Dr Paweł Grzesiowski: Pandemia to wielka nauka pokory

Rozmawiała Katarzyna Matusewicz
opublikowano: 09-03-2021, 18:53

„W minionym roku oddałem się bez reszty kształceniu kadr medycznych i upowszechnianiu wiedzy o pandemii w społeczeństwie, bo uważam, że nauka i świadomość to najsilniejszy oręż w walce z wirusem SARS-CoV-2” - mówi dr n. med. Paweł Grzesiowski.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Dr n. med. Paweł Grzesiowski
Szymon Łaszewski

Jak będzie pan wspominać rok 2020?

Będzie mi się on już zawsze kojarzył z pandemią i to w różnych wymiarach: medycznym, społecznym i osobistym. COVID-19 to nowa choroba, której wciąż się uczymy, stanowiąca wielkie wyzwanie naukowe i medyczne. Początkowo myśleliśmy, że to nowe zakażenie, a dziś wiemy, że to złożony zespół naczyniowo-immunologiczny inicjowany zakażeniem. Poza tym stanowi ona również ogromne wyzwanie dla działań edukacyjnych, bo nowej wiedzy przybywa tak szybko, że wiele osób gubi się w tym zamieszaniu. W minionym roku oddałem się bez reszty kształceniu kadr medycznych i upowszechnianiu wiedzy w społeczeństwie, zarówno poprzez działalność konsultacyjną, jak i media, bo uważam, że nauka i świadomość to najsilniejszy oręż w walce z wirusem SARS-CoV-2. Pozwalają unikać zagrożeń, dlatego mogą być ważniejsze nawet niż szczepionki i leki. Warto przy tym podkreślić ogromny postęp naukowo-technologiczny, jaki dokonał się w roku 2020 za sprawą pandemii.

Czy kiedy na świecie zaczęto mówić o pierwszych ogniskach zakażenia SARS-CoV-2, spodziewał się pan, że będzie to epidemia na taką skalę?

Myślę, że w grudniu 2019 czy w styczniu 2020 r. nikt się tego nie spodziewał. Pierwsze informacje z początku roku nie były specjalnie alarmujące. Często docierają do nas doniesienia o nowych szczepach pewnych patogenów, które zwykle występują tylko lokalnie. Z tego, że tym razem sytuacja może być poważniejsza i mamy do czynienia z globalnym zagrożeniem, zadałem sobie sprawę, gdy wirus SARS-CoV-2 opuścił Azję. Oczywiście, nawet na tym etapie nie przewidywałem, że przebieg choroby i jej powikłania mogą być aż tak niebezpieczne.

Dzisiaj wiemy, że SARS-CoV-2 drastycznie pobudza wykrzepianie, a COVID-19 to choroba śródbłonka naczyń krwionośnych, układu krzepnięcia i wielonarządowa reakcja zapalna, a nie zwykłe czy nawet ciężkie zapalenie płuc. Pierwsi pacjenci nie byli leczeni przeciwzakrzepowo. Drogę do tego, co dzisiaj wiemy, jak leczymy i zapobiegamy COVID-19, przeszliśmy praktycznie od zera. Jednocześnie trzeba przyznać, że na początku pandemii zapanowała w Polsce panika. Każdy, kto miał gorączkę, podejrzewał od razu u siebie zakażenie koronawirusem...

Z drugiej strony było też trochę ignorancji…

Trochę - to za mało powiedziane. Pandemia to wielka nauka pokory. Najlepiej widać to teraz, gdy dużo już się nauczyliśmy, przetestowaliśmy leki, wynaleźliśmy szczepionkę i nagle pojawiły się nowe warianty koronawirusa… Historia medycyny podpowiadała, że tego właśnie powinniśmy się spodziewać, ale i tak po raz kolejny zostaliśmy zaskoczeni. Jeżeli nowe warianty wirusa zaczną atakować ozdrowieńców czy przełamywać odporność poszczepienną, to znajdziemy się w punkcie wyjścia, a pandemia zacznie się praktycznie od początku.

Jest pan absolwentem Wydziału Lekarskiego Akademii Medycznej w Warszawie. Skąd wybór takiej ścieżki zawodowej?

Nie mam w rodzinie tradycji medycznych. Byłem wychowywany przez rodziców na umysł ścisły. W liceum chodziłem do klasy matematycznej, ale jednocześnie miałem fantastyczną nauczycielkę biologii, która zaraziła mnie swoją pasją. Z kolei mój dziadek miał dom w Zakopanem, który wynajmował turystom. Było wśród nich wielu lekarzy. Przysłuchiwałem się ich rozmowom, gdy wyjeżdżałem zimą na narty. Te zasłyszane przez ścianę opowieści lekarskie wywarły na mnie duży wpływ. To wszystko sprawiło, że po maturze wybór kierunku studiów był dla mnie oczywisty. A dlaczego pediatria? Po drugim roku medycyny urodził się mój pierwszy syn. Mając małego pacjenta w domu, wydawało mi się to zupełnie naturalne, chociaż wcześniej chciałem zostać…psychiatrą.

