Dr Szułdrzyński polemizuje z prof. Kuną. „To nie respirator zabija, ale wirus i odwlekanie intubacji”

Rozmawiał Jacek Wykowski
opublikowano: 09-12-2021, 08:12

W przypadku COVID-19 to nie respirator zabija, ale zazwyczaj zbyt długie prowadzenie na wentylacji nieinwazyjnej. Stawianie tak autorytatywnych sądów powoduje, że chorzy, których można uratować, odmawiają zaintubowania - ostrzega w rozmowie z portalem pulsmedycyny.pl dr Konstanty Szułdrzyński, członek Rady Medycznej przy premierze i szef Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii szpitala MSWiA w Warszawie.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Ciężki przebieg COVID-19 u osób, które trafiają do szpitala, a świadomie się nie zaszczepiły, to nieodpowiedzialność za siebie i innych - twierdzi dr Konstanty Szułdrzyński.
Fot. iStock

„W pulmonologii wobec pacjentów z niewydolnością oddechową od zawsze obowiązywała złota zasada: za wszelką cenę nie intubować i nie podłączać do respiratora. To często prowadzi bowiem do bakteryjnego szpitalnego zapalenia płuc, sepsy i zgonu. (…) A teraz, gdy stan pacjenta z COVID-19 się pogarsza, jest natychmiast alarm, że trzeba na OIOM i szuka się anestezjologów, aby podłączyli respirator” - mówił w wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej z końca października 2021 r. prof. Piotr Kuna, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Chorób Cywilizacyjnych, szef II Katedry Chorób Wewnętrznych UM w Łodzi.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Prof. Kuna o chorych z niewydolnością oddechową: za wszelką cenę nie intubować i nie podłączać do respiratora [WYWIAD]

Te słowa oburzyły dra Konstantego Szułdrzyńskiego, pierwszego lekarza “filmowca”, który pokazał walkę z pandemią COVID-19 na OIT największego szpitala w kraju (Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie) i medyka, który brał udział w pierwszym w Polsce transporcie śmigłowcem LPR chorego podłączonego do ECMO (urządzenia służącego do prowadzenia zewnątrzustrojowej, czasowej wymiany gazowej między krwią a powietrzem, gdy nie działają płuca).

pulsmedycyny.pl: Profesor Kuna się pomylił, ostrzegając przed podłączaniem „za wszelką cenę” do respiratora pacjentów z COVID-19 w ciężkim stanie?

Dr Konstanty Szułdrzyński: Profesor często wygłasza na temat koronawirusa bardzo autorytatywne sądy, które nadmiernie upraszczają i zniekształcają skomplikowaną rzeczywistość. W przypadku respiratoterapii kompletnie myli pojęcia. Przede wszystkim to nie respirator zabija pacjenta i nie powikłania, które są związane z wentylacją mechaniczną, ale zaawansowana choroba. Zabija także odwlekanie czy odmawianie intubacji - dlatego słowa profesora są niebezpieczne, mogą wzbudzać nieuzasadniony strach.

Wszystkie dostępne badania, które znam, wskazują na bardzo niską skuteczność wentylacji nieinwazyjnej w ciężkich przypadkach COVID-19, podobnie zresztą jak w innych wirusowych zapaleniach płuc. Wentylacja nieinwazyjna może być u takich pacjentów stosowana jedynie bardzo krótko, na zasadzie próby. Jeśli się powiedzie i pacjent odpowie pozytywnie, to można ją kontynuować, natomiast w każdym innym przypadku chorego trzeba natychmiast zaintubować. Ogromnym problemem u tych chorych jest tzw. napęd oddechowy. Niewydolność oddechową, którą mają w związku z zaawansowanym zapaleniem płuc, kompensują sobie bardzo głębokim i szybkim oddychaniem. Prowadzi to do dodatkowego uszkodzenia płuc. Pełna kontrola napędu oddechowego jest możliwa tylko i wyłącznie na respiratorze.

Reasumując: niepodłączanie do respiratora powoduje przewlekłe niedotlenienie - szkodliwe dla wszystkich narządów, zakwaszenie organizmu i pogłębianie się mechanizmu samouszkadzania płuc przez nadmierny napęd oddechowy.

Czyli gdy stan pacjenta zakażonego SARS-CoV-2 się pogarsza, respirator jest konieczny?

To nie jest tak, że wszystkich chorych trzeba podłączać do respiratora, że anestezjolog „rzuca się” na każdego pacjenta. Ale jeśli niewydolność oddechowa jest bardzo zaawansowana, to wydłużanie takiej „wegetacji” bez respiratora - pacjenta niedotlenionego, z ogromnym napędem oddechowym - wyłącznie zmniejsza jego szanse na przeżycie, a nie zwiększa.

