Antysukces szczepień: nie ma chorych i nie ma efektu odstraszania

Rozmawiał Jerzy Papuga
opublikowano: 11-04-2019, 16:09

„Szczepienia stanowią element bezpieczeństwa państwa, a osoby podważające ten system działają na szkodę jego obywateli” — stwierdza z mocą dr hab. n. med. prof. NIZP-PZH Włodzimierz Gut, którego pytamy m.in. o konsekwencje odmowy szczepień dla zdrowia publicznego i zakres wolności obywatelskich.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Jak podejść do problemu szczepień, skoro na świecie narasta ruch antyszczepionkowy, który angażuje po swojej stronie nawet lekarzy?

Dr hab. n. med. prof. NIZP-PZH Włodzimierz Gut uczestniczył w tworzeniu laboratoriów referencyjnych Światowej Organizacji Zdrowia w związku z programami ogólnoświatowymi: eradykacji poliomyelitis i odry.
Zobacz więcej

Dr hab. n. med. prof. NIZP-PZH Włodzimierz Gut uczestniczył w tworzeniu laboratoriów referencyjnych Światowej Organizacji Zdrowia w związku z programami ogólnoświatowymi: eradykacji poliomyelitis i odry. Archiwum

Lekarz nauczony jest leczyć, a specjalista zdrowia publicznego zapobiegać. Jeśli do lekarza zgłasza się osoba chora, musi on postępować według zasady „po pierwsze nie szkodzić”. A jeżeli przychodzi osoba zdrowa i domaga się szczepienia, lekarz ma dylemat: czy może się zdarzyć niekorzystne działanie szczepionki w tym indywidualnym przypadku?

Odpowiedź brzmi…

Może, bo ludzie są różni. Aczkolwiek w szczepieniach założono margines zdarzeń, które mogą jednostkowo z nich wynikać, co nie znaczy, że wynikną. Lekarz każdorazowo szuka odpowiedzi na pytanie, czy podanie zdrowej osobie zawartego w szczepionce czynnika może wywołać efekt negatywny? Uruchamiane są więc procesy myślowe, które mogą doprowadzić do… stanu przywrócenia choroby zakaźnej. Nie ma tu innego wektora, bo każde, nawet indywidualne, zaniechanie szczepienia musi się tym skończyć. Jeżeli nie zostanie zaszczepiona ta jedna osoba, będzie to jej osobistą tragedią, ale nie problemem dla zdrowia publicznego. Ale jeżeli niezaszczepiony będzie zbiór osób, to wchodzimy w delikatną sferę naruszenia epidemiologicznej pewności. I znajdziemy się w sytuacji, z jaką mamy do czynienia obecnie z odrą w Polsce: sześciokrotnego wzrostu zachorowań i wieloogniskowości jej występowania. W tej chwili szansa, żeby ktoś nie zetknął się z odrą w fazie pełnej choroby, praktycznie równa się zeru. To jest bardzo poważny problem, bo przed odrą nie ma innej ucieczki, jak szczepienia całej populacji. Gdy nie tak dawno było 10 jej przypadków rocznie, to nawet lekarz nie miał szansy zetknąć się z tą chorobą, dziś jesteśmy na progu epidemii.

Walec odry przetacza się przez kraj?

Choroba występuje wszędzie, bo ludzie przemieszczają się i nie ma co zwalać winy na Ukraińców czy innych przyjezdnych. Odra nie jest problemem tylko Ukrainy, ale też Włoch, Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii i przywiezienie jej jest możliwe skądinąd.

Za co więc odpowiada państwo?

Państwo odpowiada za stworzenie ochrony zarówno tym, którzy nigdy nie zachorują, jak i tym, którzy zachorują i niechcący mogą stać się mordercami. Łatwo sobie wyobrazić, że ktoś w niewysypkowym stadium odry wchodzi na oddział onkologii, gdzie przebywają pacjenci z osłabionym systemem odpornościowym. Ten ktoś staje się mordercą, nawet o tym nie wiedząc ani tego nie chcąc. Mordercą, podkreślam, gdyż w świetle prawa, niewiedza nie usprawiedliwia dokonanego czynu ani nie zwalnia z odpowiedzialności.

Państwo musi przewidzieć i wyeliminować takie przypadki, najbardziej nawet skrajnie niewyobrażalne czy przekraczające wymiary naszego indywidualnego myślenia i odpowiedzialności. Szczepienia stanowią element bezpieczeństwa państwa, a osoby podważające ten system działają na szkodę jego obywateli.

