Komercja w białą niedzielę

  • Ekspert dla "Pulsu Medycyny"
18-12-2002, 00:00
Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
,Białe niedziele" to wymysł PRL-u. Były one odpowiednikiem bardzo popularnych wówczas czynów społecznych. Na tle innych tego typu aktywności (,odwalili kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty") ten pomysł prezentował się całkiem nieźle. Zwłaszcza z punktu widzenia pacjentów, którzy w tygodniu nie mogli dostać się do doktora. Moda na dodatkowe godziny pracy społecznej przychodni i szpitali panowała przede wszystkim w latach 70. W kolejnej dekadzie, głównie wskutek braku motywacji potencjalnych organizatorów, inicjatywa upadła. Jej nieoczekiwane wskrzeszenie nastąpiło przed paroma laty.
Nowe wcielenie starego pomysłu na pierwszy rzut oka prezentuje się niezwykle atrakcyjnie. Wychodzi bowiem naprzeciw oczekiwaniom potężnej grupy ludzi, którzy dowiedziawszy się z mediów i od znajomych na temat wielu groźnych choróbsk, chcą się przebadać. Pojedyncze akcje nigdy nie będą w stanie zastąpić programów profilaktyki adresowanych do wszystkich z danej grupy ryzyka. Ale jeśli najwyższej klasy specjaliści zapraszają na trudno dostępne badania, które bezpłatnie będą wykonywane w przyzwoitych warunkach wielkich centrów medycznych lub akademickich klinik, nie pozostaje nic innego, jak tylko pogratulować cennej inicjatywy.
Bywa niestety, a zdarza się tak coraz częściej, że u podstaw organizacji tego ,białego dnia" leży nie uratowanie czyjegoś zdrowia lub życia, a zwykłe cwaniactwo. To zresztą jedno z najelegantszych określeń spośród tych, jakie przychodzą mi do głowy, gdy dowiaduję się o diagnostach oferujących swe usługi w namiotach, przyczepach kempingowych lub nawet wprost na świeżym powietrzu za kotarą. Buchająca z głośników muzyka disco polo oraz kiełbaski z grilla serwowane z zimnym piwem idealnie pasują do atmosfery radosnego pikniku.
Wielkie zainteresowanie bezpłatnymi badaniami to w znacznej mierze skutek dobrej reklamy. Z reguły jest ona także bezpłatna, gdyż lokalne gazety i stacje telewizyjne ochoczo informują o tego typu akcjach. Bo tak po prostu wypada. A jeśli organizator ma na dodatek układy w urzędzie miasta, gminy, kasie chorych lub firmie farmaceutycznej, to za pozyskane środki jest w stanie wynagrodzić specjalistom trudy pracy w godzinach nadliczbowych.
I tylko diagnozy brzmią złowieszczo. Bo gdy komuś wykrywa się guzki tarczycy albo torbiel nerki to brzmi to, przyznać trzeba, poważnie. Zdiagnozowany pacjent w mig przeistacza się w chorego, który karnie podporządkowuje się zaleceniom swego ,dobroczyńcy". W kilka dni później zestresowany idzie do lekarza pierwszego kontaktu i żąda wykonania zaleconych przez specjalistę badań, a w wyznaczonym terminie stawia się na kontrolę w gabinecie pana doktora, docenta lub profesora. Gabinecie, rzecz jasna prywatnym, bo kasa chorych wyczerpała limit.
Wysyp podobnych imprez obserwowaliśmy przed październikowymi wyborami samorządowymi. Badania lekarskie były przygrywką do prezentacji kandydatów. To poniekąd także dowodzi, że w białą niedzielę ktoś kogoś chciał zrobić na szaro.




Źródło: Puls Medycyny

Podpis: lek. Sławomir Badurek

Najważniejsze dzisiaj
Tematy
Puls Medycyny
Opinie / Komercja w białą niedzielę
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.