Lekarskie spojrzenie na aktywność fizyczną

20-08-2012, 10:32

Sławomir Badurek, felietonista Pulsu Medycyny, opowiada o swoich sposobach na aktywność fizyczną.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

To było w pierwszy dzień wiosny 2009 roku. Partyjka tenisa z kolegą z pracy. Rozgrzewka, a potem jak zwykle zacięty mecz dwóch prezentujących podobne umiejętności rywali. Już prawie kończyliśmy. Zaserwowałem i zaraz wybiegłem do nadlatującej piłki. I nagle poczułem silne kopnięcie w dół łydki. Machinalnie odwróciłem głowę. W namiocie, w którym graliśmy, nie było jednak prócz nas nikogo... Jeszcze przez kilka minut łudziłem się, że to nic poważnego. Że jutro będę w stanie pokuśtykać na dyżur, a następnego dnia pojadę do Bydgoszczy na wyczekiwany od kilku miesięcy koncert Piotra Anderszewskiego. Nasilający się ból i obrzęk oraz ograniczenie siły i ruchomości stopy szybko pozbawiły mnie optymizmu. Moja wstępna diagnoza — zerwanie ścięgna Achillesa, potwierdziła się w szpitalu. Dwie godziny później byłem już na stole operacyjnym.

Po trzech tygodniach miałem serdecznie dość siedzenia, a w zasadzie głównie leżenia w domu i zdecydowałem się wrócić do pracy. Nie było łatwo, bo poruszać się mogłem jedynie o kulach, na operowanej nodze ciążył gips, no i ból też dawał znać o sobie. Fizykoterapia, a następnie intensywna rehabilitacja sprawiły, że dwa miesiące po urazie byłem w stanie jeździć samochodem, a w lipcu, zgodnie z wcześniejszymi planami, mogłem cieszyć się rodzinnym urlopem na południu Europy. Nie oznaczało to, że zapomniałem o urazie. Operowana stopa nadal była o wiele sztywniejsza niż zdrowa, przez co nawet trucht na krótkim dystansie był wyzwaniem. Po powrocie z urlopu zamieniłem jedno z pomieszczeń piwnicznych w mały fitness room. Zacząłem od codziennych ćwiczeń nóg. Z czasem, dla urozmaicenia, rozbudowałem treningi o ćwiczenia innych partii ciała. Wtedy zdałem sobie sprawę, jak małą mam wiedzę na temat aktywności fizycznej. A przecież jestem diabetologiem, na co dzień doradzającym swoim pacjentom ruch.


Zacząłem lekturę książek i czasopism poświęconych różnym formom wysiłku. Po kilku miesiącach intensywnego doszkalania się moje wiadomości pozwalały mi na planowanie urozmaiconych treningów dla siebie i innych, w tym moich pacjentów. W niespełna rok po kontuzji zdecydowałem się na jazdę na nartach. Kilka miesięcy później jeździłem na rolkach i ćwiczyłem koordynację ruchową na surfingu. W czerwcu ubiegłego roku, to jest ponad dwa lata po urazie, zacząłem systematycznie biegać. Był to powrót do pasji z czasów licealno-studenckich. Jesienią ubiegłego roku pojechałem z żoną na obóz taneczny dla lekarzy, by nie tylko przypomnieć sobie nabywane wcześniej przez kilka lat umiejętności, ale i upewnić się, że nawet wymagająca sporej finezji forma ruchu nie będzie dla mnie przeszkodą.

Minęły ponad trzy lata. Swoją rehabilitację uważam za zakończoną, ale moja aktywność jest nie mniejsza niż wtedy, gdy walczyłem ze skutkami urazu. Każdego dnia naprzemiennie ćwiczę w domu, pływam lub biegam. Ruszam się intensywnie przynajmniej przez 45 minut. Często w użyciu są również rower, rolki i łyżwy. Wyjątkiem jest kilka dyżurowych dni. To wymuszony przez pracę czas na odpoczynek dla mięśni. Problem braku czasu na ruch rozwiązałem bardzo prosto: założyłem sobie mianowicie, że ten czas zwyczajnie muszę znaleźć. Więcej kłopotów przysparza mi walka z własnym lenistwem. Przyznaję, zdarza mi się przekonywać samego siebie, że jestem tak zmęczony, że powinienem darować sobie intensywny rozruch. Prawie zawsze jednak udaje mi się pokonać tę słabość. Nagrodą jest przypływ energii i dobrego samopoczucia po treningu. Ruch i dieta zbliżona do laktoowowegetariańskiej pozwalają mi bez stresu wchodzić na wagę.

Zdaję sobie sprawę, jak trudno jest zachęcić kogoś, kto nigdy nie uprawiał sportu, do ruchu. Tym bardziej gdy w grę wchodzi przewlekła choroba, niekorzystnie oddziałująca nie tylko na physis, ale i psyche. Dlatego tak ważne jest, by być wiarygodnym dla pacjentów i nie poprzestawać na ogólnikowych zachętach do jazdy na rowerze i spacerów. Tymczasem, jak wynika z badań przeprowadzonych w Zakładzie Żywienia Człowieka krakowskiej AWF, ponad trzy czwarte mężczyzn wśród lekarzy w wieku 30-55 lat ma nadwagę lub jest otyłych. Lepiej wygląda sytuacja w grupie kobiet, choć one z kolei są mniej aktywne fizycznie od swoich kolegów. Zbyt rzadko korzystają z wysiłku także studenci medycyny. Pomyślmy o tym u progu lata. Przed nami najlepszy w roku czas na zmianę stylu życia na zdrowszy.

Źródło: Puls Medycyny

Najważniejsze dzisiaj
Tematy
Puls Medycyny
Inne / Lekarskie spojrzenie na aktywność fizyczną
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.