Dr Opielak: warto znać pozafarmakologiczne metody oddziaływania na nastrój

  • Grzegorz Opielak
opublikowano: 20-10-2022, 16:50

W ciągu ostatnich kilku miesięcy, za sprawą artykułu kwestionującego skuteczność (a w domyśle także zasadność) podawania leków przeciwdepresyjnych, wielu pacjentów zaczęło się zastanawiać, czy bez farmakoterapii jesteśmy zupełnie bezbronni, czy jednak umiemy w jakiś inny sposób wpływać na poziom nastroju?

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Dr Grzegorz Opielak: Pytanie o sens i skuteczność metod innych niż farmakoterapia nadal pozostaje aktualne
Dr Grzegorz Opielak: Pytanie o sens i skuteczność metod innych niż farmakoterapia nadal pozostaje aktualne
Fot. Archiwum

Powyższe pytania od kilku miesięcy kierują do mnie także moi pacjenci. Oczywiście, nie ma w tym nic złego, a jest naturalna ciekawość i chęć podtrzymania świadomości, że nawet jeśli nie leki przeciwdepresyjne, to jednak „coś” mamy. Czy istotnie dysponujemy jakimkolwiek skutecznym sposobem walki z niskim poziomem nastroju, innym niż środki przeciwdepresyjne?

Otwarci na przeszłość 
i przyszłość

Spadki nastroju nie są w końcu niczym nowym, charakterystyczne dla nich objawy znane były człowiekowi i opisywane od stuleci. A mimo to prawdziwie skuteczne metody rozwiązywania takich problemów klinicznych, czyli po prostu walki z depresją, to zdecydowanie domena czasów współczesnych, a konkretnie kilku ostatnich dziesięcioleci. Jednak pytanie o sens i skuteczność metod innych niż farmakoterapia nadal pozostaje aktualne. W niniejszym artykule postaram się przybliżyć i opisać to, co dzisiaj wiemy o metodach niefarmakologicznych i co w przyszłości może nie tyle zastąpi farmakoterapię, ile z powodzeniem będzie mogło ją uzupełniać.

Trzeba wszak pamiętać, że rozwój nowoczesnych, innych niż leki metod oddziaływania na nastrój ciągle się dokonuje. Za dowód niech posłuży fakt, że oprócz znanego od lat 30. XX w. leczenia elektrycznego, w chwili obecnej dysponujemy jeszcze kilkoma innymi metodami, jak choćby terapią polem magnetycznym czy światłem. To też wyraźnie pokazuje, że niektóre ze sposobów, od dawna stosowanych do kontroli poziomu nastroju, mogą być nadal skuteczne i z powodzeniem używane.

Niestety, w wielu przypadkach wiedza o istocie działania lub sposobach przeprowadzania danej terapii opiera się nie tyle na realnej wiedzy, ile na ludowych przekazach lub obrazach z dzieł X muzy. Najlepszym tego przykładem może być metoda leczenia elektrycznego, znana potocznie jako elektrowstrząsy. W dzisiejszych czasach ELD, czyli elektryczne leczenie drgawkowe (lub leczenie elektryczne), ze wstrząsami ma tyle samo wspólnego, co z obrazem prezentowanym w filmie „Lot nad kukułczym gniazdem”. Ale o tym później…

Wielu pacjentów, słysząc od lekarza sugestię zakupu czegoś bez recepty w aptece, jest co najmniej mocno zafrasowanych. W powszechnym rozumieniu wizyta u psychiatry zawsze kończy się bowiem przepisaniem leku mającego takie czy inne działanie psychotropowe, a już na pewno zbieżne z oczekiwanym przez pacjenta. Czy na pewno? I tak, i nie. Gdy przychodzą do nas pacjenci z chorobą endogenną (czyli którąś z „dużych” chorób psychicznych), nikt nie odważy się sięgnąć po inne środki niż skuteczne i sprawdzone leki. Jeśli jednak w poradni zjawiają się pacjenci z prośbą o uregulowanie snu czy zgłaszają niewielkiego stopnia sytuacyjny spadek nastroju, to początkowo możemy próbować oprzeć się na metodach niefarmakologicznych. Ale z całą mocą podkreślam: tylko na wstępie!

