O "Młodych lekarzach" opowiada reżyserka serialu

O przygotowaniach do pracy nad serialem „Młodzi lekarze” oraz trudnościach i niezwykłych doświadczeniach w dokumentowaniu życia jego uczestników rozmawiamy z Joanną Frydrych, jedną z reżyserek tego dokumentalnego cyklu.

Skąd wziął się pomysł na taki serial?

To projekt zagraniczny, telewizji BBC, który firma Endemol Polska zgłosiła do telewizji i dostała akceptację. Potem była najgorsza część roboty, to jest znalezienie kandydatów na bohaterów. Zajmowali się tym koledzy z Endemola, którzy telefonowali do klinik i pytali, czy chciałyby wziąć udział w takim projekcie, czy mają osoby, które spełniałyby kryteria. Kiedy wytypowali już pewną grupę osób, wtedy we dwie z Aliną Mrowińską, drugą reżyserką, jeździłyśmy na spotkania z tymi ludźmi i rozmawiałyśmy, żeby dokonać właściwego wyboru. 

 

Trudne to było zadanie?

To bardzo ważne dobrać odpowiednich bohaterów. Na co dzień pracuję w Magazynie Ekspresu Reporterów i wiem, że najważniejsza jest szczerość postaci, bo tylko tak można „ukraść” serca widza. Ważna jest też otwartość. Jeśli bohater na każdym kroku mówi, że tego nie pokaże, na to się nie zgadza, to nic z tego nie wyjdzie. Udało nam się znaleźć takie osoby, które to rozumiały. Razem z Maćkiem „rodziliśmy” jego dziecko, w domu u Jadźki nikt nie kreował jej na superbohaterkę, jej rodzice otwarcie, aczkolwiek z miłością, mówili, że jest roztargniona i szalona. Widzowie doceniają, kiedy nie ukrywamy słabości bohaterów, są oni wtedy bardziej realni. Ale najważniejsza sprawa to osobowość. Albo się ją ma, albo …to nie zadziała. 

 

Wielu było kandydatów?

Nie była to liczba oszałamiająca, ale jakiś wybór był. Podejrzewam, że kolejne serie cyklu będą pod tym względem łatwiejsze.

 

A będą kolejne serie?

Na razie się o tym nie mówi.

 

Kiedy spotkaliście swoich lekarzy, od razu wiedzieliście, że będą odpowiedni?

Wybraliśmy akurat ich spośród innych, a więc coś nas w nich zaintrygowało. Ale muszę przyznać, że dopiero z czasem okazało się, że to był strzał w dziesiątkę. Na przykład Radek. Jest kardiochirurgiem, wykonuje skomplikowane operacje, a przy tym ze stoickim spokojem znosił obecność kamery, ludzi, którzy stoją nad nim, patrzą mu na ręce. Kompletnie nie zwracał na nas uwagi, robił swoje. Również Joanna doskonale sobie radziła pod tym względem. Mówi się też, że kamera musi pokochać bohatera. Tak było z Moniką. Wszyscy nasi bohaterowie potrafili się świetnie oswoić z towarzyszącymi im kamerami, a to podczas ich trudnej pracy wcale nie takie proste i oczywiste.

 

Co było najtrudniejsze w zrealizowaniu takiego cyklu? Bo zapewne było wiele sytuacji, które trudno przewidzieć?

Dla mnie najtrudniejszym doświadczeniem był SOR. Z kamerą obracaliśmy się wśród chorych, poirytowanych długim czekaniem ludzi, często cierpiących, zmęczonych. Zdarzało się, że prosili nas o pomoc. A ja mogłam przecież najwyżej wysłuchać ich narzekań na tłok. Były sytuacje, w których przynosiłam szklankę wody dla starszej pani, albo kupowałam rogalik dla bezdomnego, ale to wszystko co mogłam dla nich zrobić. Byliśmy w środowisku, gdzie reakcje były nieprzewidywalne: jeden płacze z bólu, inny ze zniecierpliwienia, ktoś krzyczy. To było dla mnie trudne. Tu Maciek był dla mnie ostoją — bardzo nam pomógł, pilnował ekipy, sygnalizował ciekawy przypadek, wołał nas w ważnych momentach. To było bardzo cenne i pomocne.

 

Jak reagowali na was pacjenci?

