Etos ledwie żywy

Ilekroć biały personel raz na dziesięć lat tupnie nogą i upomni się o swoje, tylekroć zasadność jego postulatów natychmiast przykrywa ogólnonarodowa debata o etyce lekarskiej. Hipokrates i Judym stają się natychmiast dyżurnymi strażnikami i drogowskazami ku doskonałości. Ale nie tylko oni.

Tagi

opinie

 „Myślenie o pieniądzach nie jest w życiu najważniejsze. Warto pracować dla jakiejś idei” — przekonywał protestujących rezydentów marszałek Senatu i chirurg Stanisław Karczewski. Niejeden lekarz chętnie by się oddał każdej idei w zamian za połowę aktualnej gaży parlamentarnej dr Karczewskiego. Zapowiedzi, że lekarze będą pracować mniej, minister Radziwiłł odebrał jako uderzenie w podstawy etyki lekarskiej. A wezwania do wypowiadania klauzuli opt-out uznał za skandaliczne i haniebne.

Przypomnijmy, że etyka lekarska to tylko zbiór norm, regulujących stosunek lekarza do pacjenta i stosunki pomiędzy lekarzami oraz określających zakres i sposób działania lekarza, tak aby były one zgodne z zasadami etyki ogólnoludzkiej. I tu właśnie zaczynają się bardzo strome schody, na których połamał sobie zęby już niejeden mędrzec. Bo nie ma idealnego wzorca etycznego do zastosowania w medycynie niczym wzorzec kilograma, przechowywany w Międzynarodowym Biurze Miar i Wag w S`evres koło Paryża.

Etyka oparta na normach etycznych chrześcijaństwa swoje źródła znajduje w prawie naturalnym. Zaś etyka niezależna stara się oderwać od wpływów jakiejś filozofii czy religii. Lekarz w równym stopniu powinien służyć ludziom o różnym światopoglądzie, uwzględniając wartości przez nich uznawane, o ile nie pozostają one w konflikcie z jego systemem wartości. Ten sposób podejścia do etyki lekarskiej reprezentowany jest w dokumentach międzynarodowych, uchwalanych przez Radę Europy, Światową Organizację Zdrowia czy Światowe Zgromadzenie Lekarzy. I tyle na razie na ten temat. Resztę pozostawiam filozofom, teologom i agnostykom, nie zamierzając ograniczyć im pola odwiecznego sporu.

Truizmem, żeby nie powiedzieć banałem i starą śpiewką jest troska lekarza o zdrowie i życie pacjenta. Życie jednak składa się również z wyjątków od oklepanych sądów. Dzisiejsza młodzież lekarska zmieniła sobie kolejność stopniowania swoich postulatów i huknęła jak z armaty czterotygodniową głodówką, która pomimo ignoranckich trików ze strony rządu, obiegła niemal wszystkie najważniejsze światowe serwisy agencyjne. Czyli stało się jak zawsze: dyskusja w ochronie zdrowia drgnęła wokół tego, co medialne. Chociaż tu i ówdzie pomrukiwano, że protest głodowy nie przystoi lekarskiej profesji, bo lekarz ma propagować postawy prozdrowotne. 

Apologetom takich śmiesznych teorii przypominam, że kontrolowane głodowanie i spożywanie tylko niskomineralizowanej wody jest bardziej skuteczne niż wielotygodniowa dieta. Oczywiście głodówki heroicznej, prowadzącej nieuchronnie do śmierci, nie można pod żadnym pozorem zaakceptować. Ale przecież nikt nie umarł ani nawet nie zemdlał. A co najwyżej trochę podniósł ciśnienie tym, którzy dumnie uważają, że pacjentom niczego w Polsce nie brakuje, z wyjątkiem lekarskiej wielkoduszności, ciepła i czułości oraz wyrozumiałości i szczypty altruizmu dla Dobrej Zmiany.

