Leczenie chorób rzadkich od zawsze stanowiło wyzwanie dla świata medycznego

Rozmawiała Monika Rachtan/Materiał partnera
opublikowano: 15-03-2021, 16:33

Dziś, mimo rozwoju technologii i postępu medycyny, w dalszym ciągu brakuje miejsc, w których pacjenci z chorobami rzadkimi otrzymywaliby kompleksową pomoc. Aby osiągnąć jak najlepsze efekty leczenia, konieczne jest interdyscyplinarne podejście do pacjenta i procesu terapii. Skuteczność działania wynika z wiedzy i dzielenia się doświadczeniem, w tym także rezultatami badań, aby rozwijać i weryfikować stosowane terapie.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
O KIM MOWA
Dr n. med. Jarosław Michał Deszczyński

dyrektor Centrum Medycznego Paley European Institute; ortopeda dorosłych i dzieci specjalizujący się w leczeniu deformacji narządu ruchu, wydłużaniu kończyn i ratowaniu ich przed amputacją

O KIM MOWA
Lek. Tomasz Albrewczyński

dyrektor Centrum Operacyjnego Paley European Institute; lekarz traumatolog, zajmuje się deformacjami narządu ruchu, wydłużaniem kończyn, ortopedią dziecięcą i rekonstrukcją stawów

Co stanowi wyzwanie w leczeniu chorób rzadkich?

Dr n. med. Jarosław Michał Deszczyński (J.M.D.): W naszym ośrodku specjalizujemy się w leczeniu wrodzonych i nabytych wad narządu ruchu. Bardzo często nie są to jedyne schorzenia, z którymi zmagają się nasi pacjenci, większość z nich ma wiele innych chorób współistniejących. Leczenie takiego pacjenta musi być zatem skoordynowane i nakierowane na jego wszystkie zaburzenia. Co gorsza, czerpanie wiedzy o danym schorzeniu z Internetu sprawia, że dzieci nie zawsze otrzymują optymalną pomoc. W moim przekonaniu, wyzwaniem w dzisiejszych czasach jest zapewnienie naszym pacjentom skoordynowanej, kompleksowej opieki z wykorzystaniem metod leczenia opartych na faktach i dowodach naukowych. Wydaje się, że w czasach fake newsów pozostaje to ogromnym wyzwaniem.

W walce z fake newsami ważne jest budowanie świadomości społeczeństwa. Czy również edukacją rodzin i opiekunów pacjentów zajmuje się państwa ośrodek?

J.M.D.: Zależy nam na edukacji rodziców i pacjentów. Budujemy świadomość, czego oczekiwać od lekarzy, na czym polega wizyta, jakie pytania podczas niej zadawać, jakie są możliwości leczenia. To wszystko po to, by rodzic stał się specjalistą w danej jednostce chorobowej, z którą się spotkał. Bardzo istotne jest, abyśmy my, lekarze, kładli nacisk na edukację rodziców, opiekunów medycznych. Musimy pamiętać, że jesteśmy tylko jednym z elementów opieki nad pacjentem, a pozostałe, takie jak fizjoterapia, opieka rodziców w domu, pomoc psychologa czy innych terapeutów, są tak samo ważne.

Lek. Tomasz Albrewczyński (T.A.): Taka edukacja ma miejsce chociażby podczas konsultacji, która w naszym ośrodku trwa często nawet 4 godziny lub więcej. Poświęcamy pacjentowi i jego bliskim tyle czasu, ile potrzebują. Ponadto konieczna jest rzetelna diagnostyka i zebranie wywiadu, których nie da się przeprowadzić w kilka minut. I to właśnie w tym czasie pacjenci i opiekunowie otrzymują fachową informację, popartą naukowymi dowodami i naszym doświadczeniem. Staramy się, aby to pacjent był w centrum wszechświata (naszego zainteresowania) jako słońce, a my jako „ciała niebieskie” w postaci lekarzy, terapeutów czy opiekunów, krążymy wokół niego i pomagamy w rozwiązywaniu problemów.

Jak w takim razie wygląda leczenie w instytucie?

J.M.D: Podstawowym narzędziem naszej pracy jest „życiowy plan leczenia” (ang. surgical life plan), tworzony w postaci raportu, w którym przedstawiamy indywidualne podejście do rozwiązania danego problemu u konkretnego pacjenta. Dzięki temu już podczas pierwszej wizyty dana osoba dowiaduje się, jak leczenie będzie wyglądało za rok, 5, a nawet za 15 lat. Przedstawienie takiego planu buduje pewną bazę do zrozumienia problemu zdrowotnego przez samego chorego, jego rodziców i opiekunów.