Zmiana wzorca funkcjonowania

Pierwszą grupą zaburzeń, jaka od razu przychodzi mi na myśl (wraz z często spotykaną grupą pacjentów), są zaburzenia snu czy po prostu zaburzenia rytmu dobowego. Zrozumiałe, że zbyt krótki lub nieefektywny sen po pewnym czasie doprowadzi do mniejszego lub większego spadku nastroju. Jedną z niefarmakologicznych metod oddziaływania jest w takiej sytuacji zmiana wzorca funkcjonowania pacjenta, zwłaszcza w godzinach wieczornych.

W dobie wszechogarniającej i otaczającej nas elektroniki, przede wszystkim zaś mocno oddziałujących na podwzgórze LED-owych i oLED-owych ekranów w tabletach, telefonach i telewizorach, trudno spodziewać się, by nasze podwzgórze i szyszynka w sposób właściwy spełniały swoją funkcję zegara biologicznego. Warto więc wspomnieć pacjentom o konieczności ograniczenia wieczornego i nocnego eksponowania na światło smartfona czy tabletu, bo emitowane przez takie urządzenia jego widmo wyjątkowo podstępnie zaburza fizjologiczny poziom melatoniny. Można też sięgnąć od razu po melatoninę, ale w mojej ocenie niech pozostanie to ostatecznością, a ów hormon będzie używany głównie do tego, do czego służył od początku, czyli walki z objawami jet-lag.

Właściwa higiena snu ma zresztą duży wpływ nie tylko na poziom nastroju, ale całego naszego codziennego funkcjonowania. Przywrócenie takowej należałoby w całości traktować w kategoriach pozafarmakologicznego środka oddziaływania na nastrój. Dlaczego? Trzeba pamiętać, że melatonina i odpowiadająca za poziom nastroju serotonina, znajdują się w jednym szlaku biochemicznym i wzajemnie na siebie oddziałują. Obrazują to widoczne zmiany naszego samopoczucia głównie na wiosnę i jesienią, podczas zmiany długości dnia. Organizm ludzki stara się wtedy dostosować do zmieniającego wzorca dzień-noc, a z natury jesteśmy stworzeni do nocnego wypoczynku i dziennej aktywności.

Światło jak lekarstwo

Gdy sama zmiana wieczornych albo nocnych przyzwyczajeń pacjenta nie wystarcza, warto rozważyć kolejną metodę pozafarmakologicznego oddziaływania na nastrój. Wprost ze Skandynawii przyszła do nas dobrych parę lat temu fototerapia, czyli leczenie światłem widzialnym.

Jest to metoda o dowiedzionej i bezsprzecznej skuteczności, używana przede wszystkim w regionach, gdzie noc potrafi zacząć się w październiku, a skończyć w drugiej połowie lutego. Funkcjonowanie w takich warunkach można spróbować sobie wyobrazić, przyjmując, że jest południe, a jedyne światło, z jakim mamy do czynienia, to niewielka lampa na suficie. Zbyt mała ilość, na dodatek sztucznego i relatywnie słabego, światła prędzej czy później spowoduje, że dobowy poziom melatoniny zupełnie nie będzie „układał się” w sposób fizjologiczny. Stosując specjalistyczne lampy i oczywiście korzystając z nich w odpowiedni sposób, możemy ten patologiczny trend uspokoić.

Psychologia i psychiatria
Specjalistyczny newsletter przygotowywany przez ekspertów
ZAPISZ MNIE
×
Psychologia i psychiatria
Wysyłany raz w miesiącu
Specjalistyczny newsletter przygotowywany przez ekspertów
ZAPISZ MNIE
Administratorem Twoich danych osobowych będzie Grupa Rx sp. z o.o. Klauzula informacyjna w pełnej wersji dostępna jest tutaj

Nie będę się silił na opisywanie szczegółów technicznych lamp do fototerapii, ale trzeba pamiętać, że natężenie światła emitowanego przez owe urządzenia wielokrotnie przekracza wartości charakterystyczne dla zwykłego oświetlenia domowego. Najsilniejsze z lamp generują światło o natężeniu 10 tys. luksów, co nie oznacza, że w dziedzinie fototerapii w ostatnim czasie nie pojawiły się jakieś nowości czy oznaki dalszej pracy nad tą metodą. Oprócz różnego rodzaju lamp, pokazały się choćby specjalne słuchawki z wbudowanymi diodami emitującymi jasne światło wprost do przewodu słuchowego zewnętrznego i ogólnie naświetlające piramidę kości skroniowej. Okazuje się, że nie brakuje tam komórek światłoczułych, a my możemy w jednym czasie spacerować, słuchać dobrej muzyki i walczyć ze spadkiem nastroju.

