Lekarskie dramaty podczas egzaminów specjalizacyjnych

Beata Lisowska
opublikowano: 28-02-2007, 00:00

Właśnie ruszyła kolejna sesja egzaminacyjna dla lekarzy kończących specjalizacje. To będzie ostatnia szansa ukończenia specjalizacji w tzw. starym trybie. Tak ostatecznie przesądziła zmieniona ustawa o zawodzie lekarza z 2005 roku. Kto w ciągu dwóch lat od jej wejścia w życie (czyli do września 2007 r.) nie zakończy specjalizacji, będzie ją musiał rozpocząć w nowym trybie.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Niepokojące jest to, że według statystyk Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego, w 2005 roku (CMKP nie ma nowszych danych) było otwartych i nigdy formalnie niezakończonych aż 14 835 specjalizacji lekarskich i dentystycznych I i II stopnia.
"To są osoby, które w wielu przypadkach miały otwarte specjalizacje wiele lat temu i powinny one już dawno być zamknięte. Nie mamy żadnych informacji, ile lat były robione ani co się dzieje z tymi lekarzami" - mówi prof. Jadwiga Słowińska-Srzednicka, dyrektor Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego w Warszawie.

Martwe szkolenie

W 2005 roku egzaminy specjalizacyjne I i II stopnia zdało 263 lekarzy, a w kolejnym roku "jedynkę" i "dwójkę" uzyskało 139 kolejnych osób. W tym roku, ze świadomością, że to ostatni dzwonek, do egzaminu specjalizacyjnego chce przystąpić ok. 400 osób z tzw. starego trybu. Czy pozostałe ponad 10 tys. otwartych przed laty specjalizacji można uznać za "martwe"? Wiele wskazuje na to, że tak.
Zdaniem Konstantego Radziwiłła, prezesa Naczelnej Rady Lekarskiej, nowy system specjalizacyjny został wprowadzony blisko siedem lat temu i wszyscy, którzy chcieli kontynuować rozpoczęte wcześniej specjalizacje, mogli to zrobić. "Wydaje się mało prawdopodobne, żeby lekarze, którzy rozpoczęli specjalizację 10-15 lat temu, myśleli o jej dokończeniu. Sam osobiście wiele lat temu rozpocząłem ?dwójkę" z medycyny ogólnej, ale w międzyczasie zrobiłem specjalizację z medycyny rodzinnej. W jakiejś statystyce pewnie figuruję jeszcze jako ktoś, kto robi specjalizację z interny, ponieważ nie zgłosiłem nigdzie rezygnacji, bo nie było takiego wymogu" - tłumaczy K. Radziwiłł.

Pogrom podczas sesji egzaminacyjnej

Stary tryb specjalizowania nawet w części nie wzbudza jednak takich emocji, jak statystyki egzaminacyjne tzw. nowego trybu z ubiegłorocznej sesji jesiennej. Nigdy wcześniej wyniki egzaminów kończących specjalizacje nie były tak słabe. Najwięcej osób nie zdało w takich dziedzinach, jak: medycyna rodzinna, choroby wewnętrzne, anestezjologia, endokrynologia, radiologia i pediatria. Absolutny rekord (72 proc. poniżej progu) zanotowała alergologia. Lekarze już stworzyli teorię spiskową, że poziom egzaminów został tak wyśrubowany, by nie przybywało nowych specjalistów, którzy wyjadą za granicę.
Statystyki siłą rzeczy rzutują na atmosferę przygotowań do kolejnej sesji. "Ja przystępuję do egzaminu z interny pierwszy raz, ale koledzy, którzy nie zdali go już raz czy nawet dwa razy, są załamani. Statystyki są nieubłagane: 42 proc. osób, które przystąpiły jesienią do egzaminu specjalizacyjnego z chorób wewnętrznych, oblało go. Jeśli ta krzywa wzrośnie, wiosną nie zda go co druga osoba" - obawia się Daniel Błaszczyk, lekarz z Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego we Wrocławiu. Podobne obawy wyrażają lekarze na forach internetowych. Wielu z nich zakłada, że egzaminu nie zda, bo przeważają narzekania na to, że po zakończeniu egzaminu nie ma możliwości wglądu w pytania. Centrum Egzaminów Medycznych udostępnia bowiem tylko kartę z zakreślonymi odpowiedziami. Lekarzy niepokoi także to, że odwołanie można napisać tylko podczas trwania egzaminu. W czasie przeznaczonym na rozwiązanie 120 zadań testowych trzeba jeszcze dodatkowo zmieścić się z napisaniem zastrzeżenia do jakiegoś pytania.

