Emigracja lekarska niejedno ma imię

Marek Stankiewicz
opublikowano: 03-06-2015, 00:00

„Gdybym dziś zaczynała swoje lekarskie życie, uciekłabym do normalnego kraju. Ale już za późno, tam już nikt mnie nie chce. Medycyna w Polsce to bardzo kosztowne hobby, a solidarność jest tu wypisana tylko na flagach” — stwierdza z rozgoryczeniem Krystyna, lekarz rodzinny z Lubelszczyzny, po 34 latach pracy w zawodzie.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

W połowie minionej dekady, kiedy jeszcze ostrożnie otwierał się przed Polakami europejski rynek pracy, a napięcia pomiędzy rządem i lekarzami były rozpalone do białości, chętnych do zarobkowania poza krajem było 1711 lekarzy. Falę lekarskiej emigracji po akcesji do Unii Europejskiej zatrzymała w latach 2006-2007 roztropna decyzja władz o wzroście wynagrodzeń lekarzy. W 2010 roku zaledwie 363 lekarzy uważało, że im bez Polski będzie lepiej. Dziś gotowość do wyjazdów znów powraca. Okręgowe izby lekarskie w 2014 roku wydały lekarzom 820 zaświadczeń o potwierdzenie uznania kwalifikacji zawodowych, umożliwiających podjęcie pracy w krajach Unii Europejskiej. A przecież wciąż jeszcze oblegane są kierunki wyjazdowe do USA i Kanady, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Australii i Nowej Zelandii.

Motywacji wyjazdowych jest sporo

Nasi lekarze wyjeżdżają poza granice kraju głównie z powodu mizeroty finansowej i nieznośnego poczucia kompletnego chaosu. Można oczywiście i w Polsce zarobić niezłe pieniądze, ale na kontrakcie, czyli niewolniczo, bo bez żadnego zabezpieczenia socjalnego i to tylko dzięki nieprawdopodobnej ilości wypracowywanych godzin. Taki sposób na życie to prosta droga do zawału lub udaru. Rzeczywista relacja ceny pracy lekarzy tu i tam ma się jak 1:5.

Młodzieży lekarskiej w Polsce raczej nie uśmiechają się: nepotyzm, układy, przestarzały system zdobywania specjalizacji z brakiem jakiegokolwiek nadzoru przez tzw. opiekuna specjalizacji. Rezydent, według młodych lekarzy, stanowi w dzisiejszych czasach brakujące ogniwo systemu — wypełnia wszystkie możliwe dziury. Program specjalizacji, stworzony na papierze, w prawdziwym życiu może jedynie u internistów pokrywa się z rzeczywistością.

A za granicą? „Praca tylko i wyłącznie w miejscu zatrudnienia — mówi 28-letni Leszek, od roku specjalizujący się w Sheffield. — Klarowny zakres obowiązków to w Anglii świętość. Kierownik specjalizacji to rzeczywisty opiekun: jest dostępny, ocenia rozwój podopiecznych, sam prowadzi znacznie mniej pacjentów. Ale coś za coś!”.

Jakie są szanse na pracę?

To zależy. Podobno korzystniejsze warunki można wynegocjować samemu, jeśli się bardzo dobrze posługuje językiem kraju pracodawcy. Idealny wiek to 34-38 lat, zaraz po specjalizacji. „Po pięćdziesiątce raczej można sobie pomarzyć o wyjeździe” — wyznaje Zdzisław, chirurg z Enniskillen w Północnej Irlandii, który „załapał się” tylko dlatego, że wcześniej 12 lat pracował w RPA.

W Niemczech lekarzy z zagranicy rekrutują niemal wyłącznie szpitale na prowincji, w miastach 40-tysięcznych lub podobnej wielkości. Niemiecka pensja 5000-5700 euro miesięcznie nie jest, jak kiedyś, wabikiem dla polskiego specjalisty. Można wprawdzie dodać różne gratyfikacje, ale trzeba odjąć 40 proc. podatku. I jeśli nawet pomniejszyć go o ulgę rodzinną czy jakąkolwiek inną, saldo nie wypada atrakcyjnie.

