Adam Niedzielski: Wszedłem w rolę obiektywnego arbitra ochrony zdrowia

opublikowano: 09-03-2021, 18:53

„Fakt, że jestem ekonomistą, a nie lekarzem, niesie ze sobą kilka istotnych zalet. Środowisko medyczne jest hermetyczne, co wcale światu medycyny i ochrony zdrowia nie służy. Większa otwartość na specjalistów z różnych dziedzin mogłaby przynieść systemowi wiele korzyści, ponieważ jedynie interdyscyplinarne podejście zapewnia zrównoważony rozwój” – ocenia minister zdrowia Adam Niedzielski, z którym rozmawiamy o trudnych początkach kierowania resortem i odbudowie systemu po pandemii COVID-19.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Dr n. ekon. Adam Niedzielski, minister zdrowia
Dr n. ekon. Adam Niedzielski, minister zdrowia

Objął pan stanowisko ministra zdrowia w bardzo trudnym momencie. Jakie były kulisy złożenia panu tej propozycji? Czy rozmowy na ten temat toczyły się już wcześniej, a może było to dla pana zaskoczenie?

Zanim premier Mateusz Morawiecki 20 sierpnia ubiegłego roku ogłosił, że jestem kandydatem na stanowisko szefa resortu zdrowia (tekę ministra objąłem 26 sierpnia), odbyliśmy wspólnie kilka rozmów, w ich trakcie premier złożył mi propozycję przejęcia schedy po prof. Łukaszu Szumowskim. Nie brałem pod uwagę jej odrzucenia ze względu na moją długą współpracę z premierem Morawieckim oraz fakt, że w walkę z pandemią COVID-19 byłem zaangażowany niemal od jej początku, jeszcze jako prezes Narodowego Funduszu Zdrowia. NFZ przecież był i jest swego rodzaju zbrojnym ramieniem Ministerstwa Zdrowia, realizującym większość założeń i koncepcji z obszaru polityki zdrowotnej, które wykuwają się w resorcie. Moje przejście do ministerstwa było więc naturalną kontynuacją dotychczasowej urzędniczej kariery, a jednocześnie gwarancją ciągłości działań podjętych przez mojego poprzednika. Jako dotychczasowy prezes NFZ zdawałem sobie także sprawę z ograniczeń, z jakimi w praktyce mierzą się nawet najlepsze reformatorskie koncepcje.

Decyzja musiała być niełatwa, skoro globalny i krajowy system ochrony zdrowia zmagał się z bezprecedensowym kryzysem.

Objęcie teki ministra zdrowia nie wiązało się dla mnie z żadnym tego rodzaju dylematem. Ponadto okres wakacji był stosunkowo łatwiejszy niż poprzedzająca go wiosna, gdy pandemia COVID-19 wywoływała spory niepokój społeczny. W porównaniu z tym czasem, lato było momentem zwodniczego odprężenia. Przyjmując propozycję premiera, nie mogłem więc przewidzieć, z jak trudną sytuacją przyjdzie nam zmierzyć się jesienią. Nie ukrywam, że miałem wówczas nadzieję, iż więcej czasu poświęcę reformowaniu systemu opieki zdrowotnej, oczywiście równolegle z nadzorowaniem walki z pandemią. Kolejne tygodnie całkowicie zmieniły moją perspektywę.

Czy jako minister zdrowia ma pan poczucie większej realnej sprawczości podejmowanych decyzji i działań?

Zdecydowanie tak, choć rozumiem refleksje części polityków, którzy uważają, że, paradoksalnie, członkowie rządu mają mniejszy wpływ na rzeczywistość. Wiele w tym kontekście zależy od personalnych uwarunkowań. Jeśli minister nie do końca rozumie, jak przebiegają procesy na poziomie podległych mu instytucji, może wyznaczać im cele niemożliwe do realizacji, co w skrajnych sytuacjach naraża resort na śmieszność. Miałem to szczęście, że zanim objąłem stanowisko ministra, mogłem poznać system ochrony zdrowia oraz związane z nim środowisko z perspektywy NFZ – i były to naprawdę intensywnie przepracowane dwa lata. Przechodząc z NFZ do resortu, miałem więc fundusz za sobą, a nie przeciwko sobie. Warto to podkreślić, bo i takie sytuacje miały w historii Ministerstwa Zdrowia miejsce.

Jak ocenia pan współpracę z pańskim poprzednikiem prof. Łukaszem Szumowskim z dwóch perspektyw – prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia i nowego szefa resortu?

