Jasiek Mela: mam szczęście do ludzi

Rozmawiała Monika Wysocka
21-10-2009, 00:00

Zdobywca dwóch biegunów, szczytów Kilimandżaro i Elbrus w zeszłym roku założył Fundację "Poza Horyzonty". Pulsowi Medycyny mówi, że chce pomagać młodym ludziom, którym - tak jak kiedyś jemu - nagle zawalił się świat.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Od pierwszej wyprawy z Markiem Kamińskim - na Biegun Północny, tuż po wypadku, w którym straciłeś rękę i nogę, minęło pięć lat. Co działo się przez ten czas w twoim życiu

Oj, działo się strasznie dużo! Przygotowując się do wyprawy na biegun miałem 15 lat, byłem jeszcze w gimnazjum. Potem skończyłem liceum w Malborku, skąd pochodzę, i poszedłem na studia. Przez rok studiowałem reżyserię w Łodzi, przez następny rok psychologię w Sopocie. To były cenne doświadczenia, ale okazało się, że nie to chcę robić w życiu. Szukam więc dalej. Od trzech miesięcy mieszkam w Krakowie. Cały ten czas robię sporo dla siebie: bawię się fotografią, podróżuję autostopem. Jednak najważniejszym przedsięwzięciem w moim życiu było założenie pod koniec zeszłego roku fundacji.

Udało ci się pozyskać do współpracy z fundacją wiele ciekawych osób. Jak ty to robisz?

Poznałem ich "po drodze". Otaczam się dość szalonymi ludźmi, którzy mają równie szalonych znajomych i jedni drugich nakręcają. Sam nie dałbym rady nic zrobić. W tym gronie nie ma rzeczy niemożliwych, więc gdy wpadają nam do głowy pomysły - na pierwszy rzut oka niemożliwe do zrealizowania - wkrótce okazuje się, że one nie przepadają gdzieś w sferze niezrealizowanych marzeń, lecz często udaje się je zmaterializować.
Właśnie razem z tymi ludźmi doszliśmy do wniosku, że chcemy pomagać osobom niepełnosprawnym, po wypadkach, dzieciakom zagrożonym wykluczeniem społecznym. W niektórych przypadkach chodzi o konkretną pomoc finansową. Pierwszym takim przedsięwzięciem było ufundowanie protezy dla ośmioletniego Witka, który stracił stopę w wypadku tramwajowym. Pieniądze uzbieraliśmy podczas zorganizowanych przez nas marcowych Mistrzostw Polski w Narciarstwie Alpejskim Fundacji i Stowarzyszeń.
Ale często ta pomoc przybiera inną formę. Na przykład w sierpniu zorganizowaliśmy integracyjną imprezę wspinaczkową na kaukaski Elbrus. Udało nam się wejść na ten szczyt m.in. z niewidomym Łukaszem i Piotrem, który stracił płuco w wyniku choroby nowotworowej. Zrobiliśmy to, by pokazać, że możliwe jest przekraczanie horyzontów.

Ekstremalna wyprawa w góry to nie jest pomysł dla każdego...

Właśnie. Dlatego robimy też wiele mniejszych, ale nie mniej istotnych rzeczy. Niepełnosprawnym, którzy się do nas zgłaszają, oferujemy pomoc prawną i psychologiczną. Ludzie po wypadkach często nie wiedzą, co dalej robić, nie mają pojęcia, do czego mają prawo, jak się ubiegać o niezbędną pomoc. Niektórzy po prostu potrzebują, by ktoś ich wysłuchał, doradził. Staramy się więc i taką działalność prowadzić.
Jednym z naszych większych projektów jest stworzenie ogólnopolskiego programu protezowania. Chodzi o to, by ułatwić osobom po wypadkach zdobycie dofinansowania na protezy. Z Narodowego Funduszu Zdrowia pacjent dostaje 1800 zł, podczas gdy proteza kosztuje 20, 30, 50 tys. zł. Nadal współpracujemy ze Skandynawskim Laboratorium Ortopedycznym (SOL), które ufundowało mi protezy, gdy szedłem na biegun z Markiem Kamińskim.

Pisaliśmy o tym w Pulsie Medycyny nr 21/2004, ale przypomnijmy, jak to było. Miałeś w swoim nieszczęściu sporo szczęścia. Jak udało ci się przekonać firmę do sfinansowania protez?