Niemieccy lekarze uciekają do Szwajcarii, gdzie płaci im się trzykrotnie lepiej. Polscy lekarze z lat emigracji solidarnościowej i stanu wojennego nie mogą dziś znaleźć nabywców na swoje świetnie przez lata wyposażone praktyki specjalistyczne w Zagłębiu Ruhry. „Odroczyłem swoją decyzję o przejściu na emeryturę, bo nie chcę, aby prawo pierwokupu mojej praktyki przysługiwało np. repatriantce o korzeniach niemieckich z Kazachstanu” — zwierza się Marek, proktolog z Wuppertalu. Wolałby po przystępnej cenie przekazać praktykę młodemu chirurgowi z Polski. Ale jak na razie kandydata nie widać.

Ciernista droga do sukcesu w USA

Aby nostryfikować polski dyplom w USA, trzeba mieć ważne prawo wykonywania zawodu Polsce, a więc odbyć po studiach staż podyplomowy. Egzaminów, które należy zdać, nikt nie konstruował specjalnie z myślą o obcokrajowcach, są to po prostu końcowe testy dla studentów medycyny. Można je zdawać na całym świecie (także w Warszawie) i nie trzeba być studentem amerykańskiej uczelni. „W 1999 roku jeden egzamin obejmował 800 pytań i trwał 2 dni — opowiada o swojej drodze do kariery Zbigniew Miłkowski, chirurg z Arizony. — Zmorą tych egzaminów jest szybkie tempo — wiesz albo nie. Wynik, szczególnie dla obcokrajowca nieposiadającego referencji ze Stanów, ma potem znaczenie przy ubieganiu się o rezydenturę. A słabego wyniku niestety nie można poprawić”.

Wypełnienie wymogów dokumentacyjnych, zdanie pierwszego i drugiego stopnia egzaminu licencyjnego (USMLE) oraz egzaminu z języka angielskiego nadal nie zrównuje Polaka z absolwentami uczelni amerykańskich w staraniach o licencję. Wszyscy muszą ukończyć co najmniej jeden rok szkolenia rezydencyjnego i zdać trzeci stopień egzaminu USMLE, aby sięgnąć po nieograniczoną licencję lekarską.
Żeby rozpocząć rezydenturę, trzeba znaleźć miejsce, w którym się ją odbędzie. Najlepiej zacząć to rok wcześniej od napisania CV, listu motywacyjnego oraz zdobycia 3 listów polecających. Potem się jeździ na rozmowy kwalifikacyjne. Obcokrajowców najchętniej przyjmują w północno-zachodniej części USA, szczególnie w dużych miastach. Zdobyć miejsce w Chicago, Los Angeles czy Nowym Jorku to marzenie ściętej głowy.

Rezydentura, w zależności od kierunku, trwa 3-5 lat. Na przykład specjalizacja z interny obejmuje 3 lata, z czego połowę spędza się na oddziałach, pracując od 7.00 do 17.00 i pełniąc dyżur co czwarty dzień. Specjalizacja z chirurgii trwa 5 lat, praca jest od 4.30 do 17.00, dyżur co trzeci dzień. W chirurgii dodatkowo obowiązuje tzw. system piramidalny, tzn. nie wszyscy pierwszoroczni przechodzą na drugi rok, nie wszyscy z drugiego na trzeci itp. Przechodzą tylko najlepsi, reszta powtarza rok lub rezygnuje. Dużo bardziej dostępne są anestezjologia i medycyna rodzinna, a zdecydowanie najłatwiej — pediatria i choroby wewnętrzne.

Najlepiej potem zarabiają radiolodzy, ortopedzi, urolodzy i kardiolodzy (średnio 315 tys. dolarów rocznie), najmniej pediatrzy — 155 tys. Rozpiętość zarobków jest jednak ogromna: co piąty ortopeda nie osiąga 100 tysięcy, ale niemal co dwudziesty ociera się o milion dolarów.