Mimo że mogą mieć argumenty poparte indywidualnym doświadczeniem?

Nigdy nie ma takiej sytuacji, żeby nie zaistniały w szczepieniach zdarzenia niepożądane lub nieprzewidziane. Jest to normalne i wkalkulowane w ryzyko. Wiemy o tym z teorii gier, która mówi o tzw. minimaksie, czyli uzyskaniu najwyższej korzyści przy możliwie najmniejszych stratach.

Obowiązek szczepień kłóci się z wolnością?

Wolność na naszym gruncie to zarówno uwolnienie od chorób, jak i zabezpieczenie przed ich skutkami. Tego sobie życzymy, na to się jako zbiorowość godzimy i poprzez daniny publiczne wspólnie składamy. Jest to sfera, na straży której stoi państwo i tylko ono. Szczepienie jest narzędziem gwarantowanej nam przez państwo wolności, ażebym nigdy nie zachorował na odrę, polio czy ospę i by cała zbiorowość tych zagrożeń i powikłań uniknęła. Ma to uchronić nas także przed najbardziej skrajnymi przypadkami i sytuacjami.

Oczywiście, jako ludzie jesteśmy genetycznie zróżnicowani. Nie da się stworzyć czegoś tak uniwersalnego, co będzie działać na wszystkich i nie powodować przy tym skutków negatywnych. Kwestią umowy społecznej jest przyjęcie tych skutków i wyrobienie sobie umiejętności postępowania z nimi. Szczepienia mają zapewnić zbiorowości bezpieczeństwo zdrowotne na możliwie maksymalnym poziomie. Ale nie mam tak genialnych środków, żeby uczynić to zarazem i zarówno wobec każdej jednostki, jak i całej zbiorowości. Wobec zbiorowości z reguły się to dzieje, ale na poziomie jednostek bywają przypadki, że się nie udaje. Nie unieważnia to jednak obowiązku szczepień.

Jest jeszcze aspekt medyczny. Szczepionki to z reguły materiały osłabione albo zabite i wyobraźnia powinna nam na tyle podpowiedzieć, że skoro osłabiony czynnik rzekomo wywołał chorobę, to co by się stało w zetknięciu z czynnikiem aktywnym? Oczywiście, każdy dotknięty takim przypadkiem odpowie, że się zdarzyło i trzeba działać! Niestety, w zdrowiu publicznym należy także myśleć w kategoriach porównawczych: co prawda zdarzyło się, ale jeśli nie jest skutkiem trwałym, to chroni nas przed czymś znacznie gorszym. To jest bardzo trudne myślenie. Ludzie z reguły nie myślą w kategoriach zaistnienia jeszcze większego zła niż to, które się zdarzyło.

Czyli czyha na nas większe zło i dlatego musimy sprostać mniejszemu, żeby się przed nim uchronić?

Dla celów demagogicznych każde niepożądane zdarzenie medyczne można przypisać szczepieniom. Jeżeli stosuje się system kampanijny, który jest dość popularny na Zachodzie, to szczepi się wszystkich, a następnie obserwuje zdarzenia medyczne w określonym czasie. Jest to bardzo wygodne dla rejestracji zdarzeń medycznych, aczkolwiek oznacza schwytanie w pułapkę ludzi różniących się wiekiem, przygotowaniem układu immunologicznego, przebytymi chorobami czy nawet dietą. Na pewno też spowoduje większe zróżnicowanie spodziewanego efektu. W szczepieniach oznacza to, że mniej osób uodpornimy niż moglibyśmy uodpornić.

Dlatego my szczepimy kalendarzowo wszystkie noworodki?

Mamy ten sam rocznik i prawie identyczny genotyp. A dlaczego na początek szczepimy tylko przeciw gruźlicy i WZW B? Ano dlatego, że WZW typu B jest przenoszone okołoporodowo i nie jest to jakieś chciejstwo lekarzy, ale dobrze populacyjnie przemyślana decyzja. Dla przykładu, w Afryce szczepienia przeciwko odrze stosuje się już w 6. miesiącu życia. Choroba jest tam szalenie niebezpieczna właśnie dla niemowląt, a szanse uzyskania trwałej odporności wyjątkowo niskie. Pierwszą efektywność zabezpieczającą, wynoszącą 95 proc., osiąga się dopiero w wieku 13 miesięcy. Można by je szczepić później, ale istnieją 100-procentowe śmiertelne powikłania, wynikające z przebycia choroby do końca 2. roku życia.