W porządku. Staraliśmy się być uprzejmi, tłumaczyłam, co robimy i dlaczego. Teraz, kiedy dzwonię do poszczególnych osób, żeby powiedzieć, że będzie odcinek z ich udziałem, wszyscy bardzo sympatycznie reagują. To dla nich wydarzenie, czekają na to, zwołują rodzinę albo znajomych na oglądanie. Ale są też przejmujące sytuacje: pani Halina, operowana przez Radka w pierwszym odcinku, następnego dnia po emisji zadzwoniła do mnie rozemocjonowana i mówi: „pani Joasiu, mnie to zoperowane serce prawie stanęło, jak zobaczyłam, co oni mi tam robili, całą krew mi wypompowali!”.

 

Czy macie sygnały, jak odbierany jest serial?

Najwięcej jest zarzutów, że jest wyidealizowany i nieprawdziwy. Oczywiście, wybieraliśmy materiał do pokazania, ale to naprawdę nie były „ustawki”. Staraliśmy się uwypuklić to, w czym ci lekarze są najlepsi. Dlatego np. u Radka skupiliśmy się na pokazaniu, jak przeprowadza operacje kardiochirurgiczne. Na własne oczy widziałam, jak to robił, więc zarzuty, że to niemożliwe, bo jest za młody, są nietrafione. Był pod czujną opieką swojego genialnego mentora, prof. Piotra Suwalskiego, który jednak zostawiał mu bardzo dużo samodzielności. 

Widzowie mówią, że sceny z SOR-u i przychodni medycyny rodzinnej są pokazane prawdziwie, bo widać gehennę tej pracy. Ale reszta też jest prawdziwa. Nasi lekarze to po prostu wyjątkowi ludzie. Na przykład Edyta z Centrum Zdrowia Dziecka to młody naukowiec, który chłonie wiedzę, cała skupiona na medycynie. Teraz jest na stypendium w Stanach Zjednoczonych, wcześniej była we Francji. Oni wszyscy są bardzo ambitni, tacy wymarzeni lekarze, jakich chciałoby się spotkać. Dużą wagę przykładają do kontaktu z pacjentem. Myślę, że największą bolączką polskiej służby zdrowia jest lekceważenie pacjenta, traktowanie go jak zło konieczne. Dlatego to dobrze, że w tym filmie widać takich idealnych lekarzy, bo tak się kształtuje oczekiwania pacjentów. 

 

Trudno kręci się taki film?

Bardzo. Chociażby z tego powodu, że na stałe mieszkam w Dąbrowie Górniczej, więc musiałam się przeprowadzić do Warszawy. To było bardzo intensywne 8 miesięcy: zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia, równolegle montaż, dużo pracy redakcyjnej, za którą odpowiedzialni byli Barbara Pawłowska i Andrzej Fidyk z redakcji filmu dokumentalnego TVP 1. Razem składaliśmy w całość te wszystkie części składowe, które przynosiłyśmy z Aliną Mrowińską. 

Nic by się nie udało bez wsparcia szefów poszczególnych oddziałów — profesorów Kazimierza i Piotra Suwalskich z kardiochirurgii, prof. Roberta Gila z kardiologii, kierownika SOR-u, Igora Pańkowskiego, dr Elżbiety Radzikowskiej z chirurgii plastycznej, prof. Mariusza Bidzińskiego z ginekologii i nieocenionej dr Anny Wieteskiej-Klimczak z pediatrii CZD. To jak nas przyjmowali, jak tłumaczyli medyczne zagadnienia, które filmowaliśmy (fakt, że wskazywali rzeczy ciekawe i warte uwagi), niezwykle pomagało nam w pracy. Przecież to skomplikowane sprawy, na których się nie znam. Gdyby nie ich wskazówki, nic by nam się nie udało przywieźć ze zdjęć. Mieliśmy też świetnych ludzi w ekipach i bardzo dobrą atmosferę podczas realizacji, co ma ogromne znaczenie na planie, szczególnie podczas pracy wymagającej ogromnej subtelności. To ciężka robota. Ale fajna i pasjonująca. 

 

O kim mowa: Joanna Frydrych,
reżyserka filmów dokumentalnych, reportażystka. Od kilkunastu lat związana z TVP. Autorka filmów dokumentalnych i kilkudziesięciu reportaży, emitowanych przede wszystkim w Magazynie Ekspresu Reporterów. W swoich reportażach pokazuje ludzi borykających się ze swoimi ułomnościami i brakiem zrozumienia u innych.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta bazy danych zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów zabronione.

Komentarze

Polecamy

Newsletter

Zapisz się do bezpłatnego newslettera Pulsu Medycyny.
Podaj swój email.