Istnieje jeszcze tzw. ostatnia deska ratunku w postaci ECMO, czyli terapii pozaustrojowego natleniania krwi. Jej skuteczność zależy od tego, czy zastosujemy ją w fazie, gdy zmiany w płucach są jeszcze odwracalne. Jeśli pacjent bardzo długo będzie na wentylacji nieinwazyjnej, na tlenoterapii wysokoprzepływowej - i zostanie za późno zaintubowany, to ECMO nie przyniesie żadnych korzyści.

W ocenie prof. Kuny dla pacjentów z koronawirusem szpital to najgorsze wyjście - takie osoby powinny być izolowane w domu, a do szpitali powinni trafiać tylko najcięższe przypadki. Czyżby łóżka covidowe zajmowali "zbyt lekko" chorzy?

Z mojej praktyki ze szpitala MSWiA w Warszawie i ze Szpitala Narodowego wynika, że wszyscy pacjenci tam trafiający wymagali tlenoterapii, a więc i hospitalizacji. Prowadzenie tlenoterapii w przypadku ostrej niewydolności oddechowej w warunkach domowych jest niemożliwe, bo nie mamy ścisłego nadzoru medycznego. Nawoływanie do tego, żeby ludzie chorowali w domach, może spowodować, że jeszcze później niż obecnie będą zgłaszać się do lekarza. Czym to grozi - wszyscy wiemy.

Ponoć COVID-19 - jak tłumaczy prof. Kuna - jest leczony przez nasz układ odpornościowy, a ten buduje się, zanim zachorujemy. "Potrzebna jest odpowiednia długość snu, dieta bogata w warzywa i owoce, codzienne spacery, unikanie stresu. I co więcej? Leczenie chorób podstawowych. Jest 1500 leków - nawet więcej - które stosowane w takich chorobach jak cukrzyca, niewydolność krążenia, POChP, astma, zapobiegają rozwojowi koronawirusa po zainfekowaniu" - czytamy w wywiadzie.

Z pierwszą częścią się zgadzam. Wiadomo, że im człowiek prowadzi zdrowszy tryb życia, tym ryzyko, że wystąpi u niego objawowa postać COVID-19, jest mniejsze, choć oczywiście występuje. Część pacjentów, nawet jeśli się wysypiają, ćwiczą, zdrowo się odżywiają, zachoruje, a nawet umrze. Chęć nabywania odporności przez przechorowanie to jak gra w rosyjską ruletkę.

Co do rzekomych 1500 leków zapobiegających rozwojowi COVID-19 - ta autorska teza profesora nie znajduje potwierdzenia w jakimkolwiek naukowym piśmiennictwie światowym. Gdyby było inaczej, już dawno byśmy nie mieli pandemii, zwłaszcza w krajach o rozwiniętym systemie opieki zdrowotnej.

Prof. Kuna wspomina m.in. o sterydach wziewnych, które są tanie i włączone do leczenia natychmiast po wykryciu koronawirusa mogą być skuteczną metodą walki z pandemią.

Prawdą jest, że okazały się one skuteczne. AOTMiT zaleca, by stosować budezonid wziewnie u pacjentów leczonych ambulatoryjnie. Przebieg COVID-19 jest lżejszy, rzadziej rozwija się zapalenie płuc. Natomiast znów trzeba jasno powiedzieć, że za pomocą kortykosteroidów wziewnych nie jesteśmy w stanie wyleczyć wszystkich. Część chorych i tak trafi do szpitali. Nie popadajmy więc w przekonania niemal religijne, jak wyznawcy rzekomo stuprocentowej skuteczności amantadyny w leczeniu COVID-19.

Pod koniec listopada w RMF FM powiedział pan, że nowy wariant Omikron zakazi wszystkich, którzy dotąd nie chorowali lub się nie zaszczepili.

Powiedziałem, że koronawirus zakazi wszystkich, a Omikron tym bardziej - tyle, że zajmie mu to mniej czasu. Osób, które mają tzw. naturalną odporność i się nie zakażą po zetknięciu z wirusem, jest w najlepszym przypadku garstka.

Prof. Kuna twierdzi, że skoro głównym powodem zgonów chorych z COVID-19 jest ciężka niewydolność oddechowa w następstwie zapalenia płuc, to powinni ich leczyć interniści, specjaliści od medycyny rodzinnej, pulmonolodzy, a nie lekarze chorób zakaźnych, którzy ponoć nie są do tego przygotowani.

Nie wyobrażam sobie, żeby specjaliści chorób zakaźnych, gdzie znaczną część tej specjalizacji stanowią choroby wewnętrzne, nie umieli leczyć zapalenia płuc. Mamy za mało lekarzy, więc wykluczanie poszczególnych specjalności w imię niezrozumiałych dla mnie ambicji wydaje się przeciwskuteczne i dzielące środowisko. Teraz potrzebna jest nam solidarność, wzajemne wsparcie.

Z rozmowy dowiadujemy się, że sale, w których umieszcza się covidowych pacjentów, powinny być maksymalnie dwuosobowe, bo "jeżeli leży sześć osób, okna są zamknięte, a do tego zakładamy kłódkę na drzwi, to wytwarzany z każdym oddechem bioaerozol zabije każdego".