Powikłania to argument często podnoszony przeciwko szczepieniom noworodków.

Oglądałem niedawno prezentację udowadniającą, iż szczepienia niczego nie dają, a np. antybiotyki są skuteczniejsze. Ale antybiotyki stosuje się w leczeniu, a nie w zapobieganiu chorobom. Szczepienia są od tego, żeby nigdy nie zachorować, antybiotyki, żeby szybko i skutecznie wyleczyć, gdy już się zachorowało. Podobnie było z powojenną poprawą odsetka zachorowalności na odrę. Po pierwsze, społeczeństwa były lepiej odżywione, II wojna światowa, w przeciwieństwie do I, nie była wojną głodu, który wycieńczył narody. Po drugie, poprawa dotyczyła krajów o wysokim standardzie medycznym, gdzie stosowano różne metody leczenia, które ograniczały umieralność.

W Polsce walka z odrą poprzez wprowadzenie szczepień zaczęła się w latach 70. ubiegłego wieku, co dobrze pamiętam.

Epidemie odry występowały u nas co drugi rok, przynosząc do 200 tys. zachorowań, a w latach międzyepidemicznych 50 tys. I z każdego rocznika ubywało mniej więcej 50 osób z powodu podostrego stwardniającego zapalenia mózgu (SSPE). Gdy w 1967 roku zaczęto w USA masowo szczepić ludzi przeciw odrze, a jednocześnie prawidłowo tę chorobę diagnozować (bo wcześniej wchodziła w zakres chorób degeneracyjnych mózgu), to niejako automatycznie zaczęto ją korelować ze szczepieniami, a następnie wpisywać jako ich ryzyko.

To była jednak tylko czasowa korelacja dwóch zjawisk — liczby rozpoznanych przypadków SSPE oraz wzrostu liczby szczepionych osób, jak się dość szybko okazało, zupełnie bez związku przyczynowo-skutkowego. Ale korelacja stała się na tyle sugestywna, że znalazła się jako ostrzeżenie w ulotce szczepionki przeciw odrze, iż może wywołać SSPE w 1 przypadku na 1 mln dawek. W 1973 roku w USA, po paru latach intensywnego szczepienia przeciw odrze, SSPE zaczęło zanikać. Wniosek: to właśnie te szczepienia przysłużyły się od ograniczenia SSPE, choć choroby zupełnie nie wyeliminowały.

Czy mówiono o tym w Polsce?

Polska wprowadziła szczepienia przeciw odrze w 1975 roku, oczywiście z dużymi zawirowaniami i straszeniem liczbą zachorowań na SSPE, którą rzekomo wywołują. Jakoś nikt wtedy nie doczytał uaktualnionych danych z 1973 roku, gdy w USA zaczęto wykazywać spadek zachorowań na SSPE, wynikający ze szczepień wykonywanych tam od 1967 roku. W Polsce ostatnie zachorowania na SSPE były w latach 1997/98. Dobrze je znam, ponieważ wszystkie szpitale, do których zgłaszali się zrozpaczeni rodzice, przesyłały wyniki badań chorych w jedno miejsce — do mnie, do PZH przy ul. Chocimskiej. W ten sposób miałem na biurku dokumentację ok. 500 przypadków SSPE i równocześnie surowice z płynów mózgowo-rdzeniowych pobierane od chorych. Po kilka, a nawet kilkanaście sztuk, w zależności od tego, jak rodzice się starali, aby ktoś zaprzeczył tej strasznej chorobie.

SSPE nadal jest chorobą nieuleczalną?

Jest straszną chorobą, którą wywołuje wirus odry, szczególnie w drugim kontakcie, aktywującym wirusa nabytego przy pierwszym przebyciu choroby. Przechorowanie odry przez pierwsze 2 lata życia powoduje, że wirus dociera do mózgu, ale staje się defektywny. Jednak w momencie, gdy dotrze tam w kolejnym przejściu choroby, uruchamia pierwotną destrukcyjną siłę, stając się dlań impulsem i pożywką.

Robiono później badania, izolując wirusa i dociekając, dlaczego wszyscy zarażeni umierali? Odbyła się dyskusja, czy podłoże umieralności jest genetyczne, czy ma związek z podawaniem szczepionki przeciw odrze? Znam przypadek bliźniąt jednojajowych, u których zadecydował pech: jedna dziewczynka przeszła odrę we wczesnym okresie i rozwinęła SSPE, a druga nie. A teoretycznie obie powinny zareagować na wirus tak samo. Skutki szczepień trzeba obserwować w długim okresie i mieć odwagę zweryfikować swoje poglądy — mając u ich źródła rzetelne wyniki badań.

