Jak lekarz został cukiernikiem

Ewa Stępień, Lublin
opublikowano: 25-10-2006, 00:00

Na swoje uroczystości mniej i bardziej oficjalne lekarze zamawiają Williamsa. Aby podziękować lekarzom, pacjenci też zamawiają Willamsa. To nazwa słynnego tortu receptury i wypieku Andrzeja Ochala, lekarza z Jastkowa pod Lublinem.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Absolwent lubelskiej Akademii Medycznej z 1982 roku. Ma II stopień specjalizacji z medycyny ogólnej. Przez siedem lat pracował w przychodni w Jastkowie. W życiorysie ma też pracę w pogotowiu ratunkowym oraz przyjęcia w gabinecie prywatnym. Nigdy nie zrezygnował z wyuczonego zawodu, który coraz rzadziej, ale jednak wykonuje do dziś. Zostawił sobie wizyty domowe na wezwania.
Medycyna czy cukiernictwo? - taka myśl krąży mu po głowie już od dobrych kilku lat. Szala przechyla się na rzecz tego drugiego. Medycyna nigdy nie była dziedziną, z której utrzymywał rodzinę. Żył z pomysłów, które ot tak przychodziły do głowy. Nieustannie podkreśla, że motorem do podejmowania nowych wyzwań, oprócz dziwacznego charakteru, jest autystyczna córka Agnieszka. "Chcę, muszę zapewnić jej byt finansowy po mojej i żony śmierci - podkreśla. - A medycyna? No cóż, czy można z pensji wiejskiego lekarza spłacić kredyty?".
Od ukończenia studiów medycznych zdobył kilka różnych zawodów, zachowując jednocześnie uprawnienia do wykonywania zawodu lekarza. Ma dyplom rolnika. Pod folią uprawiał ogórki i pomidory. Sprzedawał je na giełdzie hurtowej. Na przełomie 1989/90 roku zaczął sprowadzać banany. "Dobrze szło - opowiada A. Ochal. - Sprzedawałem do kilkunastu ton bananów dziennie. Tak było przez 2-3 lata".
"Nadwyżki finansowe wpakowałem w giełdę - wspomina tamte czasy. - Nie wiedziałem, jak rozsądnie inwestować, więc poszedłem na kurs dla maklerów i zdałem egzamin państwowy. Potem zatrudniłem się w banku, gdzie już na stażu dostałem dużo więcej niż w przychodni".
Na uroczystości rodzinne u Andrzeja Ochala zawsze zamawiało się torty. Na początku w cukierni. Ale kiedyś sąsiadka powiedziała: po co zamawiać, ja wam upiekę. Upiekła raz, drugi, trzeci. A piekła pyszne torty, więc postanowił też sam spróbować. Przeczytał mnóstwo książek kucharskich. Był na kursach specjalistycznych. Uczył się. Eksperymentował. ?Powoli zaczęła świtać myśl o zmianie zawodu - mówi teraz. - Zrezygnowałem z pracy w banku. Postawiłem dom. Półtora roku temu cukiernię. Prawdę mówiąc, siedzimy w domu jak w... banku, bo prawie wszystko jest z kredytu".
Większość klientów o tortach dowiaduje się z poczty pantoflowej. "Nie mam sklepu. Dowożę zamówienia do domów klientów. Ciasta bierze ode mnie także kilka lubelskich kawiarni" - podkreśla A. Ochal.
Receptury są jego autorstwa. W ofercie ma osiem rodzajów ciastek oraz jedenaście rodzajów tortów. Popisowym i najbardziej popularnym jest tort Williams.
Williamsa zamawiają na wesela, chrzciny, uroczystości oficjalne i mniej oficjalne. "Znają mnie lekarze ze szpitali w Lublinie. To bardzo duża grupa moich klientów - chwali się Andrzej Ochal. - Sporo jest pacjentów, którzy dziękując za leczenie też zamawiają torty. Zamiast kwiatów - Williams".

Mistrz opisuje Williamsa
Specjalnie dla czytelników Pulsu Medycyny Andrzej Ochal podaje (bez szczegółów, niestety) przepis na tort nazwany Williamsem:
Na spodzie jest warstwa ciasta. Coś pośredniego między biszkoptem a bezą. Chrupkości dodają migdały i prażone orzechy laskowe. Na to cienka warstwa musu waniliowego. Potem gruszka pokrojona w kostkę, a na to warstwa musu z czekolady. Tort jest delikatny w smaku. W wyglądzie skromny, ale elegancki. Kolorystyka w odcieniach brązu.


Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Ewa Stępień, Lublin

× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.