Nie wszystko naraz

Droga do pracy w Szwecji może prowadzić przez podwarszawski Konstancin, gdzie każdy chętny musi przejść kurs i zdać egzamin z języka szwedzkiego z terminologią medyczną, organizowany przez firmę Medena-Rek Polska. Język przy pierwszym kontakcie pobrzmiewa jak mieszanka węgierskiego i chińskiego, podobno łatwiejszy jest do nauczenia dla tych, którzy już znają niemiecki i angielski. „Istna masakra” — wspominają początki uczestnicy kursu. Prowadzą go zawodowi lektorzy szwedzcy. „Dają wycisk, ale są bardzo życzliwi, nie pozwalają się nudzić, nigdy nie stresują i nie serwują niepotrzebnych uwag ani docinków pod naszym adresem” — mówi neurolog Andrzej, który przed dwunastu laty wyjechał w północne rejony Szwecji.

Grupa lekarzy szkolonych przez Medenę systematycznie rozrasta się od 2000 r. i liczy już 450 osób. „Nikt nikogo do Szwecji nie ciągnie na siłę” — przekonywała mnie przed laty Kristina Podolak-Andersson, polityk komunalny w Kalmarze, z pochodzenia Polka z Wybrzeża. Lekarze przed podpisaniem umowy przyjeżdżają tam na parę dni, oglądają miejsca pracy, mieszkania, przedszkola i szkoły dla swoich dzieci, rozmawiają z przyszłymi szefami i z ludźmi, którzy przeszli tę samą drogę. Te rozmowy decydują o tym, czy dostaną pracę i czy są przekonani, że jej naprawdę chcą.

„Byłem oczarowany. Klinika na najwyższym poziomie: pięć gabinetów, w każdym rentgen, komputer, nowoczesny fotel, praca na cztery ręce z wykwalifikowanym personelem, wszystko zaplanowane” — wspomina Sebastian pracujący w Strömsund (15 tysięcy mieszkańców). Wykształcenie lekarza w Szwecji kosztuje sześć razy drożej niż przysposobienie polskiego lekarza do pracy.

A w sąsiedniej Danii? „Zakładaliśmy, że wyjedziemy do Danii na co najmniej dziesięć lat. Jeśli będzie trzeba, to nawet sprzedamy nasz dom w Krośnie. Wykształcimy dzieci w dobrych szkołach i wtedy pomyślimy o powrocie i jakiejś stabilizacji dla siebie — opowiada urolog Piotr Banaś. — Ale bardzo szybko pozbyliśmy się fascynacji dobrobytem, który nas otaczał. Różnice z Polską nie były już tak drastyczne. Duńczycy są nauczeni skromności i oszczędzania. Bardzo źle widziane jest obnoszenie się z zamożnością i szpanowanie bogactwem”.

Na chwilę czy na całe życie?

Jacek, internista z Wrocławia, który przyjechał do Eskilstuna, 100 km na zachód od Sztokholmu, wolałby pracować w bogatej Polsce niż w bogatej Szwecji. Bał się rozstania z krajem, ale bał się też, że nie tylko po trzech, ale nawet po dziesięciu latach pracy w Szwecji, Polska nie zachęci go do powrotu. I na razie nie zachęciła. Jacek zasmakował jeszcze kariery w bogatszej Norwegii, wprawdzie w TromsĮ, 350 km za kołem podbiegunowym.

Lekarze, którzy wyjechali, jeszczesię cieszą. Refleksja przyjdzie później, nie zabraknie chwil zwątpienia, niektórych nie ominie psychiczne wypalenie. „Wyjazd przed dziesięciu laty na pewno był spowodowany nie tylko sytuacją ekonomiczną. Najważniejsze chyba było pragnienie normalności i zapewnienia lepszej przyszłości dzieciom” — przyznaje Dariusz z odległego na północy Härnösand. Jego 13-letni syn został właśnie mistrzem Szwecji w kolarstwie górskim.

„Szef, jak to szef, zawsze mógłby być gorszy lub lepszy. Ten szwedzki jest na pewno bardziej wyrozumiały i pozwala robić wszystko, co jest dozwolone. A dozwolone jest niemało. Po pierwsze, dokształcanie. Po drugie, pewny jak w banku urlop w okresie wakacyjnym. Nie mówiąc już o zwolnieniu w czasie choroby. Nie tak jak w Polsce, kiedy słaniając się z wycieńczenia należało się zgłosić na porannym raporcie oddziałowym. Uwierzcie, że czasem stabilizacja i zasiedzenie to najlepsza opcja, bo nieprawda, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma” — przekonuje Kamil, ortopeda z Kalmaru.

