając twardych danych w ręku, wciąż szukamy złotego środka, jeśli chodzi o kryteria podziału niewystarczającej liczby etatów rezydenckich.

Otworzyć rynek pracy
Komentuje dr Christoph Sowada z Instytutu Zdrowia Publicznego Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie:

By zapobiec starzeniu się polskich lekarzy, potrzeba długofalowej polityki. Trzeba zwiększyć atrakcyjność zawodu i skończyć z nagonką na lekarzy. W krótkim czasie nie da się jednak tego osiągnąć. Mamy coraz mniej kandydatów na studia medyczne. Pamiętam czasy, gdy na jedno miejsce było kilkunastu kandydatów. Najlepsi absolwenci szkół średnich kiedyś szli na medycynę, teraz na zupełnie inne studia. Pieniędzy w systemie jest mało i szybko ich nie przybędzie. Szybko nie poprawią się też warunki pracy. To kwestia co najmniej 10 lat. W tym czasie jedyna możliwość uzupełnienia ewentualnej luki to otwarcie rynku pracy dla lekarzy z zagranicy. Tak jak zachód Europy coraz bardziej drenuje Polskę, tak my prawdopodobnie będziemy drenować Ukrainę, Rosję czy Białoruś. Wcale nie jestem przeciwnikiem wpuszczenia do Polski specjalistów z zagranicy, ze Wschodu czy z Azji, za prawdopodobnie dużo niższe pieniądze. Przeciwne temu są jednak izby lekarskie. Wpuszczenie konkurencji z zagranicy oznacza bowiem, że nacisk na wzrost finansowania, na podniesienie płac, nieco osłabnie.
Absolutnie nie ma natomiast możliwości zatrzymania migracji polskich lekarzy. By zatrzymać ich w kraju, należy stworzyć zupełnie inne warunki płacowe i warunki pracy. Starzenie się lekarzy to także wynik dość długotrwałych już zaniedbań w polityce kształcenia lekarzy i ograniczania liczby miejsc specjalizacyjnych. Wydaje się, że politycy nie mają pomysłu, jak młodych lekarzy zatrzymać w kraju. My ich kształcimy, a oni wyjeżdżają za granicę. Ostatnio pojawił się pomysł: zmuśmy lekarzy, zanim opuszczą Polskę, do odpracowania tutaj specjalizacji. To pomysł sprzeczny z zasadami konstytucji i prawa europejskiego.
Lekarzy nie da się zatrzymać w Polsce zakazem wyjazdu. Należy szukać innych instrumentów. Być może czas pomyśleć o wprowadzeniu odpłatności za studia (nie tylko medyczne), oczywiście z całą gamą stypendiów, kredytów, tak jak to się dzieje na zachodzie Europy. Tam są to najczęściej kredyty nieoprocentowane albo niskooprocentowane. Oczywiście nie ma sensu wprowadzać odpłatności za studia zależnej od kosztów tych studiów. Studia medyczne są najdroższe i lekarz musiałby je spłacać niemal do końca życia.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Beata Lisowska

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.