T.A.: Ten raport powstaje we współpracy interdyscyplinarnego zespołu, składającego się z lekarzy, fizjoterapeutów, koordynatorów opieki medycznej, ortotyków i psychologa. Podczas cotygodniowych odpraw wspólnie podejmujemy decyzje o dalszym leczeniu danego pacjenta i wprowadzeniu modyfikacji, reagując na zachodzące zmiany. Dzięki wspólnym działaniom oraz nieustannej wymianie wiedzy i informacji powstają plany na całe życie dla naszych pacjentów.

J.M.D.: W samym procesie leczenia i kontaktu z pacjentem ważną rolę odgrywa także infrastruktura. Nie bez powodu w naszym instytucie zrezygnowaliśmy z biurek dla lekarzy. Są one pierwszą barierą w komunikacji z pacjentem i jego rodziną. W Paley European Institute funkcjonują pokoje pacjenta, w których spotyka się on ze wszystkimi specjalistami. To zespół medyczny zmienia pokoje, a nie pacjent.

T.A.: Wprowadziliśmy także stanowisko asystenta, który odpowiada za prowadzenie dokumentacji medycznej, tak by lekarz mógł w pełni skupić się na kontakcie i budowaniu relacji z pacjentem i jego bliskimi.

Czy tak wygląda praktyka zawodowa młodych lekarzy?

J.M.D.: Ponieważ mój tata jest profesorem ortopedii, chcąc nie chcąc, miałem kontakt ze światem medycznym już od najmłodszych lat. Warsztat zawodowy zaczynałem od medycyny sportowej, później zajmowałem się endoprotezoplastyką dużych stawów i chirurgią urazową. To dało mi szerokie spojrzenie na podstawy biomechaniki i zależności wszystkich układów mięśniowo-ścięgnistych ciała człowieka. W Paley European Institute prowadzimy leczenie operacyjne zarówno u dorosłych, jak i dzieci. Dzięki temu szerokiemu spektrum doświadczenia, na daną zagadkę kliniczną, która niekiedy bywa wielkim labiryntem, potrafimy spojrzeć z góry, a nie od środka. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że będę kiedykolwiek pracował z dziećmi i wykonywał tak trudne operacje, nigdy bym w to nie uwierzył. To we mnie wyewoluowało i dziś nie wyobrażam sobie nie pracować z dziećmi.

T.A.: Dzieci są bardzo wdzięcznymi pacjentami, ponieważ są szczere i bezpośrednie. Gdy widzę, jak szybko następuje poprawa w ich rozwoju fizycznym, bo wcześniej nie mogły chodzić, a teraz z łatwością grają w piłkę i sprawia im to wielką radość, czuję ogromną satysfakcję i siłę napędowa do dalszej pracy.

Co jest celem pracy państwa zespołu?

T.A.: Największym motorem napędowym naszej pracy jest spełnianie dziecięcych marzeń. Dzięki naszej pomocy udaje się zmienić życie nie tylko małym pacjentom, ale także ich bliskim. Gdy codzienne czynności, które wcześniej były dla nich ogromną trudnością, wykonują bez najmniejszego problemu, a nawet z uśmiechem na ustach.

Jacy pacjenci trafiają do Paley European Institute?

T.A.: Nasz ośrodek początkowo był dedykowany wadom wrodzonym i ubytkowym. Po pierwszych konsultacjach okazało się, że najwięcej pacjentów ma problemy z neurologią rozwojową, gdzie leczenie operacyjne jest mniej ważne. Przy dobrym programie fizjoterapii i profilaktyki powinniśmy minimalizować incydenty zwichnięć w biodrach czy przykurczy lub rozwoju skoliozy kręgosłupa. Samo leczenie operacyjne byłoby leczeniem badania RTG, a nie pacjenta. Dlatego w Paley European Institute pracują fizjoterapeuci i ortotycy, którzy mają bardzo dużą wiedzę i doświadczenie w leczeniu schorzeń neurologicznych. Ich praca jest niezwykle ważna na etapie zarówno przedoperacyjnym, jak i pooperacyjnym, który zaczyna się już w pierwszej dobie po zabiegu.

Czym różni się opieka nad pacjentami ortopedycznymi a neurologicznymi?