W Polsce obowiązuje kalendarzowy system szczepień.

Stosując ten system, uzyskujemy dostosowanie obiektu do przewidywanego działania szczepionki, ale jednocześnie coś tracimy. Ponieważ szczepimy ciągle, nie mamy możliwości pełnej identyfikacji wszystkich zdarzeń medycznych powiązanych ze szczepieniami. To trzeba uczciwie przyznać.

Czy w dobie rejestrów cyfrowych stanowi to jakąś trudność?

Rejestracja i opracowanie medyczne tych przypadków są prowadzone na bieżąco i bez żadnych zaniedbań. Mamy obowiązek zgłoszenia każdego przypadku do Państwowej Inspekcji Sanitarnej bądź Państwowej Inspekcji Farmaceutycznej. Identyfikacja to jednak coś znacznie bardziej skomplikowanego. Jeżeli więc słyszymy, że mamy ponad 100 przypadków rocznie poważnych powikłań poszczepiennych, to mamy dowód przestępstwa, że ich nie zgłaszano zgodnie z nakazami prawa. Musimy dokonywać dokładnej weryfikacji zgłoszonych przypadków, czy są one zależne od szczepień, czy też zdarzyło się coś innego, ale jest składane na ich karb

Główny argument ruchu antyszczepionkowego brzmi: szczepionki powodują autyzm.

Dziś wiemy, że autyzm nabywa się przed urodzeniem. Tylko kiedy można go prawidłowo zdiagnozować? Wtedy, gdy dziecko osiągnie określony próg rozwoju, najwcześniej w 15. miesiącu życia. Zawsze w systemie kalendarzowym znajdę szczepionkę, którą podano wcześniej. Dopiero dowiedzenie, że jest to choroba rozwijająca się w wieku płodowym, spowodowało obalenie tezy, iż szczepienia przyczyniają się do autyzmu. Ale oczywiście niektórzy przenoszą to na inną skalę czasową i zupełnie dobrze się z tym czują.

Mamy obowiązek szczepień i w moim pokoleniu nie było mowy o tym, aby ktokolwiek się wyłamał, mimo że szczepienia nie były przyjemne.

Wyłamywały się tylko nieliczne grupy wyznaniowe lub etniczne — łącznie ok. 2 tys. osób rocznie. Ale na wszystkich działał wówczas obraz dziecka po polio — gdy odmówię wypicia szczepionki, później będę tak wyglądał i cierpiał. W przypadku ospy obowiązywał przymus: dwóch smutnych panów brało delikwenta pod mankiet i prowadziło na szczepienie poprzez draśnięcie skóry — i było po sprawie.

Tak to pamiętamy z tamtych lat…

Ale być może społeczeństwo nie wie, że dziś mamy już do czynienia z innymi szczepionkami niż tamte, znane z przeszłości. Pierwsza szczepionka przeciw ospie była hodowana na skórze cieląt i miała określoną normę bakterii. W tej chwili wykrycie jakichkolwiek bakterii, jeżeli nie są one czynnikiem, który chcemy mieć w szczepionce, powoduje alarm na całym świecie i dyskwalifikację preparatu już na etapie badań, a na pewno na etapie produkcji.

Szczepienia były wówczas postrzegane jako element lepszego życia, a nawet przywilej. Co się zmieniło, że dziś postrzegane jest jako element przymusu albo opresji państwa wobec obywatela?

Jest to poniekąd skutek `a rebours skuteczności szczepionek, wyeliminowały przecież choroby, których ludzie nie widzą na co dzień i nie są ich nawet świadomi. Nie ma chorych i nie ma efektu odstraszania. Za to każde działanie niepożądane jest nagłaśniane, szczególnie w Internecie, siejąc strach przed szczepionkami. Mimo iż przypadki są rzadkie i dotyczą nielicznych szczepionych, Internet je nagłaśnia, komentuje, powiela i publikuje. Dochodzi do zwielokrotnienia tych trwóg przez czynniki zewnętrzne, mające na celu wywołanie jak największego zamętu w określonej populacji i obniżenia zaufania do państwa. Swego czasu sugerował to minister spraw zagranicznych Zjednoczonego Królestwa wobec pewnego mocarstwa na wschodzie.

Jak lekarze powinni na to reagować?