Szczerze o kasie

O zarobkach polscy lekarze pracujący za granicą rozmawiają niechętnie. Elżbieta, okulistka, przebywająca od 10 lat w Szwecji, nie ma jednak oporów. Uważa, że Szwecja jest dobrą ofertą, jeśli się tam chce żyć i pracować.

„Najlepsze propozycje czekają na lekarzy rodzinnych i psychiatrów. Ale pamiętajmy, że większość lekarzy rodzinnych usuwa tu ciała obce z rogówki. Zarobki dla specjalisty wynoszą na początku 20 tys. złotych. Lepsze stawki można pertraktować na północy, gdzie są ekstremalne niedobory lekarzy, ale to dopiero po zdobyciu doświadczenia w Szwecji i z dobrą znajomością języka — opowiada Ela. — Przyjmuję w dużej przychodni, w której zwykle pracuje kilku lekarzy i kilkakrotnie więcej pielęgniarek, z systemem komputerowym jednolitym dla całego województwa. Tu się mówi do dyktafonu, potem anamnezę spisują sekretarki, lekarz musi tylko sprawdzić. Wbrew temu co się w Polsce sądzi o biurokracji, w Szwecji dokumentacja musi być w najlepszym gatunku. Nie ma miejsca na bazgroły, których potem nawet ich autor nie potrafi odszyfrować”.

W Danii kontrola jest wnikliwa, choć bardziej dyskretna — uważa Ewa Zalichta-Banaś, pulmonolog z Krosna. Pracowała w tym kraju przez 3 lata. „Ordynator, który w przeciwieństwie do polskiego szefa oddziału bardzo niewiele operuje, skupia się głównie na logistyce i harmonogramach zajęć pracowników, tak aby oni na miesiąc naprzód wiedzieli, co mają robić dzień po dniu. Tam specjalista nie ma żadnej komisji na plecach, z dyrekcją też praktycznie nie ma kontaktu. Ale przez skórę się czuje, że wykonywanie pracy jest obserwowane i oceniane. Na całkowity kredyt zaufania nie można liczyć” — ostrzega Ewa. Za 37 godzin tygodniowo wykwalifikowany specjalista może zarobić w Danii nawet 36 tys. koron (20 300 złotych) miesięcznie netto. Płace dla lekarzy szpitalnych w Danii są najwyższe w porównaniu z resztą społeczeństwa.

Pytanie: jak żyć?

„Czy za taką kwotę będę w stanie przeżyć z dwójką dzieci i mężem, który nie jest lekarzem i dopiero będzie szukać pracy?” — pyta niejedna chętna do wyjazdu. Wyjazd do Szwecji z dziećmi i mężem, który ma pracę w Polsce, jest ryzykownym rozwiązaniem. Mało prawdopodobne, by w ciągu 2-3 lat znalazł sobie pracę. Na własną rękę opanowanie języka do poziomu B2/C1 zajmuje co najmniej dwa lata, ale jeśli jednocześnie się pracuje.

„Jeszcze gorzej jest w Danii. Najgorzej, kiedy mówi się przez telefon, gdy odpada ekspresja ust, oczu i rąk. Starsi pacjenci bywają głusi i mówią gwarą, której nigdy nas nie uczono” — z uśmiechem na ustach opowiada dr Piotr Banaś.

Wynajem mieszkania kosztuje w Szwecji 3-4 tys. złotych, wydatki na żywność dla dużej rodziny kolejne cztery tysiące miesięcznie. Tak czy owak, małżeństwo lekarzy specjalistów zarabia tu bardzo dobrze. Jeśli po latach wrócą do Polski, będą bardzo dobrze zabezpieczeni na przyszłość.