J.M.D.: Nasze zabiegi u pacjentów ze schorzeniami neurologicznymi są wykonywane według międzynarodowych standardów. Staramy się, by były jak najkrótsze oraz nie stosujemy unieruchomień w postaci opatrunków gipsowych, dlatego w pierwszej dobie po operacji mobilizujemy wszystkie stawy i obciążamy. Zespolenia, które stosujemy, są na tyle wytrzymałe, że nie ma obaw, by jak najszybciej rozpocząć pionizację i pełne obciążanie. Samo zespolenie spełnia funkcję unieruchomienia, dlatego gipsowanie wydaje się w wielu przypadkach zupełnie niepotrzebne. Wszystko po to, by pacjent jak najszybciej zaczął wykonywać pierwsze ruchy przy współpracy z fizjoterapeutą oraz rodzicem.

Czy Paley European Institute jest ośrodkiem międzynarodowym?

J.M.D.: Tak, nasi pacjenci to nie tylko Polacy, 70 proc. pochodzi z zagranicy, m.in.: Rosji, Litwy, Słowacji, Niemiec, Włoch, Czech, Izraela, Serbii, Indii oraz Europy Wschodniej. Obecnie w naszym ośrodku już ponad pół roku przebywa chłopczyk z rodzicami z Iraku, a niedawno dziewczynka z achondroplazją, która spędziła u nas prawie rok, wróciła do Iranu. Jesteśmy otwarci na pacjentów z każdego kraju, niezależnie od ich pochodzenia.

Jakie znaczenie dla pacjenta ma wczesna interwencja operacyjna?

T.A.: Wczesna interwencja pozwala na wykonanie jednego zabiegu u 2-latka zamiast pięciu operacji u 8-latka. Znacznie lepiej przebiega rekonwalescencja po interwencji chirurgicznej. Gdy takie dziecko idzie do przedszkola, jego rówieśnicy nawet nie zauważają, że urodziło się z ciężką wadą wrodzoną narządu ruchu, ponieważ w żaden sposób nie odbiega funkcjonalnie i ruchowo od innych dzieci w tym samym wieku.

J.M.D.: Nie boimy się wykonywania zabiegów u tak małych dzieci, mimo iż te operacje są znacznie trudniejsze, gdyż nerwy i naczynia są o wiele mniejsze. Dla nas te struktury nie są zagrożeniem, ale sprzymierzeńcem. Lubimy, gdy te tkanki nas „słuchają” — metody, w jakich preparujemy, sprawiają, że to nie one nami kierują, tylko my przejmujemy nad nimi kontrolę. Poszczególne ich warstwy uwidaczniają się stopniowo, ale aby do nich dotrzeć, musimy podczas operacji wykorzystywać techniki powiększające, jak lupy i mikroskop, które są bardzo ważnymi narzędziami w naszej pracy.

T.A.: Zabieg w tak złożonych wadach składa się z wielu obszarów działania, nie tylko ortopedii, ale również chirurgii dziecięcej czy naczyniowej. Przede wszystkim skupiamy się na tkankach miękkich (mięśniach, nerwach, naczyniach) i przy okazji naprawiamy kości. Zwracanie dużej uwagi na nerwy obwodowe i ich oddzielna preparacja powoduje, że pacjent po operacji ma znacznie mniejsze dolegliwości bólowe i szybciej przechodzi okres rekonwalescencji.

Dlaczego tak ważne są tkanki miękkie?

T.A.: Nie sztuką jest złamać kość, sztuką jest prawidłowo do niej dotrzeć, by było to jak najmniej traumatyczne. Dlatego należy wykonać to w interwałach międzymięśniowych oraz tak uwalniać nerwy, żeby jak najmniej uszkodzić anatomię pacjenta, by było jak najmniej uszkodzeń jatrogennych. Dzięki temu po operacji rana mniej krwawi, jest lepsze gojenie, lepsza siła mięśniowa.

