Izba lekarskich marzeń [FELIETON Marka Stankiewicza]

opublikowano: 19-05-2022, 10:46

Lekarska młodzież szerokim frontem i bez kompleksów sięgnęła po władzę w naczelnych organach izby lekarskiej. Doktorant z przytupem odprawił profesora z fotela prezesa NRL.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Na zdjęciu Marek Stankiewicz
Archiwum

Doktorant z przytupem odprawił profesora z fotela prezesa NRL. Chociaż panowie Andrzej Matyja i Łukasz Jankowski od dawna mówią sobie po imieniu, to ich rywalizacja zakończyła się konfrontacją lekarskich pokoleń. Krajowy Zjazd Lekarzy pękł. Może nie na pół, ale dostatecznie wyraźnie.

Ambitni trzydziestolatkowie w Naczelnej Radzie Lekarskiej. Chcą słuchać środowiska i działać

Naczelna Rada Lekarska została w większości misternie utkana przez ambitnych trzydziestolatków ku radości tysięcy lekarzy, rozpoczynających swoją przygodę z medycyną. Wybory, o których piszę, to rekrutacja do służby publicznej i jako taka podlega pewnym regułom, przed wszystkim czytelności kryteriów powołania, opisanym zresztą w Konstytucji RP. Tymczasem merytorykę zastąpiła matematyka. Ale życie toczy się dalej i niech wnioski wyciągną ci, co postanowili zabawić się zapałkami.

Facebook i Twitter to teraz ich ulubione narzędzia komunikacji. Niestety, na forach internetowych nie zawsze euforii i gratulacjom towarzyszył szacunek dla ustępującego starszego koleżeństwa. Podobno nikt nie ma powodu, aby czuć się wykluczonym, ale już najbliższe miesiące udowodnią szczerość tych deklaracji. Oby tylko młodzi i starsi nie powielili strategii wojenki polsko-polskiej, która nam wszystkim daje się we znaki.

Z nowego prezesa NRL wprost kipi mocne ego lidera, niesionego poparciem młodzieży lekarskiej, której marzy się samorząd odmieniony, skupiony na wyzwaniach przyszłości, a nie przestawiania starych mebli z kąta w kąt. Sprawdzonym kluczem do tego ma być pilne słuchanie, zaangażowanie i skuteczne działanie. Ta prosta z pozoru strategia ma przynieść wsparcie dla członków samorządu oraz wpływ na opinię publiczną i decydentów. Dr Łukasz Jankowski dostrzega w lekarskiej centrali ogromny potencjał do realizacji systemu no-fault, wzmocnienia pionu odpowiedzialności zawodowej, wizerunku lekarza i prestiżu zawodu oraz stworzenia poczucia wspólnoty i pewności, że lekarz jest członkiem dobrze funkcjonującego samorządu, na który zawsze może liczyć.

Trzynastego w piątek nowe otwarcie w samorządzie lekarskim. Data przyniesie pecha czy szczęście?

Młodość, entuzjazm i wiara we własne siły zawsze zwiastuje nadzieję na pożądane i oczekiwane zmiany. Któż bowiem inny niż trzydziestolatkowie byli niegdyś liderami przełomu solidarnościowego, który pogrążył reżim komunistyczny. Tyle tylko, że te bojowe przymioty, dopiero okraszone roztropnością, odpowiedzialnością i przenikliwością ,gwarantują dalekowzroczny sukces. Miejmy nadzieję, że nowy establishment lekarzy i lekarzy dentystów dziarsko rozpozna pola minowe i skutecznie je rozbroi.

Każda epoka się kiedyś kończy. Trzynastego maja, w piątek, prezes Jankowski zainaugurował nowe stulecie izb lekarskich. Oby szczęśliwy horoskop towarzyszył mu i prostował wyboiste drogi, bo medycyna nie znosi próżni. Pokory nie da się koncesjonować, musi być udziałem wszystkich. Najwyższy czas, aby wasalizację zawodów lekarskich zastąpić świadomym partnerstwem, od dawna utrwalonym w zachodnich modelach szpitalnych. Pycha zawsze jest złym doradcą, a frustracja jeszcze gorszym.

Samorząd lekarski to nie związek zawodowy ani bastion zawodowej dumy, dorobkiewiczostwa i nieomylności. To władza sprawowana w interesie publicznym i dla jego ochrony. Pieniądze w medycynie same płyną do lekarzy dopiero po latach wytrwałej pracy i służbie ludziom. Prestiżu nie zdobywa się w żadnym głosowaniu. Niezbędny jest talent i boża iskra, którą obdarzeni są nieliczni. Dyplom lekarza jest przepustką do tego świata, a nie gwarancją zawrotnej kariery nazajutrz po jego uzyskaniu. Każdy lekarz sympatycznym atramentem kreśli pamiętnik swojego życia, z którego na bieżąco lub w następnych pokoleniach, czerpie nieustanną wdzięczność za służbę ludziom, zamiast oglądania się na zmieniającą się co chwilę władzę.

Politykierstwo pasuje do ochrony zdrowia jak kwiatek do kożucha

Starszyzna lekarska, a szczególnie jej generalicja od lat doskonale sobie radzi bez samorządu. Często nawet zapominają o uiszczeniu składki, nie mówiąc o angażowaniu się w realizację bieżących zadań izbowych. Zresztą nad obowiązkową przynależnością lekarzy do samorządu zawisł znów miecz Damoklesa i tylko od krewkich polityków zależy, czy pion odpowiedzialności zawodowej, jak za komuny, nie zostanie podporządkowany instytucjom centralnym.

Wybory parlamentarne już niebawem, a wraz z nimi tradycyjny wysyp pomysłów na reformy i kolejne próby przykręcenia śruby krnąbrnemu środowisku lekarskiemu. Dziś na celowniku są prawnicy i palestra, jutro być może znajdą się medycy. Polityka, w przeciwieństwie do medycyny, nigdy nie opierała się na moralnych fundamentach. A co więcej, raz za razem rozmija się z logiką i dobrodziejstwem nauki i postępu.

Politykierstwo, w kontekście działania obliczonego na łatwy poklask czy naciągania czegoś w celu udowodnienia jakiejś tezy, pasuje do ochrony zdrowia jak kwiatek do kożucha. To nic więcej ponad efekciarstwo, kuglarstwo i tromtadrację. Aby tylko dopchać się przed kamerę telewizyjną z wzniosłymi hasłami pozbawionych treści. Do medycznej posługi trzeba dojrzeć. Ale i entuzjazm zapaleńców też się wypala. Polska ochrona zdrowia kona. Służba zdrowia – niezależnie od tego, która partia jest akurat przy władzy – wciąż pozostaje li tylko rządowym popychadłem i ubogim krewnym, a takiemu pozostawia się co najwyżej resztki z pańskiego stołu.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Prezes Jankowski dla "Pulsu Medycyny": jestem kandydatem kompromisu

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Marek Stankiewicz

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.