Jako prezes NFZ współpracowałem z prof. Łukaszem Szumowski niezwykle blisko. Mój poprzednik w fotelu ministra bardzo umiejętnie rozdzielał zadania. Do głównych powinności funduszu należało w tamtym czasie przede wszystkim zapewnienie systemowi stabilności i płynności finansowej.

Z dzisiejszej perspektywy łatwo formułuje się surowe oceny. Warto pamiętać, że w marcu 2020 r. nie mogliśmy sobie zdawać sprawy, z jak dynamicznym i rozległym kryzysem będziemy mieli do czynienia. Prof. Szumowski przyjął na siebie ciężar komunikacji z opinią publiczną, stając się tym samym twarzą walki z pandemią. Nie zrzucał na swoich podwładnych odpowiedzialności za podejmowanie kluczowych decyzji. Wziął to na siebie i odważnie mierzył się z krytyką – niestety, mało kto to docenia. Wielu krytyków dziś nas poucza, ale zapomina przy tym, że wówczas konfrontowaliśmy się z nieznanym i nie mieliśmy na wszystko gotowych odpowiedzi.

Postawa prof. Szumowskiego uświadomiła mi, że w walce z COVID-19 potrzebny jest przywódca, który sformułuje jasne cele i sam weźmie na siebie ciężar decyzyjności oraz związaną z tym odpowiedzialność. Tylko wówczas nie będą jej unikali także pozostali urzędnicy, choć to często bywa najłatwiejsze. Nie mogliśmy sobie na to pozwolić, bo w warunkach pandemii unikanie działania oznaczałoby katastrofę.

Jest pan pierwszym od prawie 20 lat ministrem zdrowia, który nie jest lekarzem. Czy ten fakt okazał się utrudnieniem, czy pozwolił spojrzeć na zarządzanie resortem z zupełnie innej perspektywy?

W mojej ocenie, fakt, że jestem ekonomistą, niesie ze sobą kilka istotnych zalet. Środowisko medyczne jest hermetyczne, co wcale światu medycyny i ochrony zdrowia nie służy. Większa otwartość na specjalistów z różnych dziedzin mogłaby przynieść systemowi wiele korzyści, ponieważ jedynie interdyscyplinarne podejście zapewnia zrównoważony rozwój. Nie jest tajemnicą, iż dotychczas bywało tak, że jeśli ministrem zostawał lekarz danej specjalności, zyskiwała na tym cała dyscyplina. Ja zapewniam więc obiektywizm i równowagę. Na przykładzie zarządzania widać doskonale, że pewne dobre praktyki nie są jeszcze w polskiej medycynie standardem.

Jak odnalazł się pan w świecie krajowej polityki, rządzącym się dość brutalnymi prawami?

Nie żyjemy w świecie idealnym, w którym zdrowie pozostawałoby poza bieżącym, politycznym sporem. Do walki z pandemią udało się jednak zgromadzić specjalistów, choćby w Radzie Medycznej działającej przy premierze Morawieckim, wcale niezwiązanych ideowo ze Zjednoczoną Prawicą. Przez większą część swojego zawodowego życia byłem urzędnikiem i wykładowcą akademickim, nigdy działaczem politycznym. Wraz ze wspinaniem się po szczeblach urzędniczej kariery coraz częściej musiałem jednak stykać się z politykami z obu stron politycznej sceny. Nie będę udawał, że jako prezes NFZ, a następnie minister zdrowia nie byłem i nie jestem jednocześnie politykiem, ale staram się unikać politycznych przepychanek. Nie sprowadzałbym zresztą polityki do debaty w mediach, jest to także umiejętność przekonania osób decyzyjnych do tego, że warto inwestować w zdrowie.

Niewątpliwie największym wyzwaniem, przed którym stanął pan jako minister zdrowia była walka z pandemią COVID-19. Co na tym polu było dla pana najtrudniejsze - dialog ze środowiskiem lekarzy rodzinnych, negocjacje dotyczące kształtu wprowadzanych obostrzeń...?

Nie ukrywam, rozmowy ze środowiskiem lekarzy rodzinnych – rozpoczęte jeszcze wtedy, gdy byłem prezesem NFZ – były bardzo trudne i dosyć burzliwe, ale ostatecznie po obu stronach zwyciężyła chęć osiągnięcia kompromisu. Każda ze stron musiała pójść na pewne ustępstwa, ale dziś wspominam te rozmowy bardzo dobrze.