Próg 60 procent

Złe wyniki w poprzedniej sesji mają swoje logiczne uzasadnienie. Zdaniem dr n. med. Mariusza Klenckiego, wicedyrektora Centrum Egzaminów Medycznych w Łodzi, prawdopodobnie miała na nie wpływ zmiana kryteriów oceny testów egzaminacyjnych. "Wcześniej w większości przypadków próg zaliczenia egzaminu był obliczany na podstawie średniego wyniku zdających i odchylenia standardowego. Od listopada 2005 roku zaczął obowiązywać dla wszystkich specjalizacji sztywny próg 60 proc." - tłumaczy M. Klencki.
W opinii dr. hab. med. Witolda Lukasa, konsultanta krajowego w dziedzinie medycyny rodzinnej, właśnie ustalenie progu spowodowało duże zawirowania egzaminacyjne w tych dziedzinach medycyny, które są najobszerniejsze: w internie i medycynie rodzinnej. "Na wyniki miało na pewno wpływ także to, że w jesiennej sesji dominowały osoby, które egzaminu z medycyny rodzinnej już raz czy dwa razy nie zdały. Przyczyn tak słabych wyników nie doszukiwałbym się natomiast w składzie autorskim zespołu przygotowującego pytania, ani w konstrukcji zadań. Pytania układają od lat ci sami ludzie. Być może tym razem były one trochę bardziej rozbudowane niż zwykle. Jednak zaledwie dwa z nich zostały odrzucone przez system komputerowy sprawdzający procent poprawnych odpowiedzi" - zauważa W. Lukas. Dodaje, że wnioski z tej nieudanej sesji zostały wyciągnięte. Najważniejszym była decyzja podjęta przez Krajową Radę Egzaminów Lekarskich o wydłużeniu czasu zdawania egzaminów specjalizacyjnych do 150 minut. Decyzją ministra zdrowia, począwszy od tego roku do egzaminów specjalizacyjnych będzie można podchodzić nie trzy, jak dotychczas, ale nawet cztery razy.
Prof. Zbigniew Gaciong, konsultant krajowy w dziedzinie chorób wewnętrznych, zauważa jednak, że wnioski powinny pójść dalej. Wyniki egzaminów specjalizacyjnych odsłaniają bowiem słabość polskiego systemu specjalizowania lekarzy. "Osoby, które uczestniczą w szkoleniu specjalizacyjnym, są traktowane jak ?mięso armatnie". Są używani do pracy, kierowani tam, gdzie szpital ma braki kadrowe, natomiast nie są szkoleni - twierdzi prof. Z. Gaciong. - Specjalizacja to okres, który powinien być poświęcony na naukę". W konsekwencji, podczas egzaminów ustnych okazuje się, że specjalizujący mają bardzo duże problemy z prezentacją przypadku, po prostu za rzadko się ich tego uczy. "W czasie specjalizacji nie mają możliwości wypowiadania się, mówienia o pacjentach. Człowiek, który przychodzi na egzamin w sytuacji stresu, nie ma przećwiczonych podstawowych odruchów, stąd duże problemy ze zdaniem egzaminu" - podkreśla Z. Gaciong.

Błędne wybory

A w przypadku nadspecjalizacji dochodzi jeszcze jeden czynnik negatywny: dodatkowe specjalizacje są często wybierane w sposób nie do końca przemyślany. Najlepiej widać to na przykładzie alergologii. Prof. Piotr Kuna, jeden z ekspertów Centrum Egzaminów Medycznych w Łodzi, uważa, że tę specjalizację podejmują często lekarze, którzy zakończyli proces kształcenia w swojej podstawowej dziedzinie wiele lat temu. I niestety widać to w poegzaminacyjnych statystykach. "Mam takie odczucie, że wiele osób uważa alergologię za specjalizację miłą, łatwą i przyjemną, dzięki której można łatwo dorobić, pracując na emeryturze w poradni i przyjmując pacjentów. Często decydują się na nią np. laryngolodzy, którzy czują, że niedługo nie będą mogli już operować i szukają dziedziny zachowawczej, w której mogliby się wykazać. Wielu z nich nie jest jednak w stanie nauczyć się współczesnej immunologii, która jest bardzo trudna. Tacy lekarze nie mają na ogół szans zdać tego egzaminu i być może niektórzy z nich nigdy tej specjalizacji nie zdobędą" - twierdzi prof. P. Kuna. Bez problemu test z alergologii zaliczają natomiast osoby pracujące w ośrodkach alergologicznych.


Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Beata Lisowska

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.