J.M.D.: Czasami to jak najbardziej bezinwazyjne dojście do kości stanowi najdłuższą część zabiegu. Niekiedy zajmuje nawet połowę operacji. Drugą czynnością, która zajmuje najwięcej czasu podczas zabiegu, jest zamykanie powłok, czyli szycie. Posługujemy się szwami wchłanialnymi, kosmetycznymi, które samoistnie się rozpuszczają. Dlatego pacjent nie ma później zdejmowanych szwów, co często jest traumatycznym przeżyciem dla dziecka. Nasze zabiegi często trwają bardzo długo, ponieważ zwracamy szczególną uwagę na szycie. Nie sztuką jest zrobić to szybko i mechaniczne, ale trzeba myśleć o tym, by nie oszpecić pacjenta na całe życie. Często wykonujemy długie cięcia, bo tego wymaga zabieg, ale by blizna po zabiegu nie była zawstydzającym elementem ciała, należy dołożyć wszelkich starań, żeby była jak najmniej zauważalna, tym bardziej, że zostaje u pacjenta już na zawsze.

T.A.: Staramy się, by każdy proces leczenia był dla pacjenta jak najbardziej przyjazny i umożliwiał mu potem szybki powrót do zdrowia, dlatego zarówno dotarcie do kości, jak i szycie nie zajmuje 5 minut, tylko tak długo, by jak najmniej inwazyjnie te procesy przeprowadzić, mimo że sam zabieg jest bardzo inwazyjny.

Każda operacja i znieczulenie wiążą się z ryzykiem powikłań. Jak zabezpieczacie się państwo przed nimi?

J.M.D.: W procesie leczenia istnieją żółte flagi — sygnały, które alarmują, że dzieje się coś niepokojącego. To m.in.: temperatura, długotrwałe dolegliwości bólowe, wydłużone lub nieprawidłowe gojenie się rany, brak postępu gojenia w obrazie RTG. Wcześnie wykryte, pozwalają zapobiec powstawaniu powikłań, które są wyzwaniem dla wszystkich specjalistów. Naszym zadaniem jest przygotować cały zespół oraz pacjenta i jego opiekunów do odczytywania tych sygnałów. Zależy nam na tym, by żółte flagi nie stały się czerwonymi, które wymagają ponownej interwencji chirurgicznej.

T.A.: Po wyjściu do domu rodzice/opiekunowie codziennie raportują w elektronicznym Dzienniczku Pacjenta jego stan: jak wygląda rana, jak się pacjent czuje. Nie zostawiamy ich samym sobie, pozostajemy z nimi w kontakcie, by jak najszybciej reagować na niepokojące objawy. Oczywiście rodzice otrzymują wcześniej cały pakiet informacji, na co zwracać szczególną uwagę. Poza tym nasz zespół, szczególnie lekarze, wsłuchuje się w uwagi rodziców, bo to oni najlepiej znają swoje dziecko i spędzają z nim 24 godziny na dobę.

J.M.D.: Bardzo ważna jest ciągłość leczenia, to, jak szybko reagujemy na sygnały alarmujące, infekcje. Jak mówi dr Paley: „Jesteś tak dobry, na ile radzisz sobie z powikłaniami po swojej operacji”.

T.A.: Warto także wspomnieć o tym wszystkim, co dzieje się przed zabiegiem, a co jest bardzo pomocne. Mam na myśli „time out”, czyli krótkie podsumowanie tuż przed operacją, podczas którego cały uczestniczący w niej zespół przedstawia się i opowiada za co będzie odpowiedzialny w jej trakcie. Krótko omawiane są też uwagi dotyczące przebiegu operacji, stanu chorego, instrumentarium, profilaktycznej antybiotykoterapii i badań obrazowych pacjenta. Z naszego doświadczenia wynika, że znacząco zmniejsza to powstanie komplikacji i popełnienia błędów, które rzutują na powikłania pooperacyjne.

Wiemy, że ważna jest edukacja rodziców, a co z edukacją lekarzy czy studentów medycyny?

J.M.D.: Staramy się prowadzić edukację przed i po dyplomie — przy współpracy ze Szpitalem Medicover utworzyliśmy Studenckie Koło Naukowe Ortopedii Dziecięcej i Deformacji przy Warszawskim Uniwersytecie Medycznym oraz kształcimy rezydentów ortopedii i traumatologii. Uczymy studentów empatycznego podejścia i troski o pacjentów z aktualnym problemem życiowym, jakim jest uraz czy choroba przewlekła. Przede wszystkim uczymy tego, o czym powoli się zapomina, czyli prawidłowego badania i oceny klinicznej. W naszym ośrodku odbywają się również praktyki dla studentów fizjoterapii, a nasi terapeuci realizują szkolenia dla innych placówek w całej Polsce, aby leczenie, które zapoczątkujemy w instytucie, było z powodzeniem kontynuowane w rodzinnych okolicach naszych pacjentów.

