Czy naprotechnologia może zastąpić in vitro?

IKA
opublikowano: 13-01-2016, 12:59

Ministerstwo Zdrowia podjęło decyzję o zakończeniu „Programu Leczenia Niepłodności Metodą Zapłodnienia Pozaustrojowego”. Od połowy 2016 r. w zamian ma zostać wprowadzony „Narodowy Program Prokreacyjny” oparty na rozwiązaniach naprotechnologii. Czy naturalne sposoby planowania rodziny mogą zastąpić zabiegi in vitro lub inseminacji?

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Lekarze alarmują, że to bezpodstawne założenie, a jego konsekwencje poniosą niepłodne pary, które nie będą mogły skorzystać z zaawansowanych metod leczenia niepłodności oraz pozaustrojowego zapłodnienia, będących często jedyną szansą na upragnioną ciążę.

Rządowy „Program Leczenia Niepłodności Metodą Zapłodnienia Pozaustrojowego” funkcjonuje od 2013 r. Dotychczas dzięki niemu urodziło się ok. 3,7 tys. dzieci, a ponad 17 tys. par jest w trakcie leczenia. „Program ten zapewniał parom objętym terapią równy dostęp i możliwość korzystania z procedury zapłodnienia pozaustrojowego niezależnie od statusu materialnego. Tak więc decyzja o jego zakończeniu uderzy przede wszystkim w mniej zamożną grupę pacjentów, których nie będzie stać za leczenie” – mówi dr n. med. Ewa Goncikowska, ginekolog-położnik w FertiMedica Centrum Płodności.

Pomimo wymiernych efektów program ten ma być zastąpiony przez „Narodowy Program Prokreacyjny” oparty na rozwiązaniach naprotechnologii.

Zobacz więcej

Flickr.com/Tahe Fertilidad

Zapłodnienie: przede wszystkim naturalnie

Naprotechnologia to metoda monitorowania i utrzymywania zdrowia układu rozrodczego kobiet stworzona przez Thomasa W. Hilgersa w 1991 r., oparta głównie na naturalnych sposobach planowania rodziny, które są dopuszczane m.in. przez kościół katolicki. Terapia prowadzona jest na podstawie regularnych obserwacji kobiecego organizmu oraz tzw. modeli płodności Creightona, które zgodnie z założeniami pozwalają ustalić optymalny dla danej pary moment współżycia.

Naprotechnologia dopuszcza stosowanie środków hormonalnych oraz zabiegów laparoskopowych, których celem jest przywrócenie możliwości naturalnego poczęcia. Może być zatem stosowna u pacjentów, których niepłodność jest w pełni uleczalna i daje się korygować bez większej ingerencji medycznej, czyli u ok. 40 par.

W terapii niepłodności czas ma kluczowe znaczenie

„Dotychczas pary, które miały udokumentowane nieskuteczne leczenie przez co najmniej 12 miesięcy, mogły skorzystać z rządowego programu finansowania zabiegów in vitro, które są ostatnim etapem terapii stosowanym, gdy inne metody leczenia niepłodności zawodzą. Trzeba również pamiętać, że jest grupa pacjentów, którzy bez zastosowania in vitro nigdy nie zostaną rodzicami. To m.in. kobiety, którym usunięto oba jajowody, lub mężczyźni ze skrajnie niskimi parametrami nasienia” – tłumaczy dr Goncikowska.

W terapii niepłodności czas ma kluczowe znaczenie. Poza spadkiem potencjału rozrodczego wraz z wiekiem u kobiety zaczynają się również pojawiać zaburzenia hormonalne, zmniejsza się jakość i ilość komórek jajowych oraz czynność jajników. Czynniki te wpływają na skuteczność leczenia.

„Oferowanie naprotechnologii parom mającym długotrwałe trudności z płodnością to wręcz kradzież okresu rozrodczego kobiety. Trzeba pamiętać, że z powodu starzenia się jajników u kobiet maleją z wiekiem szanse na zapłodnienie. Po 35. roku życia ich płodność spada dramatycznie” – komentuje prof. dr hab. n. med. Marian Szamatowicz, który w 1987 r. dokonał pierwszego w Polsce udanego zabiegu zapłodnienia metodą in vitro.