Dyskusja nad czasem obowiązywania i kształtem obostrzeń również nie należy do łatwych. Rolą ministra zdrowia jest przede wszystkim dbałość o zdrowie Polaków i tym samym zalecanie ostrożnego otwierania gospodarki. Zdaję tu sobie doskonale sprawę z tego, że całkowity lockdown jest niemożliwy ze względu na stan finansów państwa, a więc i ochrony zdrowia.

Dla mnie dużym osobistym wyzwaniem było zmierzenie się z falą hejtu wylewającą się na szefa Ministerstwa Zdrowia z różnych powodów. W Polsce, niestety, bardzo aktywny jest ruch antyszczepionkowy i antycovidowy, z których zwolennikami trudno o racjonalną dyskusję. Nie można bowiem spokojnie i merytorycznie rozmawiać o COVID-19 z kimś, kto neguje zasadność wszystkich podejmowanych przez ministra decyzji – w tym tych dążących do ograniczenia liczby nowych zakażeń i zgonów.

Czy strategia komunikacyjna Ministerstwa Zdrowia wymaga korekty, a jeśli tak, to jakiej? Wielu zarzuca jej m.in. brak spójności i klarowności.

W pewnym momencie przekazaliśmy opinii publicznej przedziały dziennej liczby zakażeń, od których zależeć miały wprowadzane rozwiązania w zakresie otwarcia gospodarki. Te progi miały umożliwić uporządkowanie i wystandaryzowanie wprowadzanych obostrzeń. Niestety, okazało się to błędnym rozwiązaniem, które po prostu się nie sprawdziło. Istnieje bowiem zbyt wiele czynników wpływających na sytuację epidemiologiczną, oprócz samej liczby zakażeń, jak choćby dynamika wzrostów, liczba zajętych łóżek czy pojawienie się nowych mutacji SARS-CoV-2. Kierowanie się przy wprowadzaniu obostrzeń jedynie wskaźnikiem dotyczącym dziennej liczby zakażeń byłoby więc zwyczajnie nieodpowiedzialne. Naiwne jest myślenie, że Polska pozostanie zieloną wyspą na epidemiologicznej mapie Europy, musimy więc brać pod uwagę także sytuację w innych krajach.

Bardzo wiele emocji i kontrowersji w środowisku wzbudziła zapowiadana przez resort redefinicja polskiego szpitalnictwa, określana jako centralizacja, a nawet upaństwowienie szpitali. Jakie problemy ochrony zdrowia ma to rozwiązać? Na jakim etapie są prace nad tą koncepcją i dlaczego nie zostali do nich zaproszeni przedstawiciele organizacji środowiskowych i np. władz samorządowych?

Rozdrobnienie organizacyjne i właścicielskie jest jednym z metaproblemów ochrony zdrowia, przynoszącym wiele negatywnych skutków. Przy tak dotkliwych brakach kadrowych nie ma w systemie wystarczającej liczby personelu medycznego, aby nim zapełnić rozdrobnioną sieć placówek. Ponadto konieczne jest przeformułowanie piramidy świadczeń zdrowotnych, aby lecznictwo szpitalne było na jej szczycie, a nie u podstawy. Oczywiście, wymaga to także położenia większego nacisku na rozwój POZ i AOS. Największą potrzebę optymalizacji dostrzegamy na poziomie szpitali określanych jako powiatowe.

Istotnie, pod koniec grudnia ubiegłego roku powołałem zespół, na czele którego stanął wiceminister Sławomir Gadomski. Zadaniem zespołu jest przygotowanie założeń fundamentalnej reformy polskiego szpitalnictwa – te główne mają powstać do końca lutego, tak abyśmy mogli zaprezentować je opinii publicznej w marcu. Podkreślam, że na razie jest mowa o podstawowych założeniach, a nie projekcie ustawy.

Na jakich zagadnieniach skupią się prace zespołu?

Mają one dotyczyć pięciu obszarów. Pierwszy z nich to zmiana struktury właścicielskiej podmiotów medycznych. Obecnie jest ona zbyt zróżnicowana, co uniemożliwia optymalizację sieci szpitalnictwa. Częste są sytuacje, gdy w bliskiej odległości funkcjonują dwa podmioty należące do dwóch różnych powiatów i choć naturalne wydaje się, że każdy powinien specjalizować się w innym zakresie świadczeń, to jednak placówki te ze sobą konkurują. Dzieje się tak nawet wówczas, gdy na poziomie zarządczym dyrektorzy są w stanie dojść do porozumienia, ale działanie blokuje czynnik polityczny.