T.A.: Dzięki wyjazdowi do ośrodka na Florydzie, który prowadzą dr Paley i dr Feldman, mogliśmy zdobyć unikatowe w skali świata doświadczenie. To transfer ponad 30-letniej wiedzy i praktyki amerykańskich lekarzy, specjalizujących się w leczeniu wrodzonych, rozwojowych i pourazowych schorzeń ortopedycznych, w szczególności niedorozwoju kończyn, zniekształceń i braku kości, artrogrypozy oraz deformacji kręgosłupa, który daje olbrzymią szansę pacjentom z Europy, Azji i Bliskiego Wschodu.

Dr Paley jest nie tylko wspaniałym chirurgiem, ale przede wszystkim niesamowitym dydaktykiem oraz autorem podręcznika „Principles of Deformity Correction”, swoistej „biblii” dla ortopedów dziecięcych, dającej podwaliny pod leczenie deformacji u dzieci. Uwielbia nauczać i pragnie pokazać światu to, co robi. Jest poliglotą, wykłada biegle w ośmiu językach.

Ten ortopeda trzydzieści lat życia spędził na rozpoznawaniu i pogrupowaniu wad wrodzonych narządu ruchu, jak hemimelia piszczelowa, strzałkowa, niedorozwój kości udowej czy wrodzony staw rzekomy kości piszczelowej etc. Stworzył kompletne podwaliny pod procesy leczenia — od rozpoznania, sklasyfikowania i oceny nasilenia spektrum tych wad, po ich leczenie, w którym każdy typ i podtyp ma swój indywidualny protokół. To nie jest tak, że jest jedna operacja na hemimelię — tych zabiegów jest dwadzieścia.

J.M.D.: Dr Paley przekazuje wiedzę także kolejnym lekarzom rezydującym w naszym instytucie. Już na studiach mogą stać obok niego przy stole operacyjnym i patrzeć na jego ruchy, poznawać cenny warsztat pracy i praktyki zawodowej. Dr Paley jest bardzo otwarty na taką współpracę i nie tworzy barier, traktuje rezydenta czy studenta jak równego sobie. Nie patrzy na tytuł przed nazwiskiem, tylko na chęci do rozwoju, motywację i pragnienie zgłębienia danej rzeczy.

Jaką rolę w karierze zawodowej, ale także w panów prywatnym życiu, odegrał staż zagraniczny?

J.M.D.: Gdy pojawiła się okazja wyjechania na staż do Paley Orthopedic & Spine Institute na Florydzie, nie mieliśmy żadnych wątpliwości. Wraz z innymi lekarzami z różnych zakątków świata rozpoczęliśmy tam staż. Kluczem do sukcesu była nasza polska pracowitość, ponieważ rozpoczęliśmy samodzielne prace nad zbieraniem dokumentów medycznych, które miały posłużyć nam do oceny dorobku dr. Drora Paleya. Doktor o nas usłyszał, zaprosił na rozmowę i od tego czasu budowaliśmy relację, która wpłynęła na utworzenie filii Paley Institute w Warszawie. Dzięki osobistemu zaangażowaniu, wytrwałości i odwadze możemy tworzyć ośrodek na miarę potrzeb naszych pacjentów.

T.A.: To była najlepsza decyzja. Zdobyliśmy cenne doświadczenie i wiedzę, która pomogła nam stworzyć na własnych zasadach miejsce, w którym pacjent czuje się bezpieczny i w pełni zaopiekowany. To właśnie tu umacniamy rolę pacjenta w całym procesie leczenia i opiece medycznej.

J.M.D.: Ten program nigdy by nie powstał, gdyby nie zaangażowanie i ciężka praca wielu osób w Polsce. Chciałbym podkreślić ogromny udział Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie, która nadzoruje cały proces uznania kwalifikacji zespołu amerykańskiego, okazjonalnie wykonującego zabiegi w naszym ośrodku. Było to również możliwe dzięki dyrekcji Szpitala Medicover i Rehasport, którzy uwierzyli w nasz plan i pomogli zrealizować marzenie. Nie tylko nasze, ale także tych wszystkich rodzin, które od wielu lat musiały wyjeżdżać na leczenie do Stanów Zjednoczonych.

