Dziedzictwo zobowiązuje

Jolanta Hodor, Kraków
18-12-2002, 00:00

,Pamiętaj Julciu: mamusia jest lekarzem, tatuś nim jest, wujek, ciocia i dziadziuś są także lekarzami, pradziadek i prapradziadek też nimi byli. Ale ty ani się waż wybierać ten zawód, od razu wybij to sobie z głowy" - tak Anna Komorowska mówi do swojej kilkunastomiesięcznej córeczki. Wie jednak, że trudno jej będzie wybrać inny zawód, jeśli wychowa się w atmosferze tego domu.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Na ścianach wiszą portrety przodków-lekarzy, przy kawie dyskutuje się o standardach w postępowaniu medycznym, na murze kamienicy jest tablica upamiętniająca tajne nauczanie medycyny podczas okupacji, a sąsiednia ulica nosi imię prapradziadka Julci, słynnego krakowskiego lekarza, doktora Bolesława Komorowskiego.
Sobotnie przedpołudnie, mieszkanie w jednej z typowych krakowskich kamienic na Zwierzyńcu, nieopodal Wawelu. Przy starym, dębowym stole siedzi przy południowej kawie cała rodzina Komorowskich: Małgorzata i Janusz, ich syn Bogusław, córka Anna z mężem Krzysztofem oraz ich goście, teściowie Anny. Za oknem śnieg, więc mała Julka popycha po dywanie sanki. Nie może się doczekać spaceru, a tu dorośli rozmawiają o jakimś ministrze, o reformie i innych dziwnych rzeczach.
Gospodarz i głowa rodziny Janusz Komorowski jest lekarzem, jego córka również, tyle że bezrobotnym, zięć jako młody lekarz pracuje na trzech etatach, syn właśnie kończy medycynę. Żona Janusza, Małgorzata też pracuje w dwóch szpitalach - jako doktor farmacji. A i rodzice zięcia pół życia pracowali w szpitalu. Trudno więc uniknąć przy stole medycznych dyskusji. Najważniejsze, że są razem.
,Oboje z mężem zawsze pracowaliśmy w naszych szpitalach bardzo ciężko, oboje pełniliśmy dyżury. Jednak zawsze staraliśmy się przynajmniej jeden weekend w miesiącu spędzać razem z dziećmi, wybrać się całą rodziną na wycieczkę. I do dziś tak jest. Rodzina jest ostoją. Przy wigilijnym stole zawsze zasiada u nas kilkanaście osób" - podkreśla Małgorzata Komorowska.
I choć czasy się zmieniły, minęło 100 lat, tak też było w domu Bolesława Komorowskiego.
W cieniu wielkiego dziadka
,Trudno powiedzieć, dlaczego mój dziadek został lekarzem. Jego ojciec był urzędnikiem w krakowskim magistracie, zajmował się m.in. najuboższymi, potrzebującymi pomocy, może to miało jakiś wpływ?" - zastanawia się Janusz Komorowski.
Doktor wszech nauk lekarskich Bolesław Komorowski żył w latach 1868-1936 i był na początku ubiegłego wieku słynną w Krakowie postacią. Przeszedł do historii miasta nie tylko jako ,lekarz miejski okręgowy", lecz przede wszystkim jako lekarz-społecznik. Każdego dnia w swym gabinecie przyjmował biednych za darmo, dawał też pieniądze na lekarstwa i chleb, jeśli im go brakowało. Niektórzy współcześni mu krakowianie nazywali doktora Komorowskiego ,Janosikiem w białym kitlu": wysokimi honorariami łupił zamożnych pacjentów, aby bez zapłaty leczyć biednych. A że lekarzem był świetnym i tych bogatych mu nigdy nie brakowało, prowadził chyba największą praktykę w mieście.
,Ta postawa społecznika mogła też ukształtować się pod wpływem prof. Henryka Jordana, który, jak opowiadała babcia, był dla mojego dziadka ogromnym autorytetem. Prawdopodobnie za namową H. Jordana dziadek opracował broszurkę pod tytułem ?Opieka nad dziećmi danemi na wychowanie w miastach=. Po raz pierwszy przeczytałem ją w szkole. Dziadek napisał to w 1912 roku, niestety, wiele z jego apeli jest nadal aktualnych. Na przykład wśród zaleceń profilaktycznych - by dzieci nie trafiały pod opiekę przytułków, dziadek pisał, iż konieczna jest ?dążność miast do zapewnienia takiego dochodu rodzicom, by mogli odpowiednio dzieci wychować, szczególnie, by matki dbały o wychowanie dzieci=. Historia zatoczyła koło" - mówi Janusz Komorowski.
