Dramat zakładników z moskiewskiego teatru

opracowała Monika Wysocka
opublikowano: 04-11-2002, 00:00

,Gdyby w którymś z polskich miast zdarzyła się podobna sytuacja jak w Moskwie, nasze służby medyczne byłyby prawdopodobnie równie bezradne jak rosyjskie" - uważa toksykolog prof. Marek Kowalczyk.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Nadal nie wiadomo, co naprawdę wydarzyło się w czasie szturmu rosyjskich oddziałów specjalnych na moskiewski teatr, w którym terroryści przetrzymywali blisko tysiąc zakładników. Najwięcej spekulacji dotyczyło rodzaju użytego gazu, którym obezwładniono terrorystów i zakładników. Z powodu zatrucia tym gazem, jak oficjalnie podano w Moskwie, zmarło 119 osób (według stanu na 4 listopada), a ponad 100 nadal przebywa w szpitalach, wielu pacjentów jest w stanie ciężkim.
O opinię na temat przebiegu akcji ratunkowej z medycznego punktu widzenia poprosiliśmy prof. Marka Kowalczyka z Wojskowego Instytutu Higieny i Epidemiologii:

Trudno jednoznacznie ocenić te wydarzenia. Z jednej strony panował ogromny chaos i widać było brak przygotowania osób biorących udział w akcji ratowniczej. Nad tym na pewno można było zapanować. Z drugiej strony, służby medyczne żadnego miasta na świecie nie byłyby w stanie przeprowadzić akcji o takim zakresie bezbłędnie. Lekarze nie wiedzieli, z czym mają do czynienia, a do tego - nie mieli czasu, by się na to przygotować. Panowała totalna dezinformacja: na początku apelowano przecież o oddawanie krwi, lekarze byli więc nastawieni na przyjmowanie rannych z urazami, a nie zatrutych. Tymczasem do szpitali masowo przywożono nieprzytomnych, podduszonych, wymiotujących ludzi, od których nic nie można było się dowiedzieć.
Pod teatr przyjechało masę karetek i innego sprzętu transportowego. Jednak na miejscu było mnóstwo osób, głównie żołnierzy, którzy z medycyną nie mieli nic wspólnego. Wiedzieli tylko tyle, że mają wynosić poszkodowanych. Obserwując akcję ratowniczą, łatwo dało się zauważyć, że była ona przeprowadzona niewłaściwie: nieprzytomnych zakładników układano płasko na ziemi, wielu z nich prawdopodobnie udusiło się własnymi wymiocinami. Gdyby układano ich w pozycji bezpiecznej na boku, przynajmniej część z nich można by uratować. Równie niewłaściwie ich transportowano. To jest ta część akcji ratowniczej, którą można było przeprowadzić lepiej i być może to wystarczyłoby, żeby uratować znacznie więcej osób, moim zdaniem, nawet o połowę więcej. Gaz działał stosunkowo krótko - już po kilku minutach ludzie chodzili bez masek. Tempo działań operacyjnych było dobre, jednak niezbyt skuteczne.
Fentanyl w akcji
Jak poinformował 30 października rosyjski minister zdrowia Jurij Szewczenko, podczas akcji odbijania zakładników z opanowanego przez terrorystów teatru na moskiewskiej Dubrowce użyto substancji będącej syntetyczną pochodną fentanylu w postaci aerozolowej. Należy domniemywać, że działa ona podobnie jak inne opiody, czyli silnie odurzająco, przeciwbólowo, ale krótko (ok. 20-30 min). Ma wpływ na ośrodek oddechowy, jednak z racji krótkiego działania jest bezpieczniejsza niż morfina czy inne jej pochodne. Działa niestety pobudzająco jako środek wymiotny, co w wielu przypadkach stało się bezpośrednią przyczyną śmierci zakładników.
Rosyjski minister zdrowia poinformował także, że lekarze byli przygotowani na udzielanie pomocy w takich przypadkach i mieli ponad 1000 ampułek antidotum - naloksonu, dającego natychmiastową poprawę stanu pacjenta. Dlaczego jednak zaczęto używać antidotum dopiero po jakimś czasie, tego minister nie potrafił wyjaśnić.
Brak sprzętu
Inną sprawą są ,moce przerobowe" szpitali. Trzeba pamiętać, że w tym samym czasie w szpitalach wciąż przebywali inni chorzy, których nie można było pozostawić bez opieki. Do tego wspomniany wcześniej brak informacji i przygotowania oraz zupełnie prozaiczna, a najbardziej chyba istotna sprawa: brak takiej liczby wykwalifikowanego personelu i odpowiedniego sprzętu medycznego, czyli głównie respiratorów i aparatów wspomagających oddech.
Podejrzewam, że gdyby taka sytuacja miała miejsce w Polsce, akcja ratownicza przebiegałaby podobnie i podobne byłyby jej skutki.
Ustawa o ratownictwie medycznym nie weszła w Polsce w życie. Przygotowywane są co prawda procedury dotyczące szpitali, w których mają być oddziały ratunkowe, ale też nie są jeszcze gotowe. Główny Inspektorat Ochrony Środowiska wydał ,Zasady postępowania ratowniczego 2000", które mają zastosowanie w przypadku użycia niebezpiecznych substancji, ale nadal nie ma opracowanych standardów, które mówią, jak należy przeprowadzać przedlekarską akcję ratowniczą na miejscu zdarzenia.
Książkowa wiedza
Niedawno ukazała się książka pod redakcją byłego wiceministra zdrowia Andrzeja Rysia oraz prof. Juliusza Jakubaszki, konsultanta krajowego ds. ratownictwa medycznego, która zawiera pewne propozycje rozwiązań. One nie są obowiązujące, wciąż nie ma więc jednoznacznych wytycznych, jak postępować w konkretnej sytuacji, szczególnie takiej, w której napływ poszkodowanych przekracza standardowy, codzienny poziom.
W naszym Instytucie kończymy właśnie prace nad książką dotyczącą medycyny katastrof chemicznych, w której jest próba rozwiązania sytuacji podobnej do incydentu moskiewskiego. Mam nadzieję, że tego typu wydarzenia zwrócą uwagę, iż ustawa o ratownictwie medycznym powinna obejmować wszystkie aspekty zdarzenia: szpital i pogotowie ratunkowe to tylko fragment większej całości, nie można zapominać o tym, co dzieje się z poszkodowanymi między miejscem wypadku a szpitalem.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: opracowała Monika Wysocka

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.