Rozmawiać można z każdym, kto jest otwarty na argumenty. Ale czy pan rozmawiałby z osobą, której tłumaczy się, że w każdym kraju istnieje laboratorium od początku do końca badające serię sprowadzonych szczepionek, a ona twierdzi, że czegoś takiego nie ma? No i jak ją przekonać?

Może naocznie?

A gdzie tam. Wtedy słyszymy: „Inscenizacja, ja też potrafię takie rzeczy stworzyć!” lub „Sprzedali się, chodzą na pasku koncernów”. Tymczasem gdy kontroluje się szczepionki 3-4 producentów, to skorzystanie tylko z jednego źródła pozbawiłoby badacza, a w konsekwencji państwo decyzyjnej mocy sprawczej. Przecież kimś takim można by wycierać podłogę, przestaje być badaczem i decydentem, traci wszelki autorytet naukowy i narzędzia władzy...

Jest to sfera biznesu i gwarantowane pieniądze, które olbrzymim strumieniem płyną do koncernów.

Szczepienia służą temu, żeby nie było chorych i hospitalizacji, a koncerny farmaceutyczne żyją przecież z leków i leczenia. Ujmijmy to obrazowo: czy lepiej jest wyżyć koncernowi z dawki szczepionki przeciw polio za 10 centów, czy z leczenia chorego na tę chorobę, któremu aplikuje się leki za tysiące dolarów? Trzeba tu dostrzegać prawdziwe proporcje. Koncerny zresztą nie mają wyjścia. Tworzy się jeden globalny standard szczepionki i czy ona powstanie w Korei, Niemczech czy we Francji, to musi go spełnić.

Ale jednostkowy przypadek zawsze oddziałuje na wyobraźnię.

Gdy czytam apel o zbiórce internetowej na dziecko chore na sepsę, rzekomo wskutek wcześniejszego szczepienia, a w podanej szczepionce zastosowano jedynie wielocukry, usuwając wszystkie inne czynniki, jak fragmenty DNA, to z równym powodzeniem proponuję wygłosić pogląd, że ziemia jest płaska. Wielocukier abiotyczny w szczepionce jest czynnikiem już nieżywym i nie może wywoływać uogólnionego zakażenia. Szukałbym innych jego przyczyn i znalazłbym je łatwo, choćby na oddziałach ratunkowych, które w sobotę i niedziele pełnią po prostu funkcję przychodni ludzi chorych na wszelkie możliwe choroby.

Pierwsze, co należy wykonać w gabinecie lekarskim w sytuacji podejrzenia choroby zakaźnej to…

Sprawdzić, na ile to tylko możliwe, czy pacjent był szczepiony, kiedy, na co i stwierdzić, jakie są objawy, z którymi przychodzi. Bo może być to choroba zakaźna w fazie wylęgania i rozsiewu. Po takiej wizycie należy obowiązkowo przeprowadzić procedury, które pomogą wyeliminować w gabinecie zagrożenia zakaźne.

W Polsce narasta liczba odmów przyjmowania dzieci nieszczepionych do placówek publicznych, szczególnie na szczeblu samorządowym.

Samorządy wzorują się tu na USA, choć jest jeden przodujący kraj, w którym kwestionowanie szczepień nadal kończy się „psychuszką”. Ale nam chodzi o stworzenie jednorodnego systemu, który ma na celu zrealizowanie obowiązku państwa i lekarz jest tu narzędziem w jego rękach. Gdy w gabinecie pojawia się osoba kwalifikowana do szczepień, lekarz powinien rozważyć (na podstawie wywiadu i badań), czy istnieją przeciwwskazania i jakie one są. To wymaga dużo czasu i swoistego poczucia etycznego, które wyklucza zlekceważenie problemu lub niepotrzebne odłożenie szczepienia w czasie, np. dla własnej asekuracji. Wywiad lekarski jest potrzebny zawsze, nie można tu iść na skróty, bo szczepienia leżą w naszym interesie. Najgorsze są postawy lekceważenia obowiązków albo ulegania presji.

O kim mowa
Dr hab. n. med. prof. NIZP-PZH Włodzimierz Gut uczestniczył w tworzeniu laboratoriów referencyjnych Światowej Organizacji Zdrowia w związku z programami ogólnoświatowymi: eradykacji poliomyelitis i odry.

ZOBACZ TAKŻE:

Lek. Krzysztof Ostrowski: Środowisko lekarskie popełnia poważny błąd, lekceważąc obawy ludzi dotyczące szczepień

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Rozmawiał Jerzy Papuga

× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.