Fundusz niepopularnych decyzji

Ewa Szarkowska
13-07-2005, 00:00

"Wiem, że ludzkiego zdrowia i życia nie można przeliczać na złotówki, ale w ochronie zdrowia wciąż za mało mają do powiedzenia ekonomiści znający realia finansowe. Co z tego, że szpital ma dobrą aparaturę, jeśli ona stoi i nie pracuje? Co z tego, że nawet ktoś mu ją dał w prezencie, jeśli nie potrafi jej utrzymać? Inwestor musi odpowiadać za złe decyzje, a nie oczekiwać później specjalnego traktowania tylko z tego tytułu, że jest publicznym podmiotem"- mówi Jerzy Miller prezes Narodowego Funduszu Zdrowia w rozmowie na temat realiów w polskiej ochronie zdrowia.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
- Funkcja szefa instytucji zarządzającej ponad 30 mld zł to dość łakomy kąsek. Czy w związku ze zbliżającymi się wyborami nie obawia się pan, że fotel prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia będzie jednym z łupów dla nowej ekipy rządowej?

- Dla osoby, która miałaby zostać prezesem, to niezbyt łakomy kąsek. Ale dla osoby, która chciałaby kierować takim prezesem i wpływać na "rozdawanie" ok. 34 miliardów złotych, pewnie tak. NFZ ma bardzo duży wpływ na funkcjonowanie jednostek służby zdrowia. Jeżeli 90 proc. publicznych środków, którymi dysponują, pochodzi z NFZ, to trzeba się zgodzić, że ten wpływ jest ogromny. Ale ja rozróżniam uznaniowe rozdawanie od rozsądnego wydatkowania. Od kilku miesięcy staram się przekonywać, że celem NFZ musi być przede wszystkim dobro ubezpieczonego pacjenta, nawet jeżeli stawia to fundusz w pewnej opozycji do służby zdrowia. Jeżeli więc ktoś chciałby pozyskać przychylność pracowników służby zdrowia, to pewnie bardzo chciałby mieć wpływ na prezesa NFZ. Zmieniając odpowiednio jego decyzje, można być noszonym na rękach.
Miałem taki okres w swoim życiu, że przez miesiąc prawie nie spałem denerwując się, czy dobrze podzieliłem porównywalną kwotę przy okazji nowego podziału administracyjnego kraju. Znam cenę odpowiedzialności za decyzję, która rodzi skutki rzędu miliardów złotych. Nic tak nie budzi stresu, jak poczucie braku weryfikatora decyzji, którą trzeba wziąć na swoje konto, bo nie ma się z kim podzielić odpowiedzialnością. I dlatego bardzo się zastanawiałem rok temu, zanim objąłem obecną funkcję. Zdecydowałem się, ponieważ wydawało mi się, że jest szansa coś uporządkować w sposobie wydatkowania pieniędzy na zdrowie, a przez to w funkcjonowaniu całego systemu. Po kilku miesiącach wydaje mi się nieskromnie, że parę rzeczy udało się zmienić, ale to dopiero początek. Żeby udało się definitywnie, potrzebne jest kilka lat spokojnej pracy.

Jest pan gotowy do współpracy z następnym rządem, bez względu na wynik wyborów?

- Zanim przyszedłem do NFZ, zrezygnowałem z funkcji członka zarządu Narodowego Banku Polskiego, funkcji objętej nominacją prezydenta RP z 6-letnią kadencją. Stanowisko to jest bardzo atrakcyjne, a praca w tym miejscu i wśród takich ludzi, jacy tam są, jest naprawdę dużą szansą na rozwój. Jeśli mimo to zdecydowałem się podziękować panu prezydentowi za nominację, żeby rozpocząć pracę w funduszu, zakładałem, że nie wybieram kolejnego epizodu na kilka miesięcy. We wrześniu ubiegłego roku nie spekulowałem, kto będzie zwycięzcą w najbliższych wyborach parlamentarnych. I na pewno nie zamierzam złożyć rezygnacji z tego tytułu, że ktoś inny będzie rządził od września w Polsce. Zakładam, że potrafię znaleźć wspólne pole do współpracy z osobami, które będą odpowiadały za zdrowie w przyszłym rządzie.
Ale przyznaję, że funduszowi na pewno nie służą czasy zawirowań politycznych, ponieważ jesteśmy uzależnieni od polityków, bo oczekujemy nie tyle odważnych, co niepopularnych decyzji. Decyzji, których przed wyborami się nie podejmuje. Tak więc czasy mamy niezbyt sprzyjające, ale nie wolno się na to obrażać, trzeba robić swoje.

To brzmi jak historyczny apel o 90 dni spokoju...