Kiedy jego dziadek zmarł w styczniu 1936 roku, wszystkie krakowskie gazety szeroko relacjonowały przebieg uroczystości pogrzebowych. Wzięły w nich udział tysiące krakowian. Jeden z dzienników zauważył nawet: ,W całem mieście zabrakło taksówek i dorożek, gdyż wszystkie kursowały na cmentarz zwożąc uczestników ostatniego hołdu cieniom wielkiego lekarza".
Historia pewnej wiewiórki
Bolesław miał troje dzieci. Dwoje, Anna i Stanisław też zostali lekarzami. ,Mój ojciec również przez całe życie pracował na Zwierzyńcu jako lekarz rejonowy. Ciocia Anna była lekarzem szkolnym, jej mąż - zakaźnikiem, ich córka poszła w ślady obojga rodziców, ponieważ interesuje ją pediatria i choroby zakaźne. Jej brat, a mój kuzyn, też lekarz, był jedynym reprezentantem dziedzin zabiegowych w naszej rodzinie, ale uczulił się na lateks i teraz pracuje jako anestezjolog" - wylicza Janusz, syn Stanisława, wnuk Bolesława.
Jednak siostra Janusza już nie wybrała medycyny. Kończąc Akademię Sztuk Pięknych poszła śladami ciotecznej babci, Wandy Komorowskiej, znanej krakowskiej malarki początków ubiegłego stulecia.
,Rośliśmy w tej atmosferze, bawiliśmy się starymi stetoskopami. Babcia często opowiadała różne legendy związane z dziadkiem. Np. historię pewnej wiewiórki. Podobno kiedyś doktor Bolesław został wezwany do biednego, chorego dziecka. Kiedy chłopiec wyzdrowiał, przyszedł podziękować, a w prezencie miał dla doktora małą wiewiórkę, złapaną gdzieś pod miastem. Doktor wziął go za rękę i razem poszli wypuścić tę wiewiórkę na Planty. I stąd na krakowskich Plantach wzięły się wiewiórki" - wspomina opowieść babci Janusz Komorowski. Niestety, on już pewnie tej historii swojej wnuczce nie opowie, bo z zatrutych spalinami Plant wiewiórki dawno już uciekły...
Piętno filcowych kapci
,Wybór zawodu był prosty. Mój ojciec też nie mógł zostać nikim innym. Medycynę zaczął studiować we własnym mieszkaniu, w czasie okupacji" - podkreśla Janusz Komorowski.
Na budynku kamienicy wybudowanej przez Bolesława Komorowskiego i zamieszkiwanej przez piąte już pokolenie tej rodziny wisi pamiątkowa tablica informująca, że właśnie tu, 6 listopada 1942 roku prof. Stanisław Maziarski rozpoczął wykłady inaugurujące tajną działalność Wydziału Lekarskiego UJ. Inicjatorami byli ciotka pana Janusza, Anna Komorowska-Kownacka i Adam Raczyński. ,A mój ojciec, choć był młodszy od nich, też brał udział w tych wykładach" - wyjaśnia Janusz Komorowski.
Przez tę konspiracyjną salę wykładową przewinęło się w sumie ponad 100 osób. Do dziś wśród pamiątek rodzinnych przechowywany jest kawałek filcu w kształcie podeszwy. Na wypadek ,wsypy" wszyscy młodzi ludzie mieli hitlerowcom wmawiać, że zbierają się w tym mieszkaniu, aby szyć filcowe kapcie. Materiał i igła z nitką zawsze musiały być pod ręką.
Wojna się skończyła, a dla rodziny Komorowskich zaczęły się nowe kłopoty. Choć zasług nieżyjącego już od dawna Bolesława nikt nie śmiał nawet podważyć, jego syn Stanisław musiał odsłużyć na zielonym poligonie. Ciążyło na nim piętno kamienicznika. A w ich rodzinnym mieszkaniu zakwaterowano kilkanaście obcych osób. Nie było wśród nich żadnego lekarza...
W medycynie bez kompromisów
,Czym jest dla mnie praca lekarza? To pomoc drugiemu na miarę jego oczekiwań i moich umiejętności" - Janusz Komorowski odpowiada bez wahania. Wierzy, że jego dzieci również bez wahania podobnie by odpowiedziały.
,Myślę, że medycyna to sztuka, której sensem jest kontakt z drugim człowiekiem, możliwość niesienia pomocy. Właśnie to mnie w niej zawsze najbardziej pociągało. A jeśli uda się pomóc, to jest ogromna satysfakcja, coś, co w bilansie życia zawsze można zapisać po stronie plusów. Wierzę, że lekarz nigdy nie będzie trybikiem w machinie, a medycyna nigdy nie będzie tylko rzemiosłem, ale właśnie sztuką" - wyznaje Anna Komorowska, córka Janusza.