Dzisiaj w pana życiu zawodowym ważne miejsce zajmuje immunologia, szczepienia ochronne, medycyna zapobiegawcza.

Wiąże się to z wcześniejszymi wyborami. Pediatria to w dużym stopniu profilaktyka i choroby zakaźne. Nawet mój prywatny gabinet nazwałem Profilaxis, trochę dla ojca, który był wykładowcą. Poza tym pamiętam dwie sytuacje, które silnie wpłynęły na mój dalszy rozwój zawodowy. Będąc na stażu na oddziale pediatrycznym szpitala uniwersyteckiego w Warszawie, asystowałem na dyżurze, podczas którego przywieziono dziecko w ciężkim stanie z zapaleniem opon mózgowo-rdzeniowych.

Trzeba było jak najszybciej wykonać badania diagnostyczne, ale okazało się, że tej nocy w laboratorium nikogo nie było, więc zadzwoniłem do zaprzyjaźnionej profesor z PZH, która skierowała mnie do młodego mikrobiologa, również asystenta. On doradził mi, żebym zrobił preparat bezpośredni z płynu mózgowo-rdzeniowego, czyli zabarwił, wziął pod mikroskop i obejrzał. Poinstruował mnie, jak to zrobić, bo nikt nas tego w klinice nie uczył. Mikroskop pożyczyłem z laboratorium. Obraz tych bakterii pod mikroskopem był dla mnie niesamowity! Wtedy zdałem sobie sprawę, jak ważna jest szybka diagnostyka mikrobiologiczna w procesie terapeutycznym. Po godzinie miałem rozpoznanie i podałem pacjentowi celowany antybiotyk. Rano moja szefowa i starsi koledzy z oddziału byli w szoku.

Drugim tak znaczącym przeżyciem była obserwacja pacjentów w stacji dializ, gdzie pracowałem. Wiedziałem, że z jednej strony zabiegi te przedłużają tym chorym życie, a z drugiej strony - nierzadko doprowadzają do zakażenia wirusowym zapaleniem wątroby typu B, co z kolei wyklucza ich z kolejki do przeszczepu. Udało się wtedy ściągnąć z Belgii niezarejestrowane jeszcze szczepionki i zaszczepić grupę dzieci, które później włączyłem do badania. Stało się to przyczynkiem do mojej pracy naukowej, zwieńczonej pracą doktorską: „Zapobieganie wirusowemu zapaleniu wątroby typu B u dzieci z przewlekłymi chorobami nerek”.

Dziedziny naukowe, którymi się pan zajmuje bardzo szybko się rozwijają. Czy w końcu uda się ludzkości wygrać z chorobami zakaźnymi?

Przez 30 lat mojej pracy zawodowej bardzo wiele się zmieniło. Pamiętam taki moment na przełomie XX i XXI wieku, gdy wydawało nam się, że pokonaliśmy większość chorób zakaźnych, ale jak widać patogeny ciągle nas zaskakują, a do tego dochodzi bardzo poważny problem lekooporności, np. w przypadku Pseudomonas aeruginosa, Klebsiella pneumoniae czy Clostridioides difficile, przez co giną miliony osób na całym świecie.

Myślę, że gdyby nie wybuch pandemii SARS-CoV-2, to temat tzw. superbakterii, opornych na większość dostępnych antybiotyków, byłby dzisiaj numerem jeden w zakresie chorób zakaźnych. Z pewnością przyjdzie nam się jeszcze z tym zmierzyć. Już teraz widać taką tendencję: pacjenci umierają w szpitalu nie tylko na COVID-19, ale potem na pocovidowe powikłania bakteryjne, m.in. klostridiozę, zakażenia wieloopornymi pałeczkami bakterii Gram-ujemnych typu Klebsiella pneumoniae czy Acinetobacter baumannii.

Od początku wybuchu pandemii jest pan na pierwszej linii walki z COVID-19 jako lekarz, ekspert i edukator. Skąd czerpie pan energię?

W dużej mierze wynika to z mojego temperamentu i osobowości. Jestem w ciągłym ruchu, nie lubię bezczynności. Nawet kiedy odpoczywam, to robię to w sposób aktywny. Poza tym mam łatwość nawiązywania kontaktu i budowania zespołów. Myślę, że moją silną stroną jest entuzjazm i umiejętność budowania relacji, przyciągania ludzi, którzy mają wspólne zainteresowania i cele. Są osoby, z którymi współpracuję od kilkunastu lat, wzajemnie się wspieramy i to daje mi ogromną siłę.