- Bo to nie jest kwestia maszyny, którą można przestawić i za chwilę będzie funkcjonowała inaczej. Ochrona zdrowia to jest system oparty przede wszystkim na pracy setek tysięcy ludzi, przyzwyczajonych do pewnych mechanizmów. Nic nie zmienia się tak długo, jak mentalność ludzka, a bez zmiany mentalności nie ma szans na zmianę systemu. Służba zdrowia jest poddana pewnym regułom, które motywują pracowników do takich czy innych zachowań. Nie jestem naiwny. Nikt mi na słowo nie uwierzy, że ja chcę coś zmienić. Jeśli deklaruję, że coś będzie przejrzyste, weryfikowalne na drodze odwołania, to każdy chce się przekonać, czy to są tylko czcze słowa Jerzego Millera, czy tak ma być naprawdę. Nie da się niczego przebudowywać w systemie wbrew pracownikom służby zdrowia. Dlatego chcę cierpliwie budować wzajemne zaufanie, byśmy odnieśli wspólny sukces.
W zeszłym roku miałem wielką tremę, ponieważ nie wiedziałem, czy uda mi się pozyskać akceptację środowiska dla tego, co zamierzałem zrobić. Teraz moja trema jest znacznie mniejsza. Przez te kilka miesięcy wielekroć spotykałem się z dobrym przyjęciem moich propozycji. To mnie ośmiela i zobowiązuje do tego, żeby nie spoczywać na laurach.

Ministerstwo Zdrowia coraz chętniej przerzuca na barki funduszu finansowanie programów profilaktycznych i lekowych, ratownictwa medycznego, jakby zapominając, że też w końcu ma pewne obowiązki. Także finansowe.

- Ostatnio miałem spotkanie z delegacją zagraniczną, która nie chciała uwierzyć, że ratownictwo medyczne w Polsce jest finansowane ze składek ubezpieczonych, a nie z budżetu państwa. Jako prezes NFZ mam nadzieję, że ratownictwo (zgodnie z ustawą) będzie w 2006 roku wydatkiem budżetowym. Ale istnieje bardzo duże ryzyko, że moje oczekiwanie może nie zostać spełnione.
Nie da się mówić o stabilnej pracy NFZ bez poczucia stabilizacji jego sytuacji finansowej. Ubiegły rok był rzeczywiście bardzo dobry dla przychodów NFZ, bo gospodarka rozwijała się w szybkim tempie, a więc i składka zbierana od pracujących była wyższa niż planowana. To pozwoliło funduszowi m.in. zwiększyć o 100 proc. wydatki na programy lekowe. Ale tegoroczna realizacja przychodów ze składek nie napawa już takim optymizmem.

Sejm przyjął ustawę o ustanowieniu Narodowego Programu Zwalczania Chorób Nowotworowych. Dla NFZ to chyba dobra wiadomość.

- Ciągle zadaję sobie pytanie, czy powinienem się z tego cieszyć, czy raczej być zmartwiony. Z jednej strony, obietnica współfinansowania onkologii z budżetu państwa w wysokości ponad 200 mln zł rocznie to bardzo dobra wiadomość. Z drugiej strony, osobiście boję się rozwiązań epizodycznych, naruszających spójność systemu, bo taki przykład bywa zaraźliwy. Gdy powstaje ustawa, która ma regulować jedną potrzebę zdrowotną, to środowiska nie objęte tymi uregulowaniami zaczynają zabiegać o kolejną ustawę. I tak jeden system, który rządzi się względnie spójnymi zasadami, dzieli się na wiele części. Tak więc z punktu modelu dobrego prawa w państwie dobrze zarządzanym jest to złe rozwiązanie. Ale zgadzam się, że szczególnie rażące przypadki nienadążania za potrzebami wymagają odejścia od utartych zasad zarządzania. I lata zaniedbań przez zaniechanie w polskiej onkologii są takim rażącym przypadkiem.
Ale warto też powiedzieć, o jakiej skali pieniędzy musimy mówić, by rzeczywiście rozwiązać problem diagnozowania i leczenia chorób nowotworowych w Polsce. NFZ wydaje obecnie na leczenie onkologiczne ponad miliard złotych rocznie i wszyscy zgodzą się, że to stanowczo za mało. Ustawa przynosi obietnicę niecałych 300 mln zł. A zatem to krok w dobrą stronę, ale mocno spóźniony i zbyt mały. Oczywiście nie oczekuję, żeby 300 mln zł zamienić na 3 mld zł rocznie, bo zdaję sobie sprawę z możliwości budżetowych państwa. Jeżeli jednak ktoś mówi, że dzięki tej ustawie dokonamy przełomu w dostępności nowoczesnych technologii medycznych przy schorzeniach onkologicznych, to oczywiście nie należy w to wierzyć. Natomiast prawdą jest, że dzięki tej ustawie uda się rozwiązać pewne problemy, np. inwestycyjne. Ale to jest kropla w stosunku do morza potrzeb.