T.A.: Nasze leczenie operacyjne nie byłoby możliwe, gdyby nie ciężka praca zespołu anestezjologicznego. Szczególne podziękowania należą się dr. Andrzejowi Byszewskiemu, który skoordynował całą opiekę anestezjologiczną, aby zarówno zespół chirurgiczny, jak i sami pacjenci czuli się bezpieczni i byli pod najlepszą opieką. Ogromny był również wkład dr Zofii Patyny-Giżejowskiej oraz dr Eweliny Pirsztuk, których zespół stoi na straży bezpieczeństwa, opieki pooperacyjnej i przeciwbólowej małych pacjentów.

Wiele panowie mówią o unikatowych zabiegach. Czy to właśnie wyróżnia choroby rzadkie?

J.M.D.: W naszej praktyce lekarskiej zarówno w Polsce, jak i na Florydzie spotkaliśmy setki przypadków medycznych pacjentów zmagających się ze schorzeniami, które występują 1 na 10 tysięcy czy nawet 1 milion urodzeń. Unikatowym zabiegiem była np. operacja kobiety z dyzostozą przynasadową typu Jansena. To niezwykle rzadka choroba genetyczna, którą zdiagnozowano tylko u kilku osób na świecie. Nawet dr Paley nie leczył wcześniej aż tak zaawansowanej deformacji.

Pacjentka miała wielopłaszczyznową deformację kości udowej oraz ponad 90-stopniowe wygięcie w każdym stawie: biodrowym, kolanowym i skokowym. Razem z dr. Paleyem opracowaliśmy pionierski plan wyprostowania tej kończyny. W trakcie operacji dokonaliśmy złamania trzech kości, a następnie ustabilizowania ich fragmentów w taki sposób, aby kształt kończyny był odpowiedni. Na wyprostowane kości zostały założone specjalne śruby oraz implanty, które pomogły kościom się zrosnąć. Sama operacja trwała 14 godzin.

T.A.: To tylko jeden z wielu przykładów, z jakimi mierzymy się każdego dnia. Pragniemy odczarować hasło „choroby rzadkie”, tak by dla lekarza, który się nimi zajmuje, było ono częste. Wielu lekarzy naszej specjalizacji, którzy rzeczywiście konsultują, może przez całe swoje życie zawodowe nie zobaczyć pacjenta z taką właśnie wadą. Ponieważ nasz ośrodek jest nastawiony na poszukiwanie i leczenie pacjentów z tak rzadkimi wadami, my dziennie widzimy ich po kilka, kilkanaście. Wszystko to przekłada się na leczenie na sali operacyjnej. Dzięki temu, że nasze działania są powtarzalne, nieprzypadkowe, są dla nas tak naturalne, jakbyśmy leczyli złamanie obojczyka czy kości nadgarstka. W naszym instytucie czujemy, że rzadkie wady wrodzone są dla nas częste, bo spotykamy je w naszej praktyce prawie każdego dnia.

Jakie jeszcze zabiegi są tu wykonywane?

T.A.: Jako polski zespół lekarzy uczący się od dr. Paleya, większość zabiegów wykonujemy samodzielnie. Są to np. unikatowe zabiegi z wrodzonego stawu rzekomego kości piszczelowej. W tej chorobie dziecko rodzi się ze złamaną kością piszczelową. Przechodzi ono kilka, czasem kilkanaście operacji w trakcie swojego życia, by na jakiś czas tę kość wygoić, lecz prędzej czy później ona znów się łamie. W Paley European Institute wykonujemy tylko jeden zabieg na całe życie, gdy pacjent ma ok. 16-18 miesięcy i dorastając dochodzi do pełnej sprawności.

J.M.D.: Dużą część naszej praktyki stanowią przypadki pacjentów dorosłych, których kości kończyn w wyniku dramatów życiowych, jak wypadek, uraz czy zakażenie są zagrożone amputacją. Wykonujemy także wszystkie zabiegi związane z wydłużaniem kości, transportem kostnym, technikami cross-union w stawie rzekomym. Stosujemy te techniki w kończynach zagrożonych amputacją, by do niej nie doszło. Wykonujemy takie operacje nie tylko u dzieci, ale również u dorosłych. Dodatkowo od czerwca chcemy rozpocząć program leczenia pacjentów po amputacji, wykorzystując osseointegrację. Eliminuje ona potrzebę wykonywania leja protezy i zwiększa funkcję pacjentów po amputacji.

T.A.: Wprowadzeniem tych zabiegów chcieliśmy rozpocząć nowy rok, jednak z powodu pandemii nasze działania zostały nieco opóźnione.

Źródło: Puls Medycyny

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.