A może przezczaszkowa 
stymulacja magnetyczna?

Kolejną niefarmakologiczną metodą o uznanej skuteczności jest przezczaszkowa stymulacja magnetyczna (ang. repetitive Transcranial Magnetic Stimulation, rTMS). Jest ona wprawdzie dostępna w Polsce, ale stosowana relatywnie rzadko. O wielkiej popularności rTMS w USA może świadczyć fakt, że wiele gabinetów psychiatrycznych, nawet niewielkich, dysponuje własnym sprzętem do jej przeprowadzania. W skrócie, metoda opiera się na wystawianiu mózgu na działanie silnego pola magnetycznego o określonych parametrach. Pozwala to u większości pacjentów na uzyskanie poprawy i finalnie elewację nastroju.

Dużą zaletą tej metody jest także bezpieczeństwo w zakresie towarzyszącej farmakoterapii. Próby poddania pacjenta rTMS nie ograniczają w znaczący sposób możliwości równoczesnego przyjmowania leków, co w tym wypadku stanowi zasadniczą przewagę nad leczeniem elektrycznym.

Prawda o leczeniu elektrycznym

Jest to bez wątpienia najstarsza ze znanych niefarmakologicznych metod leczenia depresji. Jak wspomniałem, budzi ona nadal wiele kontrowersji, bynajmniej nie u fachowców, ale u tych, którzy psychiatrię znają przede wszystkim z ekranu telewizora. Leczenie elektryczne, zwane niegdyś elektrowstrząsami, jest metodą skuteczną, a w obecnych czasach niespecjalnie bolesną czy kłopotliwą dla pacjenta.

Podstawą leczenia elektrycznego staje się wyzwolenie napadu padaczkowego, można powiedzieć — w sposób kontrolowany. Przed wprowadzeniem prądu elektrycznego używano do tego innych substancji, jak choćby pentetrazol czy insulina. O ile tamte sposoby bywały karkołomne, o tyle użycie prądu elektrycznego o określonym napięciu, natężeniu i odpowiednim punkcie przyłożenia elektrod, jest daleko bardziej bezpieczne. Z dawnych czasów pochodzi niezbyt szczęśliwa, choć powszechnie używana nazwa — elektrowstrząsy; w pewnej mierze nadal chodzi o wyzwolenie napadu padaczkowego, jednak dużo mniej widowiskowo niż dawniej.

Jak obecnie przebiega leczenie elektryczne? W asyście anestezjologa lekarz psychiatra przykłada elektrody do głowy pacjenta i przepuszcza przez nie prąd o określonych parametrach. Anestezjolog nie jest jedynie bierną asystą, ale podaje pacjentowi przed zabiegiem środki usypiające i rozluźniające mięśnie. Między innymi z tego powodu nie występują u pacjenta wyraźne drgawki. Obraz leczenia prądem, widoczny w słynnym filmie Milosa Formana, już dawno stracił na aktualności, chociaż wciąż na jego podstawie powiela się szkodliwe stereotypy.

Alternatywa dla leków przeciwdepresyjnych

Co wynika z powyższych rozważań? Niewątpliwie leki przeciwdepresyjne stanowiły krok milowy w rozwoju medycyny, w związku z czym coraz bardziej zapominamy o innych metodach. Dlaczego?

Myślę, że powodów jest kilka. Po pierwsze: wygoda — tabletki dla lekarza i pacjenta stanowią najprostszy sposób leczenia, zarówno w szpitalu, jak i poza nim. Wobec warunków, jakie musimy spełnić dla możliwości poddania pacjenta leczeniu elektrycznemu czy rTMS, perspektywa farmakoterapii jawi się jako wyjątkowo prosta. Po drugie: koszty — policzmy utrzymanie infrastruktury, anestezjologa itd. Po trzecie: zyski. Po stronie producentów sprzętu mamy relatywnie niewielkie firmy lub równie małe „odłamy” wielkich koncernów. Po stronie przemysłu farmakologicznego — przedstawicieli handlowych i spore środki na promocję. Szkoda, bo nie zawsze musimy sięgać po farmakologię, a leki (choć bez wątpienia skuteczne) powinny jednak mieć jakąś alternatywę.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Okiem psychiatry praktyka: w kręgu samobójczych motywacji

Okiem psychiatry praktyka: pułapki diagnozowania depresji

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: dr n. med. Grzegorz Opielak

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.