Jaką strategię postępowania przyjmie NFZ przy zawieraniu kontraktów na Dolnym ląsku, gdzie mimo istnienia kilku szpitali, właśnie oddano do użytku nowoczesną placówkę w Polanicy? Pieniędzy do podziału będzie przecież tyle samo.

- Decyzji w tej sprawie nie będzie podejmował prezes NFZ, tylko dyrektor dolnośląskiego oddziału wojewódzkiego funduszu, ponieważ tak chciał ustawodawca. Zapewne nie będzie ona łatwa, bo niemałą rolę odgrywają tam emocje środowisk, dla których stare szpitale są znaczącym pracodawcą. Więcej w tej sprawie będzie wiadomo jesienią tego roku, kiedy zaczniemy wysyłać zapytania ofertowe i otrzymamy skrystalizowaną ofertę ze strony nowo powołanego szpitala.
Wiem, że dopóki płatnik wyraźnie nie nakreśli w dłuższej perspektywie swoich potrzeb jako zamawiający usługi, to inwestor jest skazany na bardzo duże ryzyko nietrafnych decyzji. Ale nie chciałbym, żeby kiedykolwiek jeszcze ktoś zaczął budować drugą Polanicę. To nawet nie chodzi o to, że inwestycja trwała 20 lat. Takie plany powinny być dobrze osadzone w realiach finansowych. Ten, kto ma trudny dostęp do pieniądza, nie podejmie pochopnie takiej decyzji, ponieważ po prostu splajtuje. Ktoś, kto decyduje o inwestycji z pieniędzy publicznych, nie ponosi bezpośredniej odpowiedzialności za jej wynik.

Czy to oznacza, że najwyższy czas skończyć z najnowocześniejszymi inwestycjami, bez oglądania się na realia rynku?

- Wiem, że ludzkiego zdrowia i życia nie można przeliczać na złotówki, ale w ochronie zdrowia wciąż za mało mają do powiedzenia ekonomiści znający realia finansowe. Co z tego, że szpital ma dobrą aparaturę, jeśli ona stoi i nie pracuje. Co z tego, że nawet ktoś mu ją dał w prezencie, jeśli nie potrafi jej utrzymać? Inwestor musi odpowiadać za złe decyzje, a nie oczekiwać później specjalnego traktowania tylko z tego tytułu, że jest publicznym podmiotem. Jestem bardzo ciekaw, jakie plany restrukturyzacyjne przyjmą teraz organy założycielskie, na ile będą one mieściły się w ramach określonych przez zamawiającego. Jeśli będą się mieściły, to jestem pełen optymizmu. Jeśli nie, to mam nadzieję, że ktoś wreszcie wyciągnie konsekwencje wobec osób, które podpisują albo przyjmują za wiarygodne plany zupełnie odbiegające od realiów.

Prezesa NFZ obciąża się odpowiedzialnością, że źle wydaje pieniądze. Tymczasem w sprawach zasadniczych, np. konstrukcji planu finansowego czy zasad podziału pieniędzy pomiędzy regiony, decyzje podejmuje ktoś inny. Co należałoby zmienić, by prezes NFZ był samodzielny w podejmowaniu decyzji?

- Przyznam, że łatwiej jest dzielić ryzyko złych decyzji z kimś innym. Dlatego na przykład zapis obligujący prezesa NFZ do uzgodnienia prognozy przychodu NFZ w kolejnym roku z ministrem finansów nie jest złym rozwiązaniem, pod warunkiem, że obie strony chcą jak najlepiej. Tu nie ma błędu systemowego. Ale rzeczywiście, kilkakrotnie przedstawiałem swój pogląd, że lepszym rozwiązaniem byłoby podzielenie funduszu na kilka rywalizujących między sobą funduszy, które musiałyby tak zmieniać swoje działanie, tak się samokontrolować bez udziału ministrów, by przekonać do siebie jak największą liczbę ubezpieczonych.

Puls Medycyny już pół roku temu alarmował, że w zapisach ustawy zdrowotnej wpisany jest nieuchronny konflikt pomiędzy ministrem zdrowia i prezesem NFZ.

- Rzeczywiście są sytuacje, kiedy brak zrozumienia i traktowanie NFZ jako kolejnego departamentu Ministerstwa Zdrowia bardzo utrudnia nam pracę. Ale ja jestem optymistą życiowym. Uważam, że wcześniej czy później moje argumenty muszą być wzięte pod uwagę i lepsze rozwiązanie zwycięży.


Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Ewa Szarkowska

Najważniejsze dzisiaj
Puls Medycyny
Inne / Fundusz niepopularnych decyzji
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.