Dla jej ojca w medycynie nie ma kompromisów. Nie może być. Nie ukrywa, że twarda obrona własnego zdania nie zawsze znajduje zrozumienie kolegów i przełożonych. Doktor Janusz Komorowski jest specjalistą drugiego stopnia w dziedzinie chorób wewnętrznych, od 21 lat pracuje w Szpitalu im. J. Dietla w Krakowie. Kieruje pracownią endoskopii przewodu pokarmowego, z jego inicjatywy powstał zresztą ,Krakowski klub endoskopisty" - towarzysko-naukowe zrzeszenie lekarzy zajmujących się endoskopią przewodu pokarmowego.
,Co jest dla mnie sukcesem? Chyba normalność, przyzwoitość - dobre, zwyczajne życie, w którym praca daje satysfakcję, a rodzina jest ostoją" - mówi J. Komorowski.
Przestrogi dla dzieci
Kiedy dzieci postanowiły zostać lekarzami, Janusz często im powtarzał, że będą się musiały uczyć przez całe życie, że doskonalenie jest obowiązkiem każdego lekarza. A teraz córka jest bezrobotna, nie może znaleźć miejsca na specjalizację, zaś syna, teraz na szóstym roku medycyny, też czeka chyba ciężkie życie.
Anna nie żałuje, że skończyła medycynę, ale na razie ma powody, by swej maleńkiej córeczce odradzać wybór tego zawodu. Marzyła o specjalizacji z rehabilitacji, tymczasem Małopolska nie dostała ani jednego miejsca. Teraz myśli o medycynie rodzinnej, lecz też ma obawy - dziś szanse rozwoju młodego lekarza wcale nie zależą od tego, jak bardzo chce się uczyć.
,Nasze dzieci wybrały ten zawód, bo wybrały człowieka i jego problemy. Są zdeterminowane i rzetelne w zdobywaniu wiedzy, a to najlepsza droga do sukcesu. Jednak problemy codziennego życia mogą weryfikować te postawy" - mówi Małgorzata Komorowska, mama Anny i Bogusława. ,Wszyscy nieprzyzwoicie mało zarabiamy. Ale przykre jest też to, że w moim szpitalu młody lekarz-rezydent zarabia więcej ode mnie - lekarza z II stopniem specjalizacji i 30-letnią praktyką" - wyznaje Janusz.
Jego dziadek z pensji płaconej przez do dziś wspominanego z nostalgią w Krakowie cesarza Franciszka Józefa zarabiał tyle, że nie tylko starczało dla rodziny, ale też mógł postawić kamienicę i hojnie wspomagać biednych. Jego ojciec Stanisław nie należał do finansowej elity, jednak rodzina co sobotę mogła własnym autem pojechać na wycieczkę. Kiedy Anna w 1993 roku powiedziała, że będzie zdawać na medycynę, Janusz stwierdził tylko: ,Nie martw się córeczko, jest już tak źle, że zanim skończysz te studia musi się poprawić". To był przykład jego niepoprawnego optymizmu.
Mąż Anny musi utrzymać rodzinę, więc pracuje na dwóch etatach - w szpitalu i opiece całodobowej, dodatkowo dorabia dyżurami w pogotowiu. ,No i jak mam Julci nie zniechęcać do tego zawodu? Nie żałuję, że go wybrałam. Tylko chciałabym sprawdzić się w działaniu. Wierzę, że wkrótce znajdę pracę, dostanę się na specjalizację, choć może nie na tę najbardziej wymarzoną" - nie traci nadziei Anna.
Tymczasem pora wrócić do rzeczywistości. Julcia coraz głośniej dopomina się spaceru. Niestety, na swoich pierwszych w życiu sankach może jeździć tylko po dywanie. Choć mróz siarczysty, śniegu na razie nad Wisłą pod Wawelem brakuje. Co innego w górach. Te już Julka wiele razy podziwiała, bowiem góry to druga po medycynie rodzinna pasja. Małgorzatę i Janusza Komorowskich połączyło m.in. harcerstwo i wędrówki po beskidzkich szlakach. Te turystyczne zamiłowania przejęły dzieci, podziela je zięć. Z okazji pierwszego ,swojego" Dnia Dziecka, w siódmym miesiącu życia, Julka weszła z rodzicami na Kasprowy Wierch. No, może wjechała - w nosidełku na plecach taty. Brat Anny, Bogusław, student ostatniego roku Wydziału Lekarskiego CM UJ, pasjonuje się medycyną górską.
W wędrówce na najwyższe szczyty będzie miał więc kto Julci pomóc. A jeśli zechce i drugą rodzinną ścieżką podążać, nikt nie zabroni, też wszyscy będą wspierać. Przecież dziedzictwo zobowiązuje...






Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Jolanta Hodor, Kraków

Najważniejsze dzisiaj
Puls Medycyny
Inne / Dziedzictwo zobowiązuje
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.