Ale głodówka to było dopiero preludium. Na polskiego pacjenta czai się nowa niespodzianka. Tym razem młodzi lekarze zamierzają pracować tylko tyle, na ile pozwala im dyrektywa Unii Europejskiej. Czyli 48 godzin tygodniowo, a nie sto kilkadziesiąt, które już trupem położyły paru dyżurowych tytanów. Przebierają nogami i znów zacierają ręce szefowie agencji rekrutujących lekarzy do pracy w Wielkiej Brytanii. Tam synów i córy Albionu leczy obecnie ponad 22 tysiące lekarzy, pochodzących z całego świata. Żaden pacjent na Wyspach nie lamentuje, że badał go lekarz, którego akcent istotnie różni się od jego rodowitych sąsiadów. 

Polski pacjent jest bardziej przewrażliwiony. Lubi tych lekarzy, którzy rozumieją jego czasem przydługie wyznania o swoim cierpieniu. Na mojej rodzimej ponad dwumilionowej Lubelszczyźnie, czynnie praktykuje 6,5 tys. lekarzy, w tym tylko trzydziestu cudzoziemców, głównie z Ukrainy i Białorusi oraz garstka zasiedziałych i zasymilowanych przybyszów z Bliskiego Wschodu. To przecież kropla w morzu. Minister zdrowia straszy gniewne szeregi rezydentów, że zastąpi ich specjalistami ze Wschodu. A straszenie emigracją przez młodzież to też strachy na lachy. Bo żaden z rządów nie myśli w perspektywie wieloletniej. A po nim to choćby potop lub „niech jadą!”. 

Jeszcze gorzej brzmi i rokuje zapowiedź akcji wypowiadania klauzuli opt-out, do której koordynatorzy protestu namawiają przede wszystkim młodzież lekarską. Przypominam, że w naszym kraju praktykuje ponad 28 tys. lekarzy poniżej 35. roku życia. Czyli ponad jedna piąta wszystkich zawodowo czynnych lekarzy. To jest armia, której od lat zazdrości nam cała Skandynawia, gdzie wykształcenie lekarza jest siedmiokrotnie droższe. Ale ta armia na razie nie ma zamiaru jak w starym porzekadle „na złość mamie odmrozić sobie uszu” i w sumie zarabiać jeszcze mniej. 

Kultowa ponoć solidarność i zmowa milczenia lekarzy jest zwykłą iluzją 
i bajeczką, która w chwilach społecznych napięć od zawsze służyła bałamuceniu mas. Lekarskiej solidarności już od dawna nie ma. Jeśli w ogóle kiedykolwiek istniała, to w kodeksach. Ale podobno kodeksy to obyczaj, a nie prawo. Przecież lekarska starszyzna, poza symboliką i apelowaniem do władz, na razie nie wniosła niczego przełomowego do posagu swoim następcom. 

Lekarski korpus specjalistów skupia się na dobowym rytmie: od wczesnego poranka macierzysty szpital, potem dyżur na oddziale albo jeszcze w innym szpitalu; dwa razy w tygodniu prywatny gabinet i jeszcze konsultacje w powiatowych przychodniach, gdzie brakuje specjalistów. W międzyczasie zimą narty z rodziną w Alpach, a latem Dubaj lub od biedy Riwiera Morza Śródziemnego. No i wyskok na międzynarodowy kongres lekarski do Vancouver lub Tokio. W tym momencie gromkie wezwania do wypowiedzenia opt-out mogą prysnąć jak mydlana bańka. Co gorsza, każdy rząd wie o tym doskonale, a dyżurni mędrcy Judym i Hipokrates pewnie i tym razem jakoś to przełkną.

Lekarze, ratując życie, ocierają się o piedestał. Ale za chwilę budzą w pacjentach złość, bo coś im ograniczają. Ciągle przynudzają, żeby nie pić i nie palić. Bądź doprowadzają do wściekłości, bo okazuje się, że ktoś bliski i tak na ich oczach umiera. Albo że po prostu nie są idealni i popełniają błędy. Dlatego w niechęci wobec lekarzy tak łatwo daje się skanalizować społeczną frustrację. 

 

stankiewicz@hipokrates.org

 

 

 

 

 

 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta bazy danych zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów zabronione.

Komentarze

Polecamy

Newsletter

Zapisz się do bezpłatnego newslettera Pulsu Medycyny.
Podaj swój email.