Skomplikowana struktura właścicielska utrudnia także szybkie podejmowanie decyzji i działań, co boleśnie pokazała pandemia, gdy przyszło np. do zwiększania bazy łóżkowej dla pacjentów z COVID-19. Oddolna konsolidacja i profilowanie placówek byłyby procesem zbyt powolnym, a system wkrótce zmierzy się z potężnym wyzwaniem, tj. starzejącym się społeczeństwem, które będzie wymagało lepszej dostępności np. do opieki długoterminowej. Potrzebujemy zmiany szybkiej, wręcz rewolucyjnej.

Rozważamy różne scenariusze zmiany struktury właścicielskiej. Bierzemy pod uwagę, że właścicielem szpitala mogłyby być: Skarb Państwa, samorząd, marszałek województwa, ale też wojewoda lub NFZ. Rozważamy też wariant, w którym w imieniu Skarbu Państwa rolę właściciela będzie sprawowała nowa Agencja Rozwoju Szpitalnictwa, ponieważ wymaga to odpowiednio przeszkolonych kadr.

Drugim obszarem przygotowywanej reformy jest restrukturyzacja finansowa, konieczna przy obecnym poziomie zadłużenia placówek medycznych. Tutaj kluczową rolę miałaby do odegrania wspomniana Agencja Rozwoju Szpitalnictwa, której specjaliści przygotowywaliby programy restrukturyzacyjne i ingerowali w działania operacyjne podmiotu, np. jako przedstawiciele w zarządzie.

Trzecim zagadnieniem, nad którym pracujemy, jest profesjonalizacja zarządzania kadrami. Planujemy powołać korpus specjalistów w zakresie zarządzania, certyfikowanych egzaminem państwowym, takim jak np. dla biegłych rewidentów. Aby zostać menedżerem w publicznym szpitalu, będzie konieczne zdanie egzaminu potwierdzającego kompetencje zarządcze – oczywiście z pewnymi wyjątkami, choćby dla osób z tytułem MBA. Czwarty obszar to nadzór właścicielski, którego uporządkowanie zostanie powierzone Agencji Rozwoju Szpitalnictwa, a do jej zadań będzie także należała organizacja wspomnianych egzaminów dla korpusu menedżerów.

Powołany w grudniu ministerialny zespół pracuje także nad redefinicją sieci szpitali – będzie to piąty obszar reformy szpitalnictwa. Chcemy wdrożyć system finansowych premii dla świadczeniodawców spełniających określone kryteria jakościowe. Zależy mi na tym, aby poprawiła się jakość nie tylko pracy klinicznej, ale też obsługi pacjenta i zarządzania.

Obecnie trwają prace koncepcyjne wymagające dokładnej analizy, zwłaszcza tej o charakterze prawnym, szczególnie w kwestii restrukturyzacji zadłużenia i przekształceń właścicielskich. Chciałbym zapewnić, że czas na debatę publiczną nad założeniami reformy został w toku prac przewidziany. Koncepcja zostanie przekuta w ustawę dopiero po etapie konsultacji ze stroną społeczną, której przedstawimy propozycje rozwiązań najpewniej w marcu.

Jeszcze w zeszłym roku wspominał pan o potrzebie opracowania strategii odbudowy zdrowia Polaków. Jakie będą jej elementy, poza ogłoszonym niedawno pilotażem Krajowej Sieci Kardiologicznej oraz wdrożeniem Krajowej Sieci Onkologicznej w całej Polsce?

Poza wspomnianymi rozwiązaniami, podstawą planu odbudowy zdrowia Polaków będzie także zniesienie limitów w leczeniu specjalistycznym - już w kwietniu. Kolejnym elementem jest zapewnienie masowej dostępności do rehabilitacji postcovidowej. Nie planujemy w tym celu tworzenia sieci wyspecjalizowanych ośrodków, ale postawimy na rehabilitację dzienną realizowaną w warunkach ambulatoryjnych. W zdefiniowaniu pakietu usług wchodzących w skład rehabilitacji postcovidowej pomogli nam m.in. eksperci z Krajowej Izby Fizjoterapeutów.

Jednym z istotniejszych elementów wspomnianego planu jest program profilaktyki skierowany do osób w wieku 40 plus. Przyjmie on formę jednorazowego bilansu zdrowia Polaków po pandemii. Kwalifikacja i wybór odpowiednich badań będą odbywały się na dwa sposoby: poprzez ankietę zamieszczoną na Internetowym Koncie Pacjenta lub z wykorzystaniem bonu profilaktycznego (oznaczonego numerem PESEL pacjenta), możliwym do realizacji w każdej placówce ochrony zdrowia (również w tej nieposiadającej kontraktu z NFZ).