Niektórzy mówią, że jestem „koronacelebrytą”. Dla mnie nie jest ważne, jak wyglądam, ale co mówię i co ludzie z tego rozumieją. Propagowanie wiedzy to trudne zadanie, bo trzeba być obiektywnym, unikać emocji, a jednocześnie zainteresować słuchaczy. Mimo że od jakiegoś czasu jestem rozpoznawalny, to staram się nigdy nie być na pierwszym planie, unikam jak ognia imprez medialnych, które nie wnoszą nic merytorycznego. Jednak do kontaktu z mediami trzeba dojrzeć, należy się szkolić, słuchać opinii, bo pandemia pokazała jak wielu jest pseudoekspertów, którym kamera odbiera zdrowy rozsądek. Niestety, nierzadko ich głos jest także brany pod uwagę, bo mają przed nazwiskiem tytuł naukowy.

Uważam, że prawdziwą siłą w walce z chorobami zakaźnymi jest wiedza, rzetelne informacje, opinie poparte dowodami naukowymi. Dzielenie się tym sprawia, że ktoś staje się autorytetem, bo ludzie muszą mieć oparcie w takich trudnych sytuacjach.

I pan niewątpliwie nim jest. A kto inspiruje pana?

Ludzie, których spotykam. Na Tweeterze śledzę ok. 200 osób z całego świata, codziennie czytam kilkanaście publikacji i analiz. Każda z nich jest z jakiegoś powodu dla mnie ważna, wnosi coś do mojego zbioru przemyśleń. Oprócz tego co tydzień prowadzę webinaria covidowe, gdzie ponad 1000 osób pisze na czacie swoje komentarze, konsultuję pacjentów. To niewyczerpane źródło bezcennej inspiracji.

Jednocześnie nie jestem orędownikiem autorytetów utytułowanych, dlatego niewielu jest na mojej liście „śledzonych” profesorów. Dużo chętniej słucham zwykłych lekarzy, którzy często mają większą wiedzę praktyczną i szersze spojrzenie na temat problemów opieki zdrowotnej, niż osoby siedzące w swoich gabinetach, obserwujące wszystko z dystansu. Medycyna to nie jest teoria, ale nauka budująca się na doświadczeniu i relacji z pacjentem. Bardzo ubolewam, że wiele osób, które dzisiaj decydują o kształcie polskiej opieki zdrowotnej, ma bardzo wąską lub płytką wiedzę na ten temat.

Gdyby miał pan opisać się w trzech zdaniach, to jak by one brzmiały?

Po pierwsze: od najmłodszych lat byłem nazywany „bardzo żywym dzieckiem” i to mi chyba zostało. Po drugie: jestem ciekawy świata, zadaję dużo pytań, drążę interesujące mnie tematy. A po trzecie: jestem usieciowany. Oznacza to, że tworzę kręgi relacji zarówno zawodowych, jak i osobistych, jestem graczem zespołowym, a nie indywidualistą.

Jaki będzie rok 2021?

Chciałbym, aby był to rok przełomowy, bo pandemia to nie tylko zjawisko biologiczne, ale i wyzwanie dla systemu ochrony zdrowia, który ma wiele wad. Myślę, że czekają nas poważne zmiany w tym obszarze, ponieważ polska opieka medyczna jest w głębokim kryzysie. Boję się jednak, że wprowadzane reformy sprawią, że sytuacja ta jeszcze się pogorszy ze względu na silny „autyzm polityczny”, jak nazywam wykluczanie opinii osób o innych poglądach. Widać to już na przykładzie zapędów do centralizacji ochrony zdrowia. Jest to powrót do tego, co zastaliśmy po upadku komunizmu i to się nie sprawdziło.

Uważam, że do pandemii trzeba dorosnąć, zrozumieć ją. Bardziej skuteczna jest postawa proaktywna, wyprzedzająca niż reaktywna, naprawcza. Zawsze zapobieganie jest skuteczniejsze niż leczenie. Musimy dostosować się do nowej sytuacji, a nie negować zagrożenie. Im szybciej to zrozumiemy, tym straty będą mniejsze.

Z pewnością będzie to też kolejny rok walki z pandemią, bo przecież wirus z dnia na dzień nie zniknie, raczej będzie mutował. Myślę, że jeszcze długo będziemy prowadzić z nim pewnego rodzaju wyścig. Być może dzięki temu ludzkość zrozumie, że narusza wszelkie możliwe granice stawiane przez naturę, a odpowiedzią na to są właśnie zarazy. Nie bez powodu SARS-CoV-2 atakuje najsłabszych: osoby starsze, obciążone innymi chorobami, żyjące w najbogatszych krajach. Tym samym działa jak czynnik odmłodzenia populacji, wykorzystując globalizację i zdobycze nowoczesności, takie jak chociażby transport lotniczy. Jest po prostu wirusem na miarę naszych czasów…

O KIM MOWA

Dr n. med. Paweł Grzesiowski jest pediatrą, immunologiem, ekspertem w dziedzinie profilaktyki zakażeń, doradcą do walki z COVID-19 Naczelnej Izby Lekarskiej, założycielem i prezesem zarządu Fundacji Instytut Profilaktyki Zakażeń.

Dr n. med. Paweł Grzesiowski zajął 2. miejsce na Liście Stu 2020 najbardziej wpływowych osób w polskim systemie ochrony zdrowia.

Źródło: Puls Medycyny

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.