Naprotechnologia zakłada ok. 24 miesiące mające na celu naukę obserwowania cykli owulacyjnych, diagnostykę, leczenie przyczynowe oraz dalsze obserwowanie cykli. Zdarza się, że dwa lata poświęcone na obserwacje owulacji są kluczowe dla możliwości uzyskania ciąży. Problem w tym, że 24 miesiące w życiu kobiety to na tyle długo, że w tym czasie może ona stracić szansę na posiadanie biologicznego potomstwa, bo wyczerpie się tzw. rezerwa jajnikowa.

Jak pokazują statystyki, efektywność zabiegów in vitro, a więc współczynnik uzyskanych ciąż do liczby zapłodnień pozaustrojowych, kształtuje się na poziomie 30 proc. na jeden cykl zapłodnień. Współczynnik ten w przypadku naprotechnologii wynosi ok. 25 proc., jednak w rozłożeniu na 24 miesiące, w trakcie których prowadzona jest terapia – dane te nie zostały jednak nigdy w pełni zweryfikowane.

„Naprotechnologia jest metodą nieskuteczną w przypadku obniżonych parametrów nasienia, trwałego uszkodzenia jajowodów, nieodwracalnych zmian spowodowanych endomeriozą czy problemów genetycznych” – wyjaśnia dr Jakub Wyroba, ginekolog-położnik zajmujący się leczeniem niepłodności w Centrum Medycznym Macierzyństwo.
 

Tylko sześć publikacji

Naprotechnologia to metoda nieuznana przez medycynę konwencjonalną. Jedyne dostępne i zrecenzowane badanie to badanie naprotechnologów Stanforda i Boyle'a prowadzone na grupie 1072 małżeństw, z której jednak zostały wykluczone pary ze stwierdzoną zaawansowaną niepłodnością, m.in. azoospermią czy niską rezerwą jajnikową. Nie była to więc przekrojowa grupa par niepłodnych.

Ani międzynarodowe organizacje, takie jak ESHRE czy ASRM, ani Polskie Towarzystwo Medycyny Rozrodu i Embriologii oraz Polskie Towarzystwo Ginekologiczne nie rekomendują tej metody. Środowisko medyczne niepokoi również fakt, że para decydująca się na skorzystanie z technik naprotechnologii trafia pod opiekę tzw. instruktorów, czyli osób, które nie posiadają nawet wykształcenia medycznego. Lekarzy zajmujących się naprotechnologią jest niewielu – w Polsce mniej niż 30, a są województwa, w których nie przyjmuje żaden lekarz zajmujący się tą techniką.

Naprotechnologia ma swoich zwolenników głównie wśród osób, dla których ze względów religijnych bądź etycznych niedopuszczalne jest powstawanie na skutek stymulacji hormonalnej i zapłodnienia pozaustrojowego kilku zarodków oraz ich mrożenie. Technika sprawdzi się u młodych par starających się o dziecko, u których nie występują poważne uszkodzenia układu rozrodczego, a nasienie mężczyzny spełnia normy pozwalające na naturalne zapłodnienie.

„To wciąż terapia eksperymentalna, która ma na koncie jedynie sześć publikacji naukowych, z czego tylko jedna faktycznie mówi o leczeniu niepłodności. Z uwagi na szczególne znaczenie regulacji prawnych dotyczących zdrowia człowieka, wszelkie decyzje dotyczące dostępności terapii i jej refundacji należy podejmować na gruncie sprawdzonej i zweryfikowanej badaniami wiedzy medycznej” – podsumowuje dr n. med. Ewa Goncikowska.

Często zdarza się, że pary mające problem z poczęciem dziecka dzięki obserwacji cyklu owulacyjnego, zmianie nawyków żywieniowych, wprowadzeniu technik relaksacyjnych czy zwiększeniu aktywności fizycznej po kilku lub kilkunastu miesiącach wreszcie widzą upragnione dwie kreski na teście ciążowym. Kluczowe jest bowiem poznanie swojego organizmu i sygnałów, które wysyła. Nie należy jednak zapominać, że spory procent wśród niepłodnych stanowią te pary, u których konieczna jest interwencja medyczna, bo bez niej nie mają one szans na biologiczne potomstwo. Techniki wspomaganego rozrodu, jak sama nazwa wskazuje, pomagają właśnie tam, gdzie naturalne mechanizmy zawiodły.  

 

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: IKA

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.