Priorytetem w 2021 r. będzie dla mnie trwająca reforma psychiatrii wieku rozwojowego, bo to na zdrowiu psychicznym dzieci i młodzieży pandemia odbiła się w szczególnie istotny sposób.

Analiza wzrostu liczby zgonów w 2020 r. pokazuje, że osoby starsze wymagają szczególnej troski. Tymczasem szeroko pojęty system opieki senioralnej jest niewydolny, co obnażyła również pandemia. Czy resort zaproponuje jakieś rozwiązania dla polskiej geriatrii?

Nie tak dawno z inicjatywy prezydenta powstała koncepcja centrów zdrowia 75 plus. Prace nad ustawą są w tej chwili na ukończeniu, ale nie ukrywam, że cały czas toczą się dyskusje dotyczące przyjętych założeń. Nadal otwarta pozostaje kwestia, czy konieczne jest tworzenie sieci nowych ośrodków przeznaczonych do opieki nad seniorami, czy też mogłaby ona być oparta na modelu opieki koordynowanej, prowadzonej przez już istniejące placówki. Ostateczna decyzja jeszcze nie zapadła, ale nastąpi to w najbliższym czasie.

Już rozpoczął się proces zmiany wycen świadczeń realizowanych w ramach opieki długoterminowej i będzie on sukcesywnie postępował. Wraz z centralizacją szpitalnictwa mamy też nadzieję, że uda się przekształcić lub sprofilować część szpitali powiatowych w kierunku zakładów opiekuńczo-leczniczych. Ponadto, aby odpowiedzieć na zdrowotne zapotrzebowanie, dyrektorzy lokalnych oddziałów NFZ stale rozpisują nowe konkursy.

Bardzo krytycznie o jakości dialogu z resortem wypowiadało się pod koniec 2020 r. środowisko pielęgniarek i położnych. Jaka jest w tej chwili skala sporów zbiorowych? Czy grozi nam strajk generalny?

Istotnie, pandemia zawiesiła dialog ze środowiskiem pielęgniarskim. Resort miał wówczas inne priorytety, ale liczę na to, że wraz ze stabilizacją sytuacji epidemiologicznej uda nam się powrócić do rozmów. Dwa tygodnie temu rozpoczęliśmy w ramach Komisji Trójstronnej negocjacje z przedstawicielami poszczególnych zawodów medycznych dotyczące kształtowania wynagrodzeń. Rozmowy prowadzi wiceminister Maciej Miłkowski. Wraz z partnerami społecznymi dyskutujemy o tym, jak zapewnić wszystkim zawodom medycznym udział w zwiększających się nakładach na ochronę zdrowia poprzez ustawę o najniższych wynagrodzeniach. Planujemy ustawowo zagwarantować nabyte wcześniej uprawnienia w zakresie płac, ale chcemy również włączyć dotychczasowe dodatki do podstawowego wynagrodzenia. Mam nadzieję, że do początku marca uda się wypracować bardziej szczegółowe rozwiązania, które zadowolą wszystkie strony, także pracodawców.

Decyzja o podjęciu strajku generalnego należy do organizacji związkowych, chciałbym jednak podkreślić, że zarówno resort, jak i NFZ podejmują działania zmierzające wyłącznie do dodania pielęgniarkom i położnym prestiżu i zawodowej samodzielności.

Jest pan znany jako orędownik zdrowego stylu życia. Czy sam na tym polu stara się pan świecić przykładem?

Niestety, jak na ironię, bycie ministrem zdrowia nie sprzyja zdrowiu. Od października do stycznia wraz z moim zespołem pracowaliśmy po kilkanaście godzin na dobę, niewiele pozostawało więc przestrzeni na czas wolny czy życie prywatne. Dla mnie sposobem na relaks zawsze był sport, ale na pierwszy spacer od dawna udało mi się pójść dopiero w styczniu.

O KIM MOWA

Dr n. ekon. Adam Niedzielski jest ministrem zdrowia od sierpnia 2020 r. W latach 2018-2020 związany zawodowo z Narodowym Funduszem Zdrowia jako dyrektor ds. operacyjnych, a następnie prezes. Wcześniej był dyrektorem generalnym w Ministerstwie Finansów.

Dr n. ekon. Adam Niedzielski zajął 1. miejsce na Liście Stu 2020 najbardziej wpływowych osób w polskim systemie ochrony zdrowia.

Źródło: Puls Medycyny

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.