Tuż po wypadku została wykonana dla mnie proteza tymczasowa, bardzo prowizoryczna, zaczęliśmy więc z tatą poszukiwania bardziej profesjonalnej, szczególnie że wtedy już szykowała się wyprawa. Ciocia powiedziała nam, że w Warszawie raz w tygodniu bywa przedstawiciel firmy produkującej bardzo dobre protezy. Wybraliśmy się do niego i podczas rozmowy tata zapytał, czy ich proteza zniosłaby ekstremalne zimno. To go zaintrygowało, a kiedy tata opowiedział mu o pomyśle wyprawy, obiecał, że pomyśli, co mogliby zrobić. Odezwali się kilka dni później z propozycją współpracy, bardzo dla mnie korzystnej, bo nieodpłatnie dostałem od nich protezę nogi. Mam ją do dziś.

Nie wymagała wymiany?

Taka proteza bazuje na różnych podelementach. Składa się ze stopy, elementów modularnych, które można wydłużać i leja, w którym osadzona jest noga. Można więc wymieniać tylko poszczególne elementy. Teraz właśnie potrzebna jest mi nowa stopa, bo ta, którą mam, wykonana z włókna węglowego, już się zużyła. Chcielibyśmy stworzyć program protezowania właśnie z SOL-em. Poza tym przekazali mi także specjalną protezę biegową.
Ja mam ogromnie dużo szczęścia do ludzi, także do lekarzy. Ten, który opiekował się mną po wypadku, swoimi słusznymi decyzjami uratował mi życie. A potem okazało się, że jego żona zna się z moją mamą. Można powiedzieć, że zostaliśmy znajomymi.

Co twoim zdaniem jest najważniejsze dla ludzi, którzy ulegają wypadkom i w jednej chwili ich życie się zmienia?

Uważam, że najbardziej potrzebna jest im informacja o tym, co mają dalej robić. Kiedy psuje się samochód, otwieramy gazetę i szukamy warsztatu lub nowego auta, a gdy ktoś traci rękę czy nogę, skąd ma niby wiedzieć, co robić? Nie tak łatwo dotrzeć do katalogu protez. Sam przyznaję, że byłoby mi dużo łatwiej, gdybym po wypadku miał kogoś, kto powiedziałby mi co, gdzie i jak. W niektórych państwach wprowadzono rozwiązania systemowe, w ramach których człowiek po wypadku dostaje swojego opiekuna - osobę, która prowadzi go za rękę, informuje, doradza gdzie zrobić badania, gdzie iść na rehabilitację, jak starać się o dobrą protezę.

Skupiacie się na pomocy tylko osobom niepełnosprawnym fizycznie?

Niepełnosprawność fizyczna to nasza domena - od tego się zaczęło, bo sam tego doświadczyłem i wiem, że niewiele jest organizacji, które pomagają osobom po amputacjach. Z myślą o takich osobach założyliśmy team biegowy, który funkcjonuje w barwach fundacji pod wodzą niezwykle doświadczonego biegacza Jacka Pawlikowskiego. Są tam dwie niewidome osoby. W listopadzie wybieramy się do Nowego Jorku na maraton.
Ale nie chcielibyśmy zawężać naszej działalności tylko do tego. Wręcz przeciwnie - chcemy oderwać się od tego wizerunku. Zamierzamy dotrzeć do dzieciaków z rodzin dysfunkcyjnych, wykluczonych społecznie. To też w pewnym sensie niepełnosprawność, choć nie zawsze fizyczna. Chcemy organizować dla nich wyjazdy w góry, bo dla takich dzieci to mogą być wyprawy życia. Dzięki uprzejmości cudownych ludzi - Ewy i Jacka Budzowskich, artystów ceramików, mamy swoją siedzibę w Lanckoronie, w ich galerii, gdzie możemy organizować warsztaty artystyczne, ceramiczne, fotograficzne. To wszystko bardzo mi się podoba, czuję, że kocham to, co robię z ludźmi, którzy zarażają mnie swoim optymizmem i inspirują.


Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Rozmawiała Monika Wysocka

Najważniejsze dzisiaj
Puls Medycyny
Inne / Jasiek Mela: mam szczęście do ludzi
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.