Nie ma żadnych danych legitymizujących myślenie, że narażenie na wirusa w momencie, gdy pacjent już leży w szpitalu, ma jakieś znaczenie. Bardzo wielu chorych trafia do szpitala po zakończonej fazie aktywnej replikacji wirusa, która trwa przez pierwsze 5-7 dni od zakażenia. Ilość wirusa w wydzielinie jest potem o wiele mniejsza. Oczywiście najlepsze byłyby pojedyncze sale, jednak w polskich realiach jest to póki co niemożliwe. Nie słyszałem też, żeby ktoś zamykał pacjentów z covidem na kłódkę. Tak się leczyło osoby chore psychicznie w średniowieczu.

Wspomniał pan o „wyznawcach” amantadyny w leczeniu COVID-19. Niedawny artykuł z czasopisma "Communications Biology", sklasyfikowanego ponoć w pierwszej 40 najlepszych pism medycznych świata, wywołał burzę. Pierwsze gromy posypały się na prof. Grzegorza Gieleraka, szefa Wojskowego Instytutu Medycznego, który - cytując opinię autorów opisanego badania - napisał w mediach społecznościowych: „amantadyna z rekomendacją do leczenia chorych z COVID-19”. Potem pojawiła się depesza PAP opisująca badania.

Artykuł mówi o faktach, które w większości były znane już wcześniej - że w laboratorium, na komórkach żaby, amantadyna ma ogólny potencjał blokera kanałów błonowych, potencjalnie hamując replikację koronawirusa. Tyle tylko, że pojawiają się dwa problemy. Pierwszy - nie wiemy, jaki jest rzeczywisty wpływ tego mechanizmu na namnażanie się wirusa i na przebieg infekcji. Drugi – nie wiemy, czy stężenia amantadyny, które są potrzebne do uzyskania pożądanego efektu, nie szkodzą człowiekowi.

Przykład? Środki dezynfekujące, których używamy przeciwko koronawirusowi, mają alkohol. Dlaczego więc nie używamy alkoholu w leczeniu COVID-19? Z bardzo prostego powodu - żeby zadziałał w miejscu, gdzie jest wirus, musi mieć stężenie na poziomie 70 proc. O ile na dłoniach to zadziała, wewnątrz organizmu już nie. Śmiertelne stężenie alkoholu w organizmie to 4 promile, czyli 0,4 proc. Alkohol zabija wirusa? Zabija. Możemy go używać w tym celu w żywych organizmach? Nie! Tak samo sprawa wygląda z wybielaczem, którego wstrzykiwanie proponował swego czasu Donald Trump.

Substancji, które teoretycznie mogą zahamować mechanizmy molekularne niezbędne wirusowi do namnażania się, jest bardzo dużo. Dlaczego nie stają się lekami? Dlatego, że niemożliwe jest ich zastosowanie in vivo, czyli w żywym organizmie.

Wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł w liście do ministra zdrowia sugeruje, że w Polsce blokuje się badania kliniczne nad amantadyną.

Nic mi nie wiadomo na temat rzekomej „blokady” takich badań. Co więcej, Rada Medyczna naciska na to, żeby zakończyły się one jak najszybciej i żeby opinia publiczna poznała wyniki. To pozwoli przeciąć wszelkie spekulacje i mity, które powstały na temat amantadyny. Dla wielu szarlatanów, którzy żerują na naiwności Polaków, to teraz narzędzie do zarabiania pieniędzy.

Czym ma kierować się zwykły Kowalski w budowaniu obiektywnej opinii o pandemii, skoro - pana zdaniem - "błądzi" nawet profesor medycyny, dla wielu autorytet?

Polecam inicjatywę „Nauka przeciw pandemii” zrzeszającą uznanych ekspertów ze środowiska naukowego, którzy zjednoczyli się na rzecz szerzenia rzetelnej informacji nt. pandemii i szczepień. Na stronie inicjatywy dostępne są dwie „Białe księgi” - jedna dotyczy szczepień, druga - objawów i skutków COVID-19. Są napisane zrozumiałym językiem.

Miejmy też świadomość, że w internecie tworzą się „bańki informacyjne”, szczególnie w przypadku tzw. teorii spiskowych, w które wpisują się środowiska antycovidowe, antyszczepionkowe. Mechanizm manipulacji jest bardzo prosty - z całej palety różnych przykładów wybiera się tylko takie, które potwierdzają daną koncepcję, kompletnie ignorując inne, których jest o wiele więcej, są wiarygodne i mówią zgoła coś innego.

Podsumowując: nie dajmy się omamić piewcom fałszywych teorii - czas na dyskusje już dawno minął. Słuchajmy profesjonalistów. Ciężki przebieg COVID-19 u osób, które trafiają do szpitala, a świadomie się nie zaszczepiły, to nie jest nieszczęście - to nieodpowiedzialność za siebie i innych.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Reinfekcje u ozdrowieńców po COVID-19: jaka jest skala problemu?

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.