Kasa nokautuje lekarzy

stankiewicz@hipokrates.org
opublikowano: 04-10-2017, 00:00

Jeszcze u schyłku minionego stulecia marzeniem, dumą i ambicją wielu absolwentów wydziałów lekarskich była kariera chirurga, ginekologa lub internisty. Lekarki wspaniale sobie radziły w pediatrii, którą wówczas zawładnęły niemal bez reszty. Na mniej wymagających czekała radiologia i dermatologia.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Paradoksalnie zresztą te cztery kluczowe dziedziny medycyny zapewniły naszym rodakom bezpieczeństwo zdrowotne. Wybrańców prawdziwej medycyny nie obrzucano może złotym runem, ale na brak prestiżu, szacunku i wdzięczności pacjentów narzekać nie mogli. A że żyli w mroku socjalistycznej szczęśliwości, to i wdzięczność pacjentów, wyrażana pętem kiełbasy spod lady czy możliwością nabycia pralki automatycznej poza kolejką, była dość osobliwa. 

Tylko że wtedy lekarza odwiedzało się w przypadku choroby, a nie, jak dziś, gdy pacjent chce się przekonać, że naprawdę nic mu nie grozi. Lekarzy było więcej, a chorych mniej. Więcej, bo praca polskich lekarzy za granicą była koncesjonowana przez reżim. A ci, którym udało się wyjechać do pracy w Afryce, musieli z ludową ojczyzną podzielić się zarobkami grubo więcej niż po połowie. Chorych było mniej, ponieważ żyli krócej i krócej ich leczono. Bo niby czym? Nowotwory, marskość wątroby, choroby płuc i zawały serca były raczej wyrokiem niż rozpoznaniem. 

Było — minęło. Kiedy jednak po Jesieni Ludów 1989 na nagie haki w sklepach mięsnych nadziano tony wykwintnych i niedrogich wędlin, a w pralkach można było w supermarketach przebierać jak w ulęgałkach, wdzięczność naszych rodaków zwolna zaczęła zmieniać się w roszczeniowość, zazdrość i bezinteresowną zawiść. Chęć zaglądania do lekarskich garaży owładnęła nie tylko bulwarowe media, ale serca i umysły zwykłych ludzi. 

Siłą rzeczy lekarze cofnęli się do defensywy. Systematycznie zaczęło spadać zainteresowanie młodzieży lekarskiej chirurgią, ginekologią czy pediatrią, a więc esencją medycyny i specjalnościami, którymi w zasadzie należałoby oddać się bez reszty. Za sprawą przełomowych odkryć w farmakologii i rozwoju technik obrazowania narządów wróciły do łask poniewierane niegdyś radiologia i dermatologia. Furorę zrobiła mało znana niegdyś alergologia. A medycyna rodzinna pobiła wszelkie rekordy. Kursy medycyny estetycznej, której nigdy nie uznano za lekarska specjalność, przeżywają wciąż prawdziwe oblężenie. Prywatną praktykę, praktycznie bez ograniczeń czasowych i prawnych, może uprawiać każdy lekarz. Kasa znokautowała więc medycynę.

Czy zatem najmłodszemu pokoleniu lekarzy brakuje motywacji do codziennego lekarskiego znoju, który, jak niegdyś, nie zna dnia ani godziny? Czy wytworne auto, wakacje na Sardynii i narty w Alpach to nowy symbol lekarskiego prestiżu? Dziś młodzi szepczą między sobą, że rozpocząć specjalizację z ginekologii i położnictwa to tak, jakby zapisać się w kolejce na przesłuchanie do prokuratora. A chore dzieci po północy to niech sobie badają starsze lekarki przed emeryturą. Żaden młody lekarz nie przypłacił dyżuru zgonem ze zmęczenia, a starszy już nieraz.

Nie ma jednej odpowiedzi na te dylematy. Wiedza teoretyczna w medycynie to istotnie podstawa, ale pewność w podejmowaniu trudnych decyzji daje dopiero wieloletnia praktyka, doświadczenie i szacunek dla pracy zespołowej. Niestety, problemów i barier, wpływających na tempo i skuteczność doskonalenia zawodowego, nie brakuje. Od co najmniej dwudziestu lat wśród dyrektorów szpitali zapanowała niepisana zmowa, że ustawiczne kształcenie i rozwój zawodowy jest prywatnym zmartwieniem każdego medyka. Na kursy, szkolenia, sympozja, konferencje, zjazdy wymagane do specjalizacji lekarz ma sobie sam zarobić, chyba że... 

Jest tajemnicą poliszynela, że w zamian za uprzejmości i życzliwość, przemysł lekowy i sprzętowy przychodzi w sukurs lekarzom raczej starszym i bardziej wpływowym. A młodzieży zapatrzonej w swych mistrzów, funduje się kolejną lekcję w zawodowej szkole życia.

Nie ma gorszej rzeczy dla szpitala niż frustracja lekarzy i brak zaufania do dyrekcji. Wszystko się wtedy rozłazi. Opinia o wątpliwych menedżerach z politycznego nadania, którzy obwieszają swoje gabinety dyplomami uznania diabli wiedzą za co, niesie się wśród lekarskiej młodzieży, gdy kalkuluje, jaką specjalizację wybrać.

Kiedy mamy się uczyć, irytują się młodzi rezydenci. Kierownik specjalizacji, a więc z reguły ordynator oddziału, któremu nikt nie ma zamiaru nawet symbolicznie zapłacić lub podziękować za kształcenie następców, niechętnie zezwala lekarzowi na staż specjalizacyjny w systemie modułowym. Zawsze znajdzie się argument, że ordynator potrzebuje lekarza na swoim oddziale. Zwłaszcza w terenie, gdzie miesięczna absencja jednego lekarza zamienia oddziałowy grafik dyżurów w ruinę. 

Dlaczego młodzi lekarze stronią dziś od skalpela i sal operacyjnych? Czy młodych lekarek nie fascynuje już nowoczesna neonatologia? Dlaczego to pokolenie nie ma zamiaru spędzić połowy swego życia w szpitalach? Bo mając na karku 30 lat i dwoje dzieci, zarabiają na rezydenturze w porywach 2,5 tys. zł, czyli często tyle, ile trzeba zapłacić niani za opiekę nad swoimi pociechami. Czasem pomaga babcia, jeśli sama nie wymaga pomocy. Oczywiście młodzi dorabiają, najczęściej w nocnej i świątecznej opiece zdrowotnej, zapewniając lekarzom rodzinnym spokojne wieczory i weekendy. Najbardziej zdesperowani są bramkarzami w dyskotekach i nocnych klubach.

„Każde pokolenie ma własny głos, każde pokolenie chce wierzyć w coś, każde pokolenie rozwieje się. A nasze — nie” — wyśpiewał Grzegorz Skawiński z zespołem Kombi. Moje również najbardziej wściekało się na lekceważenie, obśmiewanie, gruboskórność i zadufanie zawodowej starszyzny. Chyba niewiele się zmieniło.

 

 

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: stankiewicz@hipokrates.org

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.