„Tu, w Szwecji mamy socjalizm w czystej formie. Wszyscy są równi: i śniady, i bezrobotny, lekarz i pielęgniarka — zwierza się Leszek, neurolog z Lubelszczyzny, który porzucił stanowisko dyrektora szpitala powiatowego i od 10 lat praktykuje w Szwecji. — Tu nikt nie kłania się w pas panu doktorowi. A wiec pielęgniarka może kazać lekarzowi coś zrobić. Popularne są też raporty i donosy, które robi tu każdy pracownik i sąsiad. I co gorsza, są z tego dumni. Kontrola w Szwecji jest niemal wszechobecna. Po paru miesiącach ma się wrażenie, że każdy w pracy wszystko o tobie wie. Socjalizowanie się tutaj to podstawa bytu oraz osobistego i zawodowego sukcesu. Ludzie, którym to nie odpowiada, narażają się niemal automatycznie na ostracyzm”.

„Duńczycy z kolei akceptują odmienność, ale również pragną asymilacji z ludźmi, których zaprosili do swojego kraju — opowiada Ewa Banaś. — Są uprzejmi, uśmiechają się, ale ich uśmiech nagle tężeje, kiedy po naszym akcencie rozpoznają w nas cudzoziemców. Delikatnie mówiąc, mają nieciekawe doświadczenia z emigracją muzułmańską, która woli swoje niedostępne kulturowo getta i bardzo opornie albo wcale nie asymiluje się z Europejczykami”.

„Spraw zawodowych nie zabiera się tam do domu. Po pracy są kręgle, wycieczki rowerowe, zakupy, dzieci, znajomi” — dodaje Piotr Banaś. Administracja szpitala nie naciska na lekarzy, by pracowali więcej, bo musi dużo więcej im zapłacić. Ale i lekarze nie chcą więcej pracować, bo wpadają w pułapkę podatkową.

Cieszyli się tylko w dniu wypłaty

Choć wielu polskich lekarzy pracujących za granicą prawdopodobnie nie wróci na stałe nad Wisłę, ich związki z Polską pozostają silne. Duża grupa regularnie odwiedza kraj: żeby zobaczyć rodzinę, mówić po polsku, zrobić zakupy i… wyleczyć zęby. Dla tych, co wracają, zderzenie z polską rzeczywistością bywa bolesne. Dodatkowo dochodzi bardzo znaczące pogorszenie sytuacji materialnej, co pogłębia frustrację. Nie wszyscy chętnie rozmawiają o prawdziwych powodach swoich powrotów.

Z oficjalnych prognoz wynika, że w ciągu następnych 10 lat w Danii zabraknie około 2,5 tys. specjalistów, a tymczasem Ewa i Piotr Banasiowie wrócili stamtąd po niespełna trzech latach. Dlaczego? „Może pozostawiony w Polsce dom, przyjaciele, dorastające dzieci, duńska obyczajowość, z której cieszyliśmy się tak naprawdę tylko w dniu wypłaty...” — wyznaje Ewa.

Obecnie Ewa pracuje w Uzdrowisku Rymanów, a Piotr w Podkarpackim Centrum Onkologii w Brzozowie. Nie żałują ani decyzji o wyjeździe, ani o powrocie z Danii. Realizują się jako specjaliści, stać ich na utrzymanie 5-osobowej rodziny i jeszcze kogoś, kto roztoczy opiekę nad domowym porządkiem. Piotr, zapalony myśliwy, może zapakować swoje fuzje i sztucery, i jechać na spotkanie z dzikami. A tego właśnie zabrakło mu w bogatszej Danii. Syn państwa Banasiów rozpoczął studia na skandynawistyce w Gdańsku. Kolejne wakacje cała rodzina spędzi w Skandynawii. A więc jednak coś zostało z tego wyjazdu.

Emigranci i reemigranci to ludzie, którzy zyskali cenną wiedzę i doświadczenie. Znają interesujące lokalne rozwiązania, języki obce, mają wiedzę, która w różnych kontekstach może się okazać przydatna. Gdyby tylko stworzyć skuteczne narzędzia do wymiany doświadczeń, mogliby stać się siłą, a nie słabością Polski.